Cóż mogę powiedzieć o wspaniałym chłopcu, który przez krótką chwilę był moim mężem.
Wszystkie słowa wydają mi się niedostateczne, niedokładne, niekompletne, niewłaściwe, nie takie, jak powinny być…nie…. Ciśnie mi się jedynie cytat z Love story Segala: „Co można powiedzieć o dwudziestopięcioletniej dziewczynie, która umarła? Że była śliczna. I piekielnie inteligentna. Że kochała Mozarta i Bacha. I Beatlesów. I mnie…” Mieszkaliśmy na jednym podwórku, nasze mamy znały się po sąsiedzku. Choć podwórko było jedno, my nie znaliśmy się prawie wcale. Być może dlatego, że Maryś nie brał udziału w życiu podwórkowym mając inne zainteresowania a także dlatego, że dzieciństwo spędził w Moskwie, gdzie los i praca jego ojca rzuciła rodzinę na placówkę. Któregoś dnia po prostu podszedł do mnie i zaprosił do winiarni na chleb ze smalcem.
Było ich trzech. Marcin, Marek i Marian. Trzech przyjaciół z ogólniaka, których połączyła muzyka i gra na gitarach. Pierwszy zrobił to Marek. Odkręcił gaz. Mówiono, że zawiedziona miłość. Kilka miesięcy później zrobił to Marcin. Odkręcił gaz. Miał 16 lat. Był moim chłopakiem od zawsze. Nie wiem, co mówiono. Kilka lat później siedziałam z Marysiem w winiarni i rozmawialiśmy swobodnie, jak bardzo dobrzy znajomi z podwórka. To on zaczarował mnie, w tamtych latach zakazanym Wysockim… i nie tylko. Pięknie śpiewał i bardzo dobrze grał na gitarze klasycznej. Nie rozstawał się z gitarą. Nie wiem, kogo kochał bardziej. Mnie, czy muzykę i gitarę. Wspomnienie z Alhambry, z bardzo trudnym tremolo, pamiętam w jego wykonaniu do dziś. Komponował muzykę do wierszy Jesienina, Wysockiego interpretował w sposób znakomity a Bacha słuchał na okrągło. Kiedy znajomi przychodzili do nas, mówili, tutaj się słucha innej muzyki niż gdzie indziej. Tutaj jest inaczej. Uwielbiał „Wilka stepowego” i „Grę szklanych paciorków” Hessa. Zapisywał w nieskończoność nieskończoną ilość zeszytów w kratkę, próbując obliczyć całkę nieskończoną. W nieskończoność studiował też na Politechnice elektronikę, która zbytnio go nie pasjonowała. Maryś miał po prostu piękną i wrażliwą duszę równocześnie nie będąc pozbawionym sporej dozy zdrowego rozsądku i biznesowej smykałki. Lubił odrobinę szaleństwa i szybką jazdę. W podróży poślubnej przemierzyliśmy Polskę autostopem. Rok później przemierzyliśmy Polskę na motorze z nieodłączną gitarą na plecach pasażera, czyli moich. Cel podróży zmieniał się nam w zależności od nastroju i fantazji. Działo się wiele. Zawsze coś się działo. Żyliśmy pełnią życia. Prowadziliśmy intrygujące dyskusje, w których on z reguły swoją niespokojną i niezwykłą inteligencją prowokował mnie do kontrowersyjnych wypowiedzi specjalnie wprowadzając w błąd, aby potem cieszyć się wnioskami. Nauczył mnie grać w brydża a przede wszystkim nauczył mnie wspólnego języka. Miał do mnie cierpliwość i powoli, systematycznie uczył mnie licytacji w różnych konwencjach, podsuwając odpowiednie lektury. Nigdy dobrze nie rozgrywałam. Rozgrywka mnie nużyła wobec konieczności nudnego liczenia lew w danym kolorze i zapamiętywania, co zeszło a co nie. Poza tym z pamięcią od dzieciństwa miałam problemy. Nie potrafiłam zapamiętać tego, co mnie nie interesowało albo nie wzbudzało emocji. To się podobno nazywa pamięć wybiórcza albo wrażliwość. Licytacja, wymagająca zrozumienia pozornie abstrakcyjnych odzywek partnera w dojściu do optymalnego kontraktu pobudzała zawsze moją wyobraźnię i dawała wiele satysfakcji. Ale, aby tak licytować należało mieć warsztat oparty na wiedzy i wielką intuicję popartą wyczuciem partnera. Nigdy, nigdy już więcej w życiu nie spotkałam takiego partnera, jakim był dla mnie Maryś.
Maryś. Szczupły, nieduży ciałem ale wielki sercem. Nieprzeciętnie inteligentny i utalentowany. Śmiertelna, przewlekła choroba jego mamy zostawiła na nim niezatarte piętno. Niezwykle wrażliwy człowiek nie potrafi sobie z taką traumą poradzić. Ja sobie z nią u niego też nie dałam rady. Nie chciał mieć dzieci. Żeby nie przeszły przez to samo piekło, co on, kiedy w cierpieniach niewypowiedzianych umierała jego matka. Kiedy zaszłam w ciążę, kazał mi ja usunąć. Mój teść, którego lubiłam i szanowałam, ułatwił mi to zadanie.Myślę, że po prostu uszanował naszą decyzję i pomógł, jak mógł. Wkrótce potem wzięliśmy rozwód. W sądzie Maryś obdarował mnie wielgachnym bukietem kwiatów, przyznał się, że mnie nie kocha i miał kochanek w bród, wziął na siebie co mógł……a i tak rozstaliśmy się za porozumieniem stron…a wysoki sąd śmiał się, nie wiem dlaczego, mówiąc: nie dam Wam rozwodu, w takiej dobrej jesteście komitywie. Kochany mój Maryś. Kiedy po raz drugi wyszłam za mąż i urodziłam wymarzonego syna, spotkaliśmy się przypadkiem. Szłam z malutkim Jerzykiem za rączkę.
Maryś: jak on ma na imię
Ja: Jurek, Jerzyk
Maryś: tak, jak Twój mąż?
Ja: tak
Maryś: wiesz, że to przynosi nieszczęście
Ojciec Marysia ma na imię tak jak on, jego siostra nosi takie samo imię, jak jego mama. W tej rodzinie matka umierała długo w cierpieniach, syn zginął tragicznie i wnuk, syn siostry Marysia, również. Ta rodzina jest szczęśliwa, sądząc po zdjęciu, które ostatnio widziałam. Mój syn nie nosi imienia po ojcu. Mój syn nosi imię na cześć księdza Popiełuszki. Jestem idealistką i niepoprawną romantyczką. Maryś był ateistą. Ja jestem nielogicznie pomieszana religijnie i znajduję się pod względem formalnym gdzieś pomiędzy ewangelizmem a katolicyzmem. Pod względem ideowym określam siebie sama jako agnostyczkę. Nie mieliśmy z Marysiem ślubu kościelnego. Ślub kościelny nie miał dla mnie żadnego znaczenia. Wiara czy niewiara też nie. Liczył się człowiek. Do dzisiaj się liczy dla mnie tylko człowiek i to co, co sam o sobie stanowi.
Był styczeń 1993 roku. Pół roku temu zmarł mój ojciec na raka, moja córka w miesiąc później, moja mama zaraz potem. Nieszczęścia chodzą parami. Wzięłam Wyborczą do ręki, żeby poszukać natchnienia do nekrologu dla mamy, która zmarła ostatnia….Nie..nie ostatnia…Zobaczyłam nekrolog. Ojciec czy syn? -To samo imię i nazwisko. Docierało do mnie długo zanim upadłam na kolana i wezwałam Boga. Poszłam z pogrzebu na pogrzeb. Mojej mamy i mojego męża, Marysia. Na cmentarzu wszyscy jego znajomi wiedzieli kim jestem, choć wielu widziałam pierwszy raz na oczy.
Ach….to jesteś Ty…Marian dużo o Tobie opowiadał. Zawsze nadzwyczaj dobrze wypowiadał się na Twój temat…… Myślałam, że serce mi pęknie albo wybuchnie w ten skuty mrozem dzień. Był wspaniałym, wrażliwym człowiekiem, którym obdarzył mnie los. Pełnym fantazji, nie dbającym o opinię otoczenia w imię zachowania własnego ja. Nie stawiałam mu pomnika za życia, ponieważ mnie srogo doświadczył. Kiedy zginął tragicznie odczułam niepowetowaną stratę, choć brzmi to banalnie. Brak mi słów, po prostu brak mi słów…….
Andy
Proza, jak najbardziej proza. Z drugiej strony ja nie znam się kompletnie na poezji…
I znowu smutno mi, bo jak miałoby być inaczej. Powoli mam jednak wrażenie, że Ciebie poznaję i cieszę się z tego, Jarzębino.
Powinnaś kiedyś zagrać jednego robra ze mną…
dodano dnia 22.12.2009, 21:27
Facebook
Zwierzolubni