Jazda samochodem do wioski, w której stał dwór, cel mojej podróży, była straszna. Zdałam
się na Andrzeja, który na mapie wydrukowanej z zoomi wymalował mi drogę. Andrzej ma to do siebie, że kiedy o czymś opowiada, to z takim przekonaniem, jakby tam był i wszystko widział na własne oczy. Zaufałam mu i po raz kolejny dałam się nabrać! Z Andrzejem znamy się wiele lat, pracowaliśmy przez lat kilkadziesiąt w jednym warszawskim hotelu by po kilkuletniej przerwie spotkać się w pracy w innym hotelu, tym razem na prowincji. Świat hotelarzy jest mały…
Andrzej i ja….
Nasze to biuro, ciasne lecz własne
Razem siedzimy biurko w biurko
Dwa komputery, dwa charaktery
Jedno wspólne mamy podwórko…..
W oczy patrzymy nawzajem sobie
W myślach czytamy bez zbędnych słów
Ty mi coś mówisz, ja mówię Tobie
Kolejny dzień mija znów i znów…
W biurze jak w cyrku gwar i szum
Ciągle ktoś wchodzi, różne są sprawy
Dzwoni telefon, gości kręci się tłum
Żądnych obsługi i dobrej zabawy…..
Szykujesz ofertę, ja robię budżet
Dzielimy problem i życie we dwoje
Trudne to nasze życie. Oj, trudne
Bywa, że trudne też nasze nastroje
Ja dyrektorem, Ty dyrektorem
Ciągniemy furę drogą przed nami
Ciągniemy końmi a nie traktorem
Bywa, że i własnymi rekami….
Najbardziej lubię te chwile rzadkie
Spędzane przy porannej kawie
Kradziony czas na gadkę-szmatkę
O tym i o wym i o Warszawie……
Czasami pracownik lub wściekły gość
Nadepnie na odcisk zbyt gwałtownie
Wpadasz w złość, ja wpadam w złość
Czas płynie nam jak na wojnie…….
Najpierw z drogi zjechałam w czymś na G……zjechałam, ponieważ winowajca do mnie zadzwonił. Stał w piętnastokilometrowym korku na katowickiej i się nudził. Zagadałam się. Wylądowałam w zimowym sadzie o zachodzie słońca. Nawet było ładnie. Jakiś chłopek roztropek nakierował mnie z powrotem na krajówkę. Horror zaczął się w odległości 15 km od celu podróży, którą to odległość pokonałam w godzinę. Zjeżdżałam i wjeżdżałam na autostradę..zjeżdżałam i wjeżdżałam…aż winowajca zadzwonił po raz drugi z zapytaniem czy już dojechałam …i przez telefon, niczym GPS, poprowadził mnie pod same drzwi dworku. Wybaczyłam mu. Najmniejszego oznakowania dojazdu do pensjonatu po drodze nie zauważyłam. Nie mam pojęcia jak do niego trafiają inni goście.
Zaparkowałam na podjeździe. Była za kwadrans szósta Pobiegłam do pokoju, żeby zdążyć na mój ulubiony program telewizyjny Jaka to Melodia, którego byłam w tym czasie wielką fanką. W pokoju nie mogłam odnaleźć pilota od telewizora. Recepcja – głuchy telefon! Połączenie przez miasto ktoś łaskawie odebrał i po pół godzinie dostarczono mi pilota. Niestety było już po ptakach. Program właśnie się skończył, kiedy włączyłam telewizor. Dla mnie niepowetowana strata, za którą powinnam otrzymać odszkodowanie. Pokój z moim pieskiem Korkiem mieliśmy na poddaszu. Prowadziła do niego niezliczona ilość schodów. Wkrótce po przyjeździe zeszłam na chwilę do samochodu…i już nie potrafiłam wrócić do mojego psa. Pokoi dwór miał wszystkich razem 30 a nasz pokój, nie wiadomo dlaczego miał numer 201. Pamiętałam, że trzeba się wspiąć po schodach…..ale schodów były trzy pary i każde prowadziły gdzie indziej. Korek na krótkich nóżkach nie dawał rady tym stromiznom więc niczym Dama z Łasiczką nosiłam go na rękach z góry na dół i z dołu do góry. Psa – przewodnika z niego już nie zrobię.
W pokoju nie było ani szafy ani nawet kawałka haka, żeby powiesić zimową kurtkę. Na
skutek powyższego na łóżku i na fotelu zapanował artystyczny nieład. Był za to mini-bar, który się nie otwierał. Najgorszy element wyposażenia pokoju stanowiły skosy. Drugiego dnia pobytu nauczyłam się już, żeby chodzić w permanentnym skłonie. Nie zmieniło to postaci rzeczy, że bez przerwy waliłam głową w jakiś skos. Gorąco panowało niczym na czarnym lądzie. Żarcie Korka się w puszce zagotowało. Kaloryferów nie dało się przykręcić a dodatkowe ciepło z ogrzewania podłogowego w restauracji na dole waliło do góry, prosto do naszego pokoju. W środku mroźnej zimy spałam nago przy otwartym oknie i nawet się nie przeziębiłam. Na parterze, w rozpalonych kominkach ogień aż huczał, dawał wprawdzie przyjemny klimat ale w trakcie kolacji pot spływał po moich plecach strumieniem od karku do stóp. Po kolacji liczne towarzystwo w niej uczestniczące udało się do piwniczki z winami. Ja udałam się na spoczynek i dzięki temu nie zostałam zatrudniona przy zakwaterowaniu przyjeżdżających do dworku z różnych stron polski gości w środku nocy. Obowiązki recepcjonisty, którego nie było, wziął na siebie Ryszard i do białego rana spędzał czas pomiędzy piwniczką a rozprowadzaniem przyjeżdżających co chwila po pokojach.
Z papierosami nastąpiła dla mnie i nie tylko dla mnie totalna porażka. Najbliższy punkt sprzedaży znajdował się w oddaleniu około pięciu kilometrów. W restauracji otrzymałam jedynie propozycję cygara albo cygaretki. Zrobiłam więc listę wśród pozostałych palaczy i zebrałam pieniądze. Nazbierało się zakupów na kilkaset złotych i znalazł się też umyślny z samochodem, który spełnił rolę zaopatrzeniowca. Następnego dnia pobytu poddałam się i poszłam szukać cygaretki. Zabrakło! Zabrakło również internetu w moim pokoju. Zaanektowałam więc pokój obok, w którym łapał się zasięg. Pokój ten stał otworem podobnie jak wszystkie pokoje na poddaszu. Nikt z obsługi tutaj nie zaglądał, żeby chociaż posprzątać. Na dobrą sprawę całe poddasze o kilku pootwieranych pokojach należało do mnie i do Korka.
Następnego dnia po przyjeździe Korek mnie wyciągnął na spacer skoro świt. W restauracji wylądowaliśmy przed ósmą rano. Puchy. Przeszliśmy więc do sąsiedniego budynku. Może tam podają śniadanie? Też puchy. Próbowałam sforsować wejście do kuchni w myśl…a tam…sama sobie zrobię. Zamknięte solidnie. Po pół godzinie napatoczyła się nareszcie jakaś kobietka i w drodze wyjątku podała mi śniadanie na talerzu. Parówek dla Korka nie było – rozpaskudzałam swojego psa wiejską szynką i pieczonym mięsem! Kuchnię subiektywnie oceniłam jako przyzwoitą głównie ze względu na wędliny a bar za bardzo atrakcyjny ze względu na niespotykanie szeroki asortyment win. Szefa kuchni nie miałam okazji poznać, gdyż do gości nie wyszedł. Nie to co Adam, który na oczach gości nawet…. gotował.
Przelała się czara goryczy – Adamowi
Przelała się czara goryczy
Przez jedną malutką kropelkę
Goryczy kropli nie zliczy
NIKT
Nie uzbiera w manierkę
Wezbranego strumienia
Strumienia znaczenia….
Pełnego po brzegi pucharu
Nie wychylił zawczasu
Nie spił gorzkiego daru
KUCHARZ
Winien sporego zapasu
Goryczki delikatnej
Przyprawy jakże trafnej….
Leje się żółcią bez końca
Żółta rzeka jak potok
RWĄCA
W promieniach słońca
Górska struga migocze złoto
Kruszec do wysiania
Gorycz do złamania….
Zaradzić może powodzi
Tylko Szef nad kucharze
MISTRZ
Białym winem złagodzi
Geniusz na winie pokaże
Gorycz zapomniana
Dziewczyna pijana……
Wrażeniami podzieliłam się z towarzystwem przy śniadaniu. Okazało się, że moje przygody to nic wielkiego. Sąsiad piętro niżej nie mógł zasnąć, gdyż wyraźnie słyszał stukanie psich pazurków o drewnianą podłogę, jakby Korek spał z nim w pokoju a nie ze mną. Koleżanka umyła głowę po czym chciała wysuszyć włosy suszarką. Kontakt przy umywalce okazał się…atrapą kontaktu. W pełni rozumiem, że do czynienia mieliśmy z wiejskim dworkiem a nie wielkomiejskim hotelem. Tutaj czas miał płynąć leniwie i powoli a takie drobiazgi, jak te powyżej, wobec świeżego wiejskiego powietrza, nie powinny nas wyprowadzać z równowagi. Tylko było małe ale…pensjonat ten reklamował się jako luksusowy i wyjątkowo atrakcyjny ze względu na klimat i …piwniczkę. Cena odpowiadała „luksusowi”, który zafundował nam właściciel obiektu według własnych standardów luksusu. Osobiście bardzo sobie cenię opinie gości obiektów hotelarskich, które umieszczane są w internecie. Pozwalają podróżującym na rozsądne wybory a z drugiej strony dyscyplinują właścicieli hoteli, którzy o hotelarstwie nie mają pojęcia a wydaje im się, że stworzyli minimum pięciogwiazdkowy standard i w tym standardzie sprzedają usługi. Niniejszej opowieści pod adresem interentowym dworku nie umieszczę, ponieważ nadal pozostaję w branży i nie leży to w moim interesie aby „kalać własne gniazdo”. Polecam jednak wszystkim podróżującym uważną lekturę opinii tych, którzy już posmakowali danego produktu, zanim sami wyruszycie w romantyczną podróż do wiejskiego dworku albo pensjonatu. W źle trafionym miejscu pozostaje bowiem już chyba tylko się upić.
Tequila Bum, Bum – Łukaszowi
Słone paluszki na blacie
Za barem barman się uwija
Barman! Co tam w karcie macie?
Ten kac mnie po prostu dobija.
Proszę pana, co pan zechce
Drinki, wino, wódka?
Suche gardło niech połechce
Kompozycja drinka krótka.
Dobra rada. Mocny short drink
Dla mnie i tej ujmującej damy
Do jej stronki prosty link
Przy tequili pogadamy.
Bum bum w szklance się zapieni
Do dna pijmy jednym duszkiem
Bum bum życia nam nie zmieni
Ale w gardło da obuszkiem.
Andrzej po przeczytaniu tego, co niniejszym napisałam stwierdził, że już więcej mi nigdy żadnej drogi nie wskaże. Słowa dotrzymał, tak więc zmuszona jestem do dziś błąkać się samotnie po tym świecie.![]()
Facebook
Zwierzolubni