Do Cannes leciałam bardzo długo w środku zimy z międzylądowaniem. Ubrałam się
wygodnie ze względu na męczącą podróż – w dżinsy i kurtkę z futerkiem. W walizce znajdowały się niezbędne rekwizyty w postaci garsonek i sukien wieczorowych. Nie spodziewałam się niecodziennego przywitania, które kompletnie mnie zaskoczyło. W tym jednym, jedynym miejscu, to jest w hotelu Carlton-Cannes, moje długie do kostek futro z norek byłyby całkowicie na miejscu. Wkroczyłam do hotelu rozczochrana i umordowana taszcząc za sobą walizkę na smyczy..
Zaraz za drzwiami wejściowymi przywitał mnie czerwony dywan, kamery i światła fleszy aparatów fotograficznych prosto w oczy. Zgłupiałam. Mam te zdjęcia i nie mogę na nie patrzeć. Pierwszy i ostatni raz w życiu kroczyłam po czerwonym dywanie w świetle reflektorów, niczym gwiazda filmowa występująca w głównej roli tytułowego Kopciuszka. Zachowując resztki godności przebiłam się przez szum i gwar do recepcji, porwałam klucze od pokoju i czmychnęłam chyłkiem windą na trzecie piętro. W pokoju o wystroju na miarę Carltona w Cannes czekała na mnie butelka szampana i …składane krzesło reżysera z napisem na oparciu IWONA. W drodze powrotnej, przez wszystkie lotniska, oprócz walizki targałam jeszcze w ręku krzesło!
Program pobytu obejmował kolację tego samego dnia. Kolacja dnia następnego figurowała pod hasłem gala, więc to co miałam najlepszego, oprócz norek, których nie miałam, odłożyłam na dzień następny, wbijając się tymczasem w wieczorową kompozycję pośrednią, czyli czarne spodnie, koronkowe, czarne body i aksamitną, czarną marynarkę. Tego body nie mogłam odżałować. Przywiozłam je sobie za zaoszczędzone diety z Paryża i zapomniałam w Cannes.
Kolacja miała miejsce w restauracji na dachu hotelu. Elementem wystroju restauracji był
mini-golf. Popijaliśmy drinki, skubaliśmy zakąski z bufetu i pukaliśmy kijkami w piłeczki. golfowe. W swojej naiwności sądziłam, że jest to rutynowe, doroczne spotkanie dyrektorów hoteli Inter. Continental, na którym reprezentowałam dyrektora mojego hotelu. Przed wejściem do restauracji przeszliśmy uroczyście pod girlandami z kwiatów, trzymanymi przez personel hotelu ubrany w regionalne stroje. Szliśmy jak do ślubu. Pomyślałam, że jednak włożyłam nieodpowiedni strój.. Może powinnam ubrać się na biało? Jak dzisiaj taka gala, to co wymyślą jutro – zastanawiałam się. Szybko odkryłam w czym rzecz. Po raz pierwszy w tym gronie mieliśmy dyrektora hotelu w Sankt Petersburgu. Klasyczny, niedźwiedziowaty, rumiany Rosjanin. Odbierał hołdy otoczony wianuszkiem wyznawców.
W tym miejscu powinnam wytłumaczyć o co chodzi. Po przemianach z ZSRR-Rosja InterConti poczyniło pierwszy krok aby zaistnieć na rosyjskim rynku. Zakupiło prestiżowy, piękny, historyczny i zabytkowy hotel w byłym Leningradzie. Nie znam szczegółów umowy ale była ona dziwna. Przez długi czas funkcjonowały dwie struktury zarządcze. Wszystkie, kierownicze stanowiska były dwujajowe. Kierownikiem sprzedaży, na przykład, był z jednej strony Rosjanin a drugim kierownikiem sprzedaży był z drugiej strony Amerykanin. Nie wiem jak oni się tam godzili między sobą. Próbowałam podpytać Jonathana, trenera, który zesłany został do niedźwiedzi aby szkolić tamtejszy personel. Nota bene, świetny trener. U niego zrobiłam papiery trenerskie, które gdzieś mi zaginęły.
Dyrektor hotelu był jeden i właśnie miałam niewątpliwą przyjemność go poznać. Zakup tego hotelu okazał się strzałem w dziesiątkę dla Inter.Conti. Frekwencja wahała się w granicach 80% a cena średnia..cena średnia! nie schodziła poniżej 200 USD. Rewelacja absolutna. Ta cała pobytowa pompa wymyślona została dla niego a my byliśmy tylko kwiatuszkiem do kożucha.

Z kolacji na dachu pamiętam dobrze Prezydenta korporacji, który nie wiem dlaczego tego wieczora przyczepił się do mnie z hasłem: circulate. Sam krążył w kółko z drinkiem od gościa do gościa i za każdym razem, kiedy wracał po okręgu do mnie zataczał palcem – cyrklem krąg abym robiła to samo. A ja miałam chęć akurat trafiać piłeczką do dołka! Rozgrywałam partię z samym niedźwiedziem. Pewnie to chodzenie po okręgu zakręciło mu w głowie.
Następnego dnia do wieczora wszystko odbyło się standardowo oprócz tego, że skwaszeni patrzyliśmy na naszą, europejska cenę średnią oscylującą gdzieś w okolicach stówy. Lancz spożyliśmy przyjemnie w hotelowej restauracji na plaży. Wieczorem wbiłam się w futerał do ziemi i czekałam na rozwój wydarzeń. Na szczęście pogoda była jesienna w miejsce zimowej, gdyż okazało się, że wychodzimy na zewnątrz i pakują nas w czarne Roys Rollce’y. Moja kurteczka nijak się komponowała z wieczorowym szykiem. Wystąpiłam do ciała. Jeździliśmy tymi limuzynami dookoła hotelu dobre piętnaście minut. Miejscem docelowym stał się jakiś teatr, czy też operetka w odległości zaledwie stu metrów od Carltona. W pomieszczeniu znajdowała się scena. Przy okrągłych stołach bankietowych spożywano ostrygi, z wyłączeniem mojej osoby, gdyż ostryga jest dla mnie jeszcze większą torturą niż ślimak. Na scenie odbywało się przedstawienie w postaci wręczania dyplomów za najlepsze wyniki. Podobnie jak ostrygi, przedstawienie nie dotyczyło mojej osoby. Lot powrotny miałam następnego dnia wieczorem, dzięki czemu darowany mi został czas aby rozejrzeć się po Cannes i pooddychać tym samym powietrzem, którym oddychali Visconti, Antonioni, Coppola, Scorsese i tak dalej. W ten oto, powyższy sposób, zostałam właścicielem krzesełka reżyserskiego, dokładnie takiego samego jak na obrazie Pollocka pod tytułem „Wielki plusk”. Krzesełko wykorzystane zostało praktycznie. Obszyłam je materiałem w rzucik analogicznym do zasłon w kuchni i ustawiłam w rogu mojego domowego królestwa aby dawało wytchnienie pomiędzy ciągłym dreptaniem na trasie kuchenka-zlew-zmywarka-szafki-blat. Taki został ze mnie reżyser ! Rozpadło się szybko od tych kuchennych zajęć i zastąpione zostało wysokim, wielofunkcyjnym stołkiem barowym, na którym mogłam łapać wytchnienie jednocześnie krojąc marchewkę. Nie nadaję się na reżysera. Na gwiazdę filmową też nie. Od biedy mogę może pisać scenariusze sitcomów emitowanych w trzeciorzędnych programach o słabej oglądalności.
Kłopoty z ubiorem pod sparafrazowanym tytułem..ja nie wiem, co na siebie włożyć…zdarzały mi się jeszcze wiele razy. Jeden z nich kojarzy mi się z ..Papieżem.
W tarocie karta Papież to karta mojego życia.
Wyjechałam do Wielkiej Brytanii na warsztaty marketingowe. Ten pobyt, wtedy, w Londynie stał się również godny zapamiętania. Zmienialiśmy hotele jak rękawiczki. Jedna z kolacji miała miejsce w hotelu Portman. Na naszą okoliczność zamieniono restaurację w dziewiętnastowieczny Londyn. Zbudowano scenografię godną teatru. Czerwone latarnie dawały burdelowe światło w ciasnej uliczce, na której grasował Kuba Rozpruwacz. Boże, wybacz mi. Właśnie pożeniłam Papieża z mordercą. Bufety rozstawione zostały na elementach tegoż wystroju. Najbardziej podobał mi się…wóz drabiniasty wypełniony, w miejsce kopy siana, kopą truskawek. Nie pojechałam na wycieczkę do Ascott, gdyż program pobytu był tak napięty, że nie miałam kiedy zrobić zakupów. Durna ja. Wystąpiłabym w roli Pretty Woman.
Pierwszego wieczoru po przylocie wyczytałam, że kolacja odbędzie się pod hasłem Wielka
Gala w Muzeum Historii Naturalnej. Wbiłam się w suknię balową z dekoltem, godzinę poświęciłam na fryzurę i makijaż. Zasiadłam na łóżku i chwała mi za to, ponieważ jeszcze raz zerknęłam w program pobytu. Muzeum mi dało do myślenia. Jak pogodzić wielką galę ze zwiedzaniem muzeum? O co chodzi? Decyzja była natychmiastowa, bo musiała być. W ciągu dziesięciu minut zmieniłam wizerunek na cocktailowy, za czym poszła zmiana makijażu zgodnie z kolorystyką wizerunku. Zmieściłam się w czasie. Wystawny bankiet odbył się pod skrzydłami pterodaktyla a przy okazji zrobiłam to co lubię, czyli obejrzałam dinozaury. Ostatniego dnia pobytu znowu wyczytałam w programie hasło Wielka Gala. Tym razem, bez pudła, powróciłam do „muzealnego” dekoltu. Bal odbył się na modłę amerykańską. Do tańca przygrywała orkiestra a la Glenn Miller odziana w a la glenmillerowskie, krótkie, srebrne fraczki. Nutki na stojakach przed każdym muzykiem i dyrygent robiły wrażenie. Wspólnie odśpiewaliśmy z tekstu na kartkach słowa piosenki Six Continents Club..coś tam (klub lojalnościowy InterConti) do melodii New York, New York…..Przy okrągłych stołach usadowiono nas według wizytówek przy nakryciu i scenariusza wieczoru, który ktoś dla nas w pocie czoła wypracował. Obie Ameryki wymieszał z Azją, Europę z Australią. Afryki nie było. Nie zauważyłam w każdym bądź razie czarnej skóry ale trochę był tłum. Po mojej prawej zasiadł facet, który natychmiast nawiązał ze mną rozmowę.
Skąd jesteś?
Z Polski.
Skąd?
Z Polski!
Acha. Acha.
To powiedz mi w dwóch zdaniach, jakbyś zareklamowała w dwóch zdaniach swój kraj zagranicznym turystom.
Jakiś cholerny egzamin, czy bal? – pomyślałam. Nie mam pojęcia, kto to jest. Ten z prawej. Może jakaś szycha a może jakiś palant. Gonitwa myśli w ułamku sekundy przez polską historię, zabytki, krajobrazy. Czuję się jak polski ambasador na obczyźnie. Wybieram: Polska..ojczyzna Papieża.
Zmieściłam się w jednym zdaniu. Popatrzył na mnie jak na idiotę.Więcej się do mnie nie odezwał a wieczór przy jednym stole był długi. Widocznie był innego wyznania. Afryka? Nie, chyba nie. Raczej Antarktyda. Na szczęście ten po lewej dobrze tańczył. Tylko, że tancerza nie zapamiętałam. Pingwina tak. Miał farta, że zniknął tak nagle jak się pojawił. W przeciwnym wypadku wypolerowałby na kolanach drogę z Antarktydy do Watykanu przez Polskę. Już wiem! Dziura ozonowa mu zaszkodziła.
Nad południowym biegunem utrzymuje się tzw. dziura ozonowa, czyni to niebezpiecznym długie przebywanie na otwartej przestrzeni.
Ja też zdecydowanie za długo przebywałam na świeżym powietrzu. Spacery z psem spowodowały nieodwracalne zmiany w moim mózgu. I oto efekt.
A ja na spacer zabieram psa….
Dywan czerwony pod stopami się ścieli
Gwiazdy w kreacjach na kobiercu lśnią
Szary dzień byś chętnie sobie odmienił
Lazurowe Wybrzeże wybrał na dom…
Kto może do Cannes na urlop gna
A ja na spacer zabieram psa…
Prowansja zachwyca górami i morzem
Rewią mody na słonecznych bulwarach
W barwne piórka strojny wróbel i orzeł
Paw ogon rozwinął, też bardzo się stara
Kto może ubiera najlepsze co ma
A ja na spacer zabieram psa…..
Lazur w oczach bogaczy lśni lapis lazuli
Niebieskie niebo na koncie – jak w raju
Do konta dziewczyna się piękna przytuli
I serce znów kwitnie jabłonią w maju
Kto może w ruletkę w kasynie gra
A ja na spacer zabieram psa….
Facebook
Zwierzolubni