Asia de Cuba

Asia de Cuba to restauracja w hotelu położonym w Covent Garden. Wybraliśmy się do niej ośmioosobową grupą w celu poznania produktu, który cieszył się dużą popularnością. Gdybyśmy uznali, że warto skopiować koncepcję na własnym terenie, to mieliśmy wszystko podane jak na dłoni. My – to znaczy odpowiedzialni za sprzedaż w naszych hotelach Inter.Conti.
Wszystkie wnętrza restauracji projektował jeden z najlepszych architektów angielskich, Philips Starck. Nadał im przyjazny, kosmopolityczny wygląd. Na restaurację składało się dwupoziomowe pomieszczenie. Główną dekorację wnętrza stanowiły grube filary obłożone książkami nie do czytania i miniaturowymi telewizorami emitującymi słodkie filmy video. Dosyć ironicznie w powiązaniu z tym wnętrzem wyglądały fotografie biednych kubańskich rodzin okalające pozostałe filary. Ironicznie, ponieważ pozbawione były dobrego smaku (ubóstwo nigdy nie należało do dobrego tonu).
Bar stanowił długi stół zlokalizowany pośrodku dolnej części lokalu, otoczony z obu stron stolikami barowymi. Panował tutaj półmrok. Sama restauracja była o wiele jaśniejsza. Biała i czysta. Mnóstwo okrągłych stołów wskazywało na to, że jest to bardziej restauracja dla spotkań w większym gronie niż zakochanych par. Zastawa stołowa nie należała do wyszukanych. Na terenie restauracji znajdował się sklep z dużym wyborem kubańskich cygar. Gości witały hostessy ubrane w czerwone sukienki Armani, odsłaniające kokieteryjnie kolana. Wszędzie kręciło się mnóstwo personelu. Wyglądało na to, że hotel, w którym mieściła sie restauracja wykorzystał zachwycający pomysł Amerykanów aby zatrudniać zbyt dużo obsługi. W barze przygrywała muzyka na żywo. Wędrowny muzykant grał na piszczałce lub fujarce, jak kto woli. Wybór repertuaru był odpowiedni, gdyż nie przeszkadzał. W restauracji natomiast rozbrzmiewała, nie za głośno, muzyka kubańska.  Na dzień dobry wszystko to razem robiło w miarę dobre wrażenie, chociaż przyznać musieliśmy, że klimat nam nie odpowiadał. Przejrzeliśmy menu. Menu baru stanowiło niewielki wybór dań ale za to zawierało długą listę wódek. Menu restauracji, niby prosto zaprezentowane,  było dosyć skomplikowane. Nie dość, że nazwy dań były nam obce to jeszcze wymieszano je w zagadkowy sposób. 10 starterów w cenie ok. 10 ₤ każdy, 11 dań głównych w cenie średnio 18 ₤.
Jedzenie okazało się fatalne! Fundamentalnie nietrafione. Fuzja kuchni kubańskiej i chińskiej jest chyba najgorszym pomysłem na świecie. Połączenie czegokolwiek z kubańskim żarciem jest jak postawienie swobodnemu pływakowi betonowej zapory.
Na wstępie kelnerka wyjaśniła nam łamaną angielszczyzną sposób konsumpcji: „You choose, then we bring the food in any order, one dish at a time and you all share”. Krótko mówiąc – wszystko, co zamówione dostaniecie na jednym talerzu i możecie się tym dzielić.
Niech mi ktoś powie, jak do cholery pogodzić w ogóle a co dopiero na jednym półmisku: kalmary z sercem bambusa, bananem, kokosem, orzeszkami cashew, stuliszem lekarskim i endywią z sezamem a to wszystko doprawione pomarańczowym dressingiem? W sąsiedztwie spoczywało foie grass z tostami waniliowymi i pastą rybną w vinaigrette na bazie koliandru.
Tyle zakąska. Potem również zdaliśmy  się na kelnerkę. Wybrała pięć dań głównych i trzy desery. Nie bazowała na najdroższych daniach ale na tych najbardziej popularnych, na czym nam akurat najmniej zależało, gdyż płaciła firma.  Zakąska podana została po piętnastu minutach. Prezentacja dań była atrakcyjna. Kolorowe naczynia o różnorodnych kształtach, miseczki, rawierki, półmiski. Każde danie w innym kształcie i kolorze.
Obsługa zajmowała się nami cały czas. Była przyjacielska i pomocna. Wyszkolona i profesjonalna. Ceny – no cóż – patrząc na jedzenie – wygórowane. Nie tylko dlatego, że odbiegały znacznie od tego, co postrzegaliśmy jako dobrą jakość. To wzywało o pomstę do nieba. Tak znakomite miejsce, budzące tyle emocji! Niestandardowy punkt spotkań, ściągający tłumy, budzący niepokój. Chyba należało natychmiast zamknąć te kuchnię, podrzeć menu i zaoferować coś prostego, nawet jeżeli nadal byłoby tak samo drogie!
Poniedziałek. Po weekendzie raczej dzień nie sprzyjający wyjściom na miasto w celach towarzyskich. Restauracja jednak była pełna, chociaż nie panował w niej tłok.. Średnia wieku przy barze wynosiła około trzydziestu lat. W restauracji podobnie.  Dwie grupy przekroczyły jednak już na pewno pięćdziesiątkę. Pełny przegląd entuzjastów kubańskiego klimatu bez względu na wiek. Obowiązywał strój casual smart – elegancki wyjściowy. Wkomponowaliśmy się we wnętrze zupełnie dobrze.
Komentując nieznane nam dotąd wynalazki fuzji chińsko-kubańskiej, wyjadaliśmy je sobie nawzajem z talerzy. Na koniec konsumpcji musieliśmy samokrytycznie przyznać, że w swojej ocenie od początku byliśmy bezkompromisowi, bezlitośni, wręcz barbarzyńscy i nie fair. Nie podobała nam się koncepcja lokalu. Już na wejściu nasze nastawienie było raczej na „nie”. Zaczęliśmy wieczór z niechęcią……a potem bawiliśmy się doskonale. Przypomniało mi się stare powiedzenie, że dla towarzystwa cygan dał się powiesić. Przenosząc je na doświadczenie wyniesione z Asia de Cuba wymyśliłam inne:  kromka suchego chleba może pozostawić niezatarte wspomnienia. Zależy z kim się nią podzielisz.

Asia de Cuba – Morgans Hotel Group – London Luxury Hotels
Piccadilly Circus oraz pub – Londyn 2000, Archiwum Jarzębiny

Ten wpis został opublikowany w kategorii Barometr hotelowy, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free