Gołąbki, o których niżej, nie mają nic wspólnego, oprócz nazwy, z ptasią rodziną latającą.
Nie fruwają, są absolutnie stacjonarne, a stacjonują w rondlu. Gołąbki w wielu miejscach zwane są też kapustą faszerowaną i chyba ten tytuł jest jednak bliższy memu skojarzeniu. Niewątpliwie do wyprodukowania gołąbków potrzebna jest kapusta i nadzienie, czyli farsz. Głowa kapuściana powinna być duża, co gwarantuje duże listowie. Powinna być zdrowa, w kolorze jasnozielonym i właśnie tutaj zaczyna się dylemat. Głowa ścisła i zwarta niełatwo puszcza liście ze swego czerepu, luźniejsza bywa sflaczała. Trzeba wybierać. Podobnie sprawa się ma z wielkością. Mniejsze główki też są przydatne, tyle że czasami na jednego gołąbka potrzebujemy kilku liści. Jeśli zatem główka z tych mniejszych pochodzi trzeba dobrze porachować potrzebny materiał. Ja nabywam kapustę średniej wielkości na targu, gdyż hodowanie jej w moim mini warzywniaku skończyło się swego czasu fiaskiem totalnym. Najpierw martwiłam się czy wiosenny przymrozek nie zetnie mizernej sadzonki. Potem cieszyłam się, że w ogóle coś się wykluło. Następnie denerwowałam się, czy główki się zawiążą, bo początkowo były to pojedyncze liście i bardziej przypominały sałatę. A jak się już zawiązały i można było uznać, że kulistość kształtu świadczy o dojrzałej formie warzywa, metodycznie i w artystycznie ażurowy sposób wchłaniane były przez liszki. Robaczki owe wyżerkę miały extra, spożywały bowiem produkt nie poddawany chemicznym opryskom i czuły się znakomicie, co potęgowało ich apetyt, a to skutkowało szybszym dzierganiem w malusich otworków w kapuście. Nie posiadając zatem własnej kupuję kapustę i nie zastanawiam się nad opryskami, jakim zapewne została poddana. Cieszę się natomiast, że jest w znakomitej formie i nie przypomina w niczym rzeszota.
Obgotowuję wyłącznie liście, uprzednio z trudem z kapuścianej głowy zdjęte. Wiem, że istnieje sposób obgotowywania kapusty w całości, a po przestudzeniu zdejmowania liści. Ja obgotowuję liście, które układam jeden na drugim we wrzącej wodzie ze szczyptą soli. Rozbieranie kapusty z liści jest zadaniem nader kunsztownym. Należy tak prowadzić te rozbiórkowe prace, aby liści nie poszarpać, nie porwać, nie uszkodzić. Delikatnie zdejmować jeden po drugim, tyle ile przewidzianych jest gołąbków, plus kilka, jako zapas, gdyby wydarzył się jakiś nieprzewidziany wypadek przy pracy. Obgotowane i przestudzone liście rozkładam delikatnie na desce kuchennej i zajmuję się wycinaniem z nich zgrubiałych części. Tych, które przylegały do, przepraszam za wyrażenia, głąba. Powoduje to w prawdzie ubytki w liściach, ale pozwala zgrabnie je zwijać, gdyż oporne i mało elastyczne części nie są przydatne.
Uprzednio przygotowany i dobrze doprawiony farsz z mięsa mielonego z domieszką ugotowanego nie całkiem do miękkości ryżu, dzielę na porcje wedle przewidzianej ilości sztuk gołąbków. Na każdy liść nakładam porcję farszu i otulam szczelnie kapustą. Zawijam najpierw krótsze boki, a następnie roluję gołąbka. Jeśli w liściu występują luki, wstawiam łaty w postaci dodatkowego liścia lub jego części w sposób absolutnie kryjący nadzienie. Tak aby wnętrze pozostało tajemnicą. Teraz do wyboru mam dwie wersje. Obsmażenie gołąbków, aż do zarumienienia kapusty włącznie (przypieczki mile widziane) ułożenie w rondlu, podlanie tłuszczykiem ze smażenia i minimalnie wodą. Będą to gołąbki w sosie własnym. Albo zatopienie ich w sosie pomidorowym. Wersja ambitna zakłada wykonanie sosu ze świeżych pomidorów. Poza sezonem wspieram się zapuszkowanymi pomidorami lub słoiczkowym koncentratem. Potem już tylko ziemniaczki z dużą ilością zielonego i pachnącego koperku i gruchające szczęście kulinarne zapewnione.

Facebook
Zwierzolubni