Było lato 1974 roku. Z okazji obchodów 30-lecia PRL-u Leonid Breżniew odznaczony został
Krzyżem Wielkim Virtuti Militari, w Gdańsku otwierano Port Północny, w Warszawie Trasę Łazienkowską a ja bawiłam z mamą na wakacjach w Sopocie. Za rok miałam skończyć pomaturalną szkołę hotelarską i zmierzyć się z pierwszą w życiu pracą, można więc uznać, że było to moje ostatnie, beztroskie lato, odmierzane dzwonkami szkolnymi. Wynajęłyśmy pokój z dużymi oknami, wychodzącymi na morze, tuż przy samym molo. Słońce świeciło jak szalone, przez Monte Cassino przewijały się tłumy a po lody z automatu, popularnie zwane włoskimi, ustawiały się długie kolejki. Do południa czas spędzałyśmy wspólnie na plaży, gdyż obie byłyśmy wielkimi amatorkami morskich i słonecznych kąpieli a po południu nasze drogi rozdzielały się na jej trójmiejskie przyjaciółki i moich trójmiejskich znajomych, z którymi co wieczór szalałam w dyskotekach. Rekordy tanecznej popularności bił wtedy zespół ABBA, który piosenką Waterloo, wykonaną kilka miesięcy wcześniej na konkursie Eurowizji, wdarł się przebojem do wszystkich dyskotek świata. W dwa lata później, 7 października 1976 r. odbierałam osobiście szwedzką czwórkę (a raczej trójkę, ponieważ Agnetha przyleciała dzień wcześniej) z warszawskiego Okęcia, towarzysząc członkom zespołu do hotelu Victoria, w którym był zakwaterowany.
Restauracja „Pod Wieżą” na gdańskiej starówce miała przyjemny klimat i dobrą kuchnię a wieczorami do tańca przygrywał w niej zespół z niewidomą piosenkarką, która pięknym głosem wykonywała uniwersalne, romantyczne, nigdy nie starzejące się „przeboje”. Poszłyśmy tam z mamą któregoś wieczora. Ten sam wieczór na potańcówkę wybrało sobie też dwóch braci, którzy jednocześnie, mnie i mamę poprosili do tańca. Wieczór rozwinąłby się pewnie przyjemnie gdyby nie trzeci adorator, który upodobał sobie moją osobę już na wejściu i jedynym sposobem, w którym upatrywał pozbycie się konkurencji, było danie jej w mordę. Salwowałyśmy się ucieczką….. Następnego dnia spożywałyśmy lody na tarasie jednej z kawiarni Monte Cassino, gdy nagle z tłumu wyłoniło się nie mniej nie więcej…tylko dwóch braci. Nie miałam żadnych wątpliwości, który z nich mi się podoba. W ten sposób poznałam Janusza.
Była to bardzo przyjemna znajomość, która trwała do 1977 roku. Widywaliśmy się bardzo,
bardzo rzadko. Janusz był oficerem na statkach handlowych i więcej go nie było niż był a kiedy był, to był w Gdańsku na „dejmance” i wtedy prowadziliśmy długie rozmowy przez telefon. Do Warszawy przyjechał tylko raz, samochodem bez..przedniej szyby. W Warszawie w pierwszej kolejności był warsztat, który jako jedyny w Polsce podjął się wstawienia wybitej szyby do Volkswagena, z tego co pamiętam, no i w Warszawie byłam przy okazji ja. Że też mu głowy w trasie nie urwało! Miał szczęście, że deszcz nie padał. Wieczór spędziliśmy tańcząc na Starym Mieście…..a pozostały czas obfitował dla mnie w kolorowe kartki pocztowe z całego świata, kartki z innej bajki…
Pożegnanie
Żeby utrzymać kurs statki powoli płyną
Wrócić do portu chcą, pogoda nie sprzyja
I nie minie pół roku i ja do portu zawinę
By znowu wypłynąć,
By znowu wypłynąć, znów pół roku minie
Wszyscy wracają prócz tych, których znam
Ukochanych najmocniej i kobiet niewiernych
Wszyscy wracają - prócz potrzebnych nam
Nie wierzę w los,
Nie wierzę w los – i sobie nie jestem wierny
Chcę uwierzyć, że to nie pobożne życzenia
Wyjdą z mody statki stojące w płomieniach
I na pewno powrócę, cały bliski w marzeniach
I na pewno zanucę
I na pewno zanucę – pół roku nawet nie minie
ПРОЩАНИЕ – Włodzimierz Wysocki; z języka rosyjskiego przełożyła Jarzębina
5 listopada 1974 Rotterdam
Milutka Iwonko! Ograniczę się do kilku słów. Nie mogę pisać, gdyż boli mnie palec. Trochę śmieszne ale prawdziwe. Przyciąłem go sobie drzwiami tak mocno, że musiałem pójść do lekarza, który zerwał mi paznokieć i jestem załatwiony. W Penangu będziemy na początku grudnia. Adresuj m/s Hanoi, adres portu i nazwa kraju…
Adresowałam więc jak powyżej….
3 stycznia 1975 Pathom near Bangkok
Szkoda, że nic nie napisałaś. Połowę rejsu mam już za sobą, portów powrotnych nie znam….
13 stycznia 1975 Burmah Lane, Penang
To już ostatni port w tych stronach. Za miesiąc Europa. Dwa tygodnie w Gdyni i z
powrotem….Nie otrzymałem żadnych wiadomości od Ciebie. Może się pogniewałaś?…
5 wrzesień 1975 Khoo Konisi, Penang
Wyobraź sobie, że w Singapurze otrzymałem od Ciebie karteczkę z życzeniami świątecznymi – Boże Narodzenie 1974…
Karteczkę! A gdzie listy, które pisałam? Pewnie dryfują do dzisiaj między Penangiem, Yokohamą, Brunei i Bangkokiem, niczym listy w butelce.
26 maja 1975 Lizbona
Zupełnie przypadkowo zawinęliśmy do Lizbony. Na Zatoce Biskajskiej wspaniała pogoda, spokojnie, prawie bezwietrznie. Nie, nie płyniemy przez Kanał Sueski! Rejs więc na pewno się przedłuży, Być może, że po drodze zawiniemy do Mombassy…
Mogłam sobie pisać do wszystkich portów świata, licząc, że może niechcący do któregoś zawinie i odbierze pocztę…
7 maja 1976 Houston
Tempo rejsu zawrotne, byliśmy w pięciu portach ale tylko w jednym udało nam się wyjść na miasto. Kilkugodzinne postoje w odległości od portów……
Aż wreszcie..
19 marca 1977 Callao
Los rzucił mnie w te strony. Jestem po raz pierwszy w South America. Szkoda, że zmieniając stan cywilny zapominasz o dawnych znajomych. Może to i dobrze ! !
Był marzec 1977 roku. Pierwszy wielki piec huty Katowice pracował pełną parą, rynek żywnościowy zaczynał się załamywać w postaci najpierw kartek na cukier, potem już kartek na prawie na wszystko…a ja 9 lipca wyszłam za mąż odpuszczając sobie wrzucanie kolejnej butelki do morza.
Jeszcze nie wieczór
Cztery lata nasz korsarz po morzu się skrada
Bandera nie wyblakła walk szarpana burzami
Dobrze wiemy już jak żagiel naprawiać
Dziury łatać własnymi ciałami
Eskadra depcze po piętach uparcie
Cisza na morzu a nam nie do śmiechu
Spokojny jednak kapitan na warcie:
- Jeszcze nie wieczór, jeszcze nie wieczór!
Bokiem przybija flamandzka fregata
I lewa burta okraszona dymami
Salwa na oko, raz chybia raz trafia
Ogień w oddali a szczęście jest z nami
I z gorszych ucieczka bywała opałów
Z wiatrem niedobrze, ładownia przecieka
Kapitan nam sygnał śle znowu pomału:
- Jeszcze nie wieczór, jeszcze nie wieczór!
Lornetki nas śledzą, setka oczu na raz
Widzą nas wściekłych, od dymu szarych
Lecz nigdy nie przyjdzie im ujrzeć nas
Do wioseł przykutych na galerach!
Walka nierówna, statek tonie już nasz
Zbaw nasze dusze, jeszcze poczekaj !
Kapitan krzyknął: – na abordaż
Jeszcze nie wieczór! Jeszcze nie wieczór!
Kto wesoły chce żyć, będzie się bił
Dłonie do walki zaciśnięte szykuje
I tylko szczury umykają co sił
Bezmyślną walkę nam psują!
Szczury pojęły : to nie żarty, do diabła
I głupio zmykały od ciosów kartaczy
A my burta w burtę ustawieni nagle
Jeszcze nie wieczór, jeszcze nie wieczór!
Oko w oko, na noże, twarzą w twarz
Ośmiornica już czeka i krab bezgłowy
Ktoś z koltem, z kindżałem a ktoś we łzach
Porzuciliśmy tonący żaglowiec
Ale nie! Nie poślą statku na dno –
Ocean pomoże, na ramionach poniesie
Przecież ocean i my to jedno
Miał rację kapitan – jeszcze nie wieczór!



Facebook
Zwierzolubni