Manhattan

Czuję się trochę, jakbym stała na jednej nodze. Opowiedziałam o mojej przyjaciółce Renacie a o Eli ani mru..mru. Z Elą poznałyśmy się na studiach a Renacie spojrzałam pierwszy raz w oczy w pracy. Fakt, że już na pierwszych warsztatach z fizjologii przytuliłam się właśnie do Eli wypływał tylko i wyłącznie z mojej interesowności. Dokonywaliśmy wtedy różnych, nieciekawych doświadczeń na żywych organizmach, do obdzierania królika ze skóry włącznie. Nie mogłam zrezygnować z interesujących, skądinąd, studiów tylko dlatego, że królik napawał mnie zgrozą. Ona sobie z tym radziła, przytuliłam się więc i tak już zostało.
W hotelu, na zawodowym podwórku, spędziłyśmy wspólnie sporo czasu ale to nie ten czas stanowił o naszych wspólnych relacjach. Od wielu lat zawodowy etap mamy już za sobą. Wiele innych etapów pewnie jeszcze przed nami. Nie będzie, przynajmniej dziś, opowieści o Elżbiecie ale krótki fragment z mojego życia, który się z nią wiąże.

Któregoś dnia Ela zaciągnęła mnie do Zielonego Baru na kawę. Naprawdę bar nazywał się O’Uverture ale nikt o tym nie pamiętał. Był Zielony dla wszystkich, ze względu na wystrój w kolorze zielonym.

Zielony bar……

Gwar i szum i zamieszanie
Dźwięk fortepianu ledwo przebija
Przy barze drinka od ręki dostaniesz
W ukropie barman się uwija…
Dwa Moijto, Manhattan i Biała dama
Dla tej pani, co w kącie siedzi sama
Pinacolady smaczek słodki
Dla tej przy oknie słodkiej idiotki…

Przy ladzie rzędem hokery
Na jednej nodze rozparte wzdłuż ciała
Dobre obyczaje lecz różne maniery
Napiwek barmanka dostała….
Dwie Margarity i cocktail Ekstaza
Dla tej sąsiadki, co z prawej zawadza
Wściekły pies na bazie wódki
Dla tego, co poznać chce wódki skutki…

Zajęte stoliki na sali zielonej
Dym z papierosów zielony ma kolor
Zielone oczy kobiety rozmarzonej
Jej drink ma barwę zieloną….
Red kiss, Daiquiri i Paryska blondynka
Dla tej małej, co usta ma jak malinka
Blue Curacao a po nim Łza Stalina
Dla tego z cygarem, co bełkot zaczyna…..

W shakerze mieszają się trunki
Potok zielonych do kasy wciąż płynie
Do rozmów i flirtu znakomite warunki
Przy piwie lub winie…….
Czerwony księżyc, Whisky and soda
Dla tych, co biznes zrobili, nagroda
Krwawa Mary i Irlandzka róża
Dla tych, co biznes się im nie udał….

Zielony bar kochanków azylem
Nim znikną w hotelowym apartamencie
Na drinka wpadną do baru na chwilę
Wypić za swoje szczęście…..
Martini bianco lub szampan wystrzeli
Dla tych, co nurzać się będą w pościeli
Flip kolorowy i Sen z Burbona
Dla jednej takiej, co miłości spragniona….

A dla mnie, co co dzień tutaj zamiatam
Uśmiech od barmana i zielona herbata……

Ela: co byś zrobiła, gdybyś miała szansę wyjechać do Stanów i popracować trochę?

Panowała głęboka komuna. Mąż Eli, Sławek, już tam był. Pomyślałam, że mówi o sobie.Tomek, jej syn, był maluchem. Mój syn też. Troszkę większym maluchem. Byłam przekonana, że jest w rozterce, czy zostawić synka na pastwę dziadków i dołączyć do męża czy też zostać przy dziecku w tym ważnym dla niego okresie (a który nie jest ważny?). W moim pojęciu pomogłam jej podjąć decyzję. Byli małżeństwem na starcie. Mieszkali kątem u rodziców.

Ja: zrobiłabym to natychmiast

Pojechała do męża. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy w miesiąc później dostałam, bez uprzedzenia, zaproszenie do Stanów. Któregoś dnia po prostu wyjęłam list ze skrzynki pocztowej. Pozyskanie wizy amerykańskiej w tamtych czasach wiązało się m.in. z okazaniem w ambasadzie zaproszenia oraz co najmniej korespondencji z kimś zza oceanu. Z drugiej strony, na miejscu należało się wykazać więzami rodzinnymi, stanowiącymi gwarancję powrotu oraz stabilną pracą i stałymi dochodami. Stany borykały się z pracą na czarno cudzoziemców w tamtym okresie, jak nigdy.
Zaproszenie oraz korespondencja, o której wspomniałam a którą to mi Ela dostarczyła kosztowały ją parę groszy. Wpadłam jak śliwka do śliwowicy w praskiej synagodze.
Moja przyjaciółka zainwestowała we mnie a ja nie miałam z czego zwrócić nakładów. Trzeba było jechać…za chlebem.
W ten oto sposób koperkowa rozmowa już na etapie uwertury wpłynęła na całość dzieła!

Dostałam wizę. Zostawiłam dziecko na pastwę „moich” dziadków i trochę ówczesnego męża.
Był styczeń. Wyczytałam, że w Ameryce panuje panika z powodu zimy stulecia. Zakutałam się więc jak ruska babuszka. Elka i Sławek ryknęli śmiechem, kiedy mnie zobaczyli. Amerykanki paradowały w lekkich futrach, z gołymi nogami i w adidasach do tych futer.
W pracy szpilka, po pracy adidas. Adidas stał się dla mnie symbolem Ameryki. Natychmiast po przyjeździe zakupiłam parę adidasów dla siebie.
Na JFK (lotnisko w Nowym Jorku) przywitała mnie gruba murzynka, klaszcząca w ręce. Do stanowisk urzędników imigracyjnych, wpuszczających komunistycznych gastarbeiterów, prowadziła długa droga wytyczona przez sznury umocowane na kołkach. Porządek musiał być! Czarna grubaska w mundurze klaskała w ręce przez cały czas, przemierzając tam i z powrotem przestrzeń dzielącą nas od upragnionej granicy. Coś tam podśpiewywała na przemian z karceniem niepokornych, amerykańskich kapitalistów, którzy próbowali ominąć porządek rzeczy, czyli przemknąć się poza kolejnością. Demokracja na najwyższym poziomie. Karnie odstałam kolejkę, żeby wreszcie wpaść w objęcia Sławka, który urwał się z pracy aby mnie odebrać.
Ela załatwiła mi tymczasowo zakwaterowanie u znajomych z hotelu. Trochę naszych wspólnych znajomych wyemigrowało już wcześniej i wielu z nich pozostało na zawsze. Trzymali się tam, na obczyźnie, razem.
Rozpoczęłam poszukiwanie pracy. Praca była najważniejsza. Niektórzy szukali nawet i kilka miesięcy. Ja się załapałam już w pierwszym tygodniu. Tylko dlatego, że podjęłam ryzyko pracy w miejscu, w którym nikt nie chciał pracować. Właścicielka rezydencji (jak się później okazało, również nieformalna głowa rodziny), czyli Rachela, cieszyła się złą sławą. Była wymagająca i zmieniała personel jak rękawiczki. Płaciła dobrze. Na pierwszej rozmowie rekrutacyjnej poszprechałyśmy po Niemiecku. Zatrudniła mnie natychmiast. Zwrot inwestycji w efekcie tego zakupu nastąpił po trzech tygodniach mojej pracy. Łącznie z przelotem. Wiedziałam, że wrócę w podskokach do syna, kiedy tylko się da. A konkretnie w terminie, który wyznaczył mi przełożony udzielając urlopu bezpłatnego. Na Święto Pracy czyli na 1 Maja. O dłuższych, amerykańskich fanaberiach nie chciał słyszeć.
Tam, w domu Racheli, spotkało mnie dosyć ciekawe zdarzenie z socjologicznego punktu widzenia. Prowadziłam rezydencję, może zbyt wielkie słowo, działające na wyobraźnię ale tak właściciele domu nazywali to miejsce, w którym mieszkali a dla mnie ona rezydencją była. W porównaniu z małym, wynajętym, warszawskim mieszkaniem ekskluzywny, duży dom był ósmym cudem świata. Prowadziłam czyli robiłam to, co większość moich koleżanek i kolegów na analogicznych stanowiskach. Sprzątałam, rozporządzałam, dysponowałam, wykonywałam…..Znajdowałam się najniżej w hierarchii społecznościowej domu a jednocześnie w pewien sposób stanowiłam o jego prestiżu, będąc przedmiotem popisów przed gośćmi na każdym przyjęciu towarzyskim a przyjęć odbywało się sporo. Był to czas, kiedy syn moich pracodawców zawierał związek małżeński. Wkraczałam na przyjęcia z uśmiechem i znajomością języków, odziana w sukienki, które sprezentowała mi Rachela.
Moja chlebodawczyni była wymagającą, umiarkowanie surową i sprawiedliwą kobietą.. Prawdziwą, ortodoksyjną Żydówką. Goliła głowę, nosiła perukę, kultywowała tradycję, dbała o porządek, ulegała mężowi umiarkowanie. Świetna kobieta.. Z klasą ukrytą pod peruką i nasadzonym na tę perukę kapeluszem z szerokim rondem, zawadiacko i elegancko zarazem spuszczonym na jedno oko. Nie była ładna w powszechnym tego słowa pojęciu ale mnie się podobała i lubiłam z nią rozmawiać.

Ja: Pani ma świetne nogi
Rachel: Nogi to prawdopodobnie najlepsze co mam

Znalazłam zdjęcia. Obejrzałam je. Wiem, że to nieładnie. Przyjmijmy, że sprzątałam i przy okazji odkurzałam album rodzinny. Miała trzech synów. Dwóch było niesprawnych umysłowo. Przebywali w domu specjalnej troski. W ten sposób trzeci syn, Tzvi, został jedynakiem. Oczkiem w głowie – na pewno.

Wolne dni, czyli od zachodu słońca w piątek do niedzieli rano spędzałam z moją przyjaciółką. Starałyśmy się jak najwięcej wyciągnąć dla nas samych z Nowego Jorku oszczędzając jednocześnie do bólu każdego centa. Pomysłowość i możliwości znajomych sprzyjały. Od Bożeny miałyśmy wolny wstęp do wszystkich muzeów, gdyż jej pracodawczyni była w jakiś sposób związana zawodowo z muzeami. Czasami folgowałyśmy sobie, żeby spróbować pizzy w PizzaHut na Manhattanie albo napić się drinka z okazji moich urodzin. Wiele mi dał ten pobyt i wiele mnie nauczył. Dziś mówimy sobie z Elą, że gdyby już było bardzo krucho z finansami, zawsze możemy wrócić do Nowego Jorku.

Manhattan

To miasto pod niebo strzeliste
Z wyspą po środku jak Paryż
Zabierz mnie na tą wyspę
Do miasta co nie zna granic

Tam wszystko zdarzyć się może
I zachwyt i koniec świata
Zabierz mnie, prosżę, o Boże
Zabierz mnie na Manhattan.

Niech się pomiesza w drinku
Przyprawi o zawrót głowy
Suma wszystkich uczynków
Wciąż do spełnienia gotowych

Niech zagra dla mnie dzielnica
Bogactwem niech oszołomi
Nieznana niech będzie granica
Która się slumsem pokłoni

Niech dno drinka rozbłyśnie
Tajemnicą wielką świata
Niech w powietrzu zawiśnie
Co kryje w sobie Manhattan.

Manhattan – cocktail na bazie whiskey i słodkiego wermutu.
Childe Hassam, The Avenue in the Rain, 1917,  oil on canvas, 42 in. x 22.25 in.  The White House Collection;  Zdjęcia: barmani, Zielony Bar, Hotel Victoria, 2000 r., Metro na Broadway’u, 1988, Archiwum Jarzębiny;  USA, Jurek Bartuszek, 2010

Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Pamiątki z podróży i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free