Wczoraj dostałam wielki bukiet peonii od Krzysia.
Kocham Krzysia i peonie. Są piękne i wonne. Wszystko zaczyna się bardzo niepozornie. Na czubku chudej łodyżki znajduje się mały pąk. Twardy i zbity jak kulka wojłoku. Jest brzydki i nie zapowiada niczego szczególnego. Peonia liście ma duże, palczaste, rozłożyste i zawsze w dobrej kondycji. Nagle pękają pąki i zaczyna się orgia zapachu i koloru. Gama barw od białych, poprzez blado i silnie różowe do głębokiego bordo. Kwiaty pierzaste, ale pełne, tworzące miękkie kule, składają się z niezliczonych ilości płatków. Pachną subtelnie, nie oblepiają zapachem, nie odurzają, ale wiadomo że są. Woda w wazonie nawet po kilku dniach jest krystalicznie czysta, a łodygi nigdy się nie ślimaczą. To dodatkowy dowód na szlachetność peonii. Giną na zasadzie efektu domina, jeden płatek pociąga za sobą następny i następny. Lawina smętnie spada na podłoże wokół wazonu. Okaleczony półkwiat nadal walczy, ale nie jest już tak dumny. Wie, że niebawem się go pozbędę. Ale liście nadal są dziarskie! Pozwalam im zostać, czasami traktuję jako bazę i dokładam inne kwiecie.
Nasz wielki przyjaciel Zbyś przywiózł nam dwa lata temu ze swego warszawskiego ogródka kawałek krzaka peonii. Krzak się przyjął, ale niestety jak dotąd nie wydał kwiatów. Dlatego Krzyś zdobywa dla mnie co roku peonie z przydomowych ogródków w okolicznych wsiach.
Mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się własnych, czyli Zbysiowych.
Facebook
Zwierzolubni