Nie wiem, czy każda branża ma swój żargon. Podejrzewam, że tak. Czasami przysłuchuję
się rozmowie mojego syna, informatyka, z jego dziewczyną o tym samym wykształceniu…i czuję się jak na chińskim kazaniu. W hotelu również wykształcił się specyficzny język, którym hotelarze posługują się między sobą, głównie na bazie wątpliwej jakości spolszczania wyrazów z języka angielskiego. Hoteli, w których pracowałyśmy wspólnie z Małgosią, dotyczy ten fakt, wydaje mi się, szczególnie, gdyż hotel Victoria należał na bazie umowy franszyzy do międzynarodowej sieci hotelowej Inter.Continental, pozostającej przez lata w amerykańskich rękach. Stąd też większość materiałów dydaktycznych studiowaliśmy w tymże języku. Nasza korespondencja z Małgorzatą nie jest więc wolna od takich naleciałości…co dla mnie ma swój niepowtarzalny urok.
Poniżej moja wirtualna interlokutorka w pierwszych słowach swego listu odniosła się do wpadki w postaci przebukowania (lub przebookowania – niestety pisownia nie szła w parze ze słownictwem i była traktowana z wyjątkową acz zrozumiałą dla nas, dowolnością) przywołanej przeze mnie w opowiadaniu o Renacie. Przypomnę więc tylko, że przez przebukowanie należy rozumieć sprzedaż pokoi bez pokrycia a pracę na overbookingu – doprowadzanie w sposób zamierzony do sytuacji przebukowania aby sprzedać danego dnia wszystkie dostępne pokoje hotelowe licząc na anulacje przyjazdów dokonywane nawet w ostatniej chwili. Taktyka powyższa stosowana jest od lat przez linie lotnicze, czego doświadczamy i dzisiaj nie znajdując miejsca w samolocie na podstawie wykupionego przez nas dużo wcześniej biletu. Krótko mówiąc – kto pierwszy ten lepszy.
Przez lata konflikt interesów na powyższym tle był przyczynkiem do niekończących się awantur pomiędzy rezerwacją (ja), która „przewalała” sprzedaż i recepcją (Małgorzata), która z tym przewalaniem musiała sobie radzić na pierwszej linii frontu, twarzą w twarz z gościem.
Małgorzata:
Przebukowanie było w czasach świetności Victorii chlebem powszednim. Rezerwacja, którą i Ty obsługiwałaś, a szefował jej Nasz Prezes, wtedy jeszcze młody i zdolny kierownik, z założenia przyjmowała więcej niż dostępna baza. Liczyło się z jednej strony na tak zwane niedojazdy i wcześniejsze wyjazdy z drugiej strony. Dochodziły do tego rezerwacje protekcyjne – to podsunął szef, tamto dyrektor, dzwonili z ministerstwa a i recepcjonista coś sam upchnął, żeby gość z wdzięczności, że nie musi nocować w fotelu pod palmą w hallu, dał zarobić parę zielonych banknotów. Tak więc najczęściej bilans był na minusie.
Ja:
Czasy świetności Victorii to czasy początków naszej kariery zawodowej a przez świetność należy rozumieć, że był to przez lata jedyny pięciogwiazdkowy hotel w Polsce, nie pomijając faktu, że pozostała baza hotelowa prezentowała się różnie i była zdecydowanie niewystarczająca w stosunku do potrzeb. Stąd też, przyzwyczajony do pewnego komfortu pobytu gość zza Żelaznej Kurtyny poszukiwał noclegu w warunkach co najmniej zbliżonych do tych, do których przywykł. Należy na powyższe nałożyć kurs złotego do dolara, który w owych czasach kształtował się niesłychanie korzystnie dla naszych gości oraz siłę nabywczą zielonych.
Małgorzata:
W czasach minionych, które wspominamy, przelicznik złotego do dolara był o tyle korzystny dla gości, że oprócz obowiązkowej, narzuconej przez państwo polskie, wymiany na każdy dzień pobytu i opłaty za hotel (wyłącznie nocleg podlegał tym restrykcjom) dokonywanej w sposób oficjalny w kasach walutowych (na lotniskach i w hotelach) dokumentowanej Kwitem W-1 , panoszył się wszechobecny czarny rynek. I na tym rynku właśnie gość za swego dolara, czy inne zagraniczne środki płatnicze miast marnych groszy w kasie, dostawał furę złotówek. Za sto baksów wymienionych na czarno mógł korzystać z wytwornego życia przez tydzień. Jadł i pił w najlepszych knajpach (czytaj przyhotelowych), pławił się w towarzystwie luksusowych dam i zadawał szyku rozdając hojnie napiwki. A potem wracał do siebie, gdzie już tylko praca, żona, dzieci i czekał na następny wyjazd służbowy do PRL-u.
Ja:
W tym miejscu przypomnę genezę powstania piosenki wykonywanej przez zespół Kombi pod tytułem „Hotel Twoich snów”, której akcja toczy się w hotelu Victoria. Genezę przypomnę słowami Tomasza Rozwadowskiego, który opisał ją w Dzienniku Bałtyckim. „ Oczkiem w głowie Korzeniewskiego był trójmiejski zespół Kombi….Dzięki znajomościom z dygnitarzami zorganizował dla swoich podopiecznych koncert w zbudowanym właśnie, superkomfortowym na owe czasy hotelu Victoria-Intercontinental w zamian za nagranie piosenki „Hotel twoich snów” z nazwą Victorii powtarzaną w refrenie.” Był rok 1976.
Victoria hotel, hotel twoich snów
Tutaj jak w telewizorze
Masz niebo i stereo raj
Dziś twa szansa, możesz złapać ją sam…
Małgorzata:
Dzienna zmiana recepcji powinna zabezpieczać brakujące na skutek przebukowania pokoje w innym hotelu (głównie Europejskim ale i hotel Grand i Forum też udostępniały w miarę możliwości swoje rezerwy). Powinna też w ciągu dnia odesłać trochę gości do tych zdobytych w pocie czoła miejsc noclegowych. Takie odsyłanie zawsze łączyło się z awanturą większą lub mniejszą i aby tego uniknąć oraz spokojnie pracować, dzienna zmiana z rzadka odsyłała gości. Tak więc „nocni” zastawali już tylko kilka wolnych pokoi, całą plejadę rezerwacji i miejsca na mieście do odesłania. Przyjazdy najbardziej intensywnie mnożyły się wieczorem, więc awantury mnożyły się również w późnych godzinach wieczornych, niemożebnie.
Ja:
Codziennym rytuałem recepcjonisty było sprawdzanie w rezerwacji, ile też awantur go czeka na kolejnym, nocnym dyżurze. Rezerwacje dostępne były i powszechnie widoczne na racku, czyli długiej szynie wzdłuż ściany zaplecza recepcji. Umieszczane były tam przez pracowników rezerwacji w postaci małych karteczek z nazwiskami gości, czyli slipów. Niezmiennie zbyt intensywne sprawdzanie pracy rezerwacji denerwowało jej pracowników:
- co tu znowu przyłazisz i grzebiesz mi w slipach!
rzucała niejedna, zdenerwowana pracownica w stronę zbyt zaangażowanego recepcjonisty.
Małgorzata:
Odgrywaliśmy w recepcji stały numer z awarią i zalanym piętrem, siłą wyższą tłumacząc przewałkę w postaci braku pokrycia na potwierdzoną rezerwację. Goście ustawiali się w długiej kolejce, niczym kiedyś na postoju taxi i błagali o pokoje. Dawne czasy. Dzisiaj w hotelach jest już normalnie. To hotel, nie tyle czeka, co zdobywa i zabiega o gości.
Dobrze, że już mnie tam nie ma.
Ja:
Pewnie, że tak. Od kiedy sytuacja na rynku zrobiła się zdrowa zmieniły się też zachowania recepcjonistów a raczej ich praca skupiona została na zupełnie innych aspektach. Co nie znaczy, że wtedy było lekko. Było inaczej. Kiedy rynek hotelowy powoli zaczął się normalizować ani ja ani Małgorzata nie stałyśmy już za ladą recepcyjną na co dzień. Nasze profesjonalne zadania nabrały innego wymiaru i dotyczyły nie tylko recepcji i rezerwacji jako takiej.
Małgorzata:
A takie piękne prostytutki pracowały wieczorami w Czarnym Kocie. Jak kiedyś zarządzono szlaban i nie były do nocnego wpuszczane przez dni a właściwie nocy kilka, to goście pytali, czy to miejsce dla gejów, bo chłopy ścieliły się gęsto. W tamtych czasach w interesach podróżowali wyłącznie mężczyźni. W nocnym dramatycznie spadła frekwencja i co gorsza – utargi, więc szlaban podniesiono szybko do góry. Znowu było jak dawniej. Panie przychodziły do pracy a my żartowaliśmy, że powinny podpisywać w recepcji listę obecności.
Otoczą cię zewsząd kolory i woń
I nawet gwiazdy z ekranu
A jedna z nich, naga pod futrem, da ci znak
Lustrzana winda uniesie was
Będziecie płynąć aż do nieba bram, aż na piętro Raj
Ja:
Opowiastki z tego podwórka można by mnożyć. Również o nagich paniach w futrze, które to futro rozchylały jednym ruchem stojąc na przeciwko zaspanego gościa, który akurat otworzył im drzwi, sądząc, że puka room-service albo pokojowa. Hotel to w końcu nie kościół chociaż i nie burdel. Klient nasz Pan. Czasami trudno jednak było wyważyć granice..przyzwoitości….aby reszta gości, nie gustująca w tego typu rozrywkach oraz nieliczna grupa samotnie podróżujących kobiet czuła się komfortowo, nie nagabywana nachalnie przez panie, o których mowa.
Obudzisz się nagle przy śpiącej kobiecie
Nie poznasz jej twarzy
Opuścisz autobus, wolno wstąpisz w noc
Przepłyniesz wielki, obcy ci plac
Neony drogę ci pokażą tam, gdzie świetlisty gmach
Małgorzata:
W pierwsze upalne dni lata, kiedy klimatyzacja wysiadała w hallu a drzwi na fotokomórkę stały rozwalone otworem, można było obserwować, jak późną nocą panie polują pod hotelem. Spacerowały lub siedziały w samochodach zachodnich marek (wówczas Polonez był nie lada osiągnięciem) i zachęcały do skorzystania ze swoich usług. Dobrze wiedzieliśmy, którzy goście z tych usług chętnie korzystają i odjeżdżają w siną dal aby zaznać rozkoszy a potem wracają nad ranem lekuchno zmęczeni. Dla mnie najbardziej szokujące były sytuacje, kiedy raz na jakiś czas stały bywalec hotelu i usług dodatkowych, o których wyżej, przywoził swoją ślubną małżonkę. I była to dama ładna, zgrabna, świetnie ubrana. Jednak powiedzenie – żebyś ty jeszcze była cudza – ma głęboki sens, dla panów oczywiście. Tak więc do faktu, że ludzie się zdradzają przywykłam już dawno, choć nie pochwalałam i nie pochwalam.
Obudzisz się nagle przy śpiącej kobiecie
Nie poznasz jej twarzy
Opuścisz to miejsce i w szary wstąpisz dzień
Postawisz kołnierz kurtki na wiatr
Do pracy pierwsza zmiana będzie szła, pójdziesz z nimi w brzask
Zdjęcie: stanowisko rezerwacji (za plecami rack ze slipami) 1987, Hotel Victoria InterContinental, Warszawa, recepcja hotelu Victoria IHC, 1999 rok, Archiwum Jarzębiny
Gracja
Drogie Panie,
Oj łza sie w oku kręci na te hotelarskie wspomnienia. A jest co wspominać. Nie ma juz tamtej Victorii ani Europejskiego.POzdrawiam .Gracja
dodano dnia 25.06.2009, 22:31
Facebook
Zwierzolubni
no i dopiero dzis sie o tym dowiedzielam cokolwiek
dzieki za post!