Krzysztof napisał do mnie kiedyś, że składał się w młodości prawie w całości z 
Hemingway’a, niewielką resztę siebie tylko zostawił dla wody, bez której, na obecnym etapie wiedzy, życie ponoć nie jest możliwe.
Niedawno temu władze Kuby zdecydowały się na udostępnienie w internecie archiwum z Finca Vega, willi Hemingway’a, w której pisarz mieszkał dwadzieścia lat. Szukałam, nie znalazłam.
Pierwszy wiersz Hemingway napisał w wieku lat trzynastu, kiedy to dorastał wśród leśnych ostępów Michigan. Pierwsze „teksty literackie” umieszczał zaraz po skończeniu szkoły średniej w kryminalnych annałach Kansas City, gdzie pracował jako reporter aby w 1917 roku, w wieku 18 lat wyruszyć na wojnę. Wrócił z niej jako bohater, będąc sam ciężko rannym, ratujący innego rannego żołnierza. Kroniki kryminalne zamienił na kroniki wojenne a Amerykę na Hiszpanię. Niestety, tak jak w Ameryce ukochał polowania tak w Hiszpanii upodobał sobie krwawą corridę. Pozostając pod ogromnym wrażeniem okrucieństw wojny, w której ginęli ludzie, pozostawał również pod ogromnym wrażeniem okrucieństw, w których ginęły zwierzęta. Tejże dezaprobacie i równocześnie tymże upodobaniom dał wyraz w swojej twórczości.
Hiszpania jest piękna a miejsce, które wybrał w niej Hemingway, wyjątkowe. Najpiękniejsze białe miasteczko na świecie, jakie widziałam. Jakiś czas temu oglądałam program, w którym amerykańskie małżeństwo wybrało sobie okolicę z widokiem na Rondę na miejsce do życia, po spieniężeniu całego swojego amerykańskiego dorobku.
Hemingway, widocznie nie widząc dla siebie perspektyw w tym słonecznym kraju, chociaż uprawiał wolny zawód literata, zrobił na odwrót, czyli powrócił do Ameryki. Może też nie miał w tym spokojnym miejscu niezbędnej mu do pisania adrenaliny i wrażeń. Ameryka niosła ze sobą walki na ringu, a boks uprawiał już jako nastolatek, powrót do polowań i…..wędkarstwa, tym razem dalekomorskiego.
Wraz ze spokojną Europą rozstał się z pierwszą żoną, drugą żonę zabrał więc na burzliwe, afrykańskie safari. Do Hiszpanii powrócił, ponieważ wybuchła w niej wojna. Był już wtedy uznanym pisarzem i potrzebował pożywki do pisania. Tym razem, pisząc korespondencje z frontu, nie ulegał już tak bardzo wrażliwie wojennym okrucieństwom, wprost przeciwnie, czuł się w ogniu walki jak ryba w wodzie. Określił się politycznie po stronie republikanów a „naszego” generała Świerczewskiego sportretował w „Komu bije dzwon” jako generała Golza. Określił się też co do swoich pasji, wybierając wędkarstwo jako największą z nich oraz Kubę, jako miejsce wypadów na dalekomorskie połowy. Trzecią żonę zabrał do Chin. Druga wojna światowa nie dała mu jednak spokoju, w końcu Ameryka też do niej przystąpiła ale amerykańskie urzędy podatkowe z kolei też mu nie dawały spokoju. Azyl na chwilę znalazł na Kubie, gdzie nie spoczął na łowieniu ryb, tylko zorganizował siatkę kontrwywiadu i z łodzi patrolowej, po partyzancku walczył z hitlerowcami. Partyzantka, to nie to, tym bardziej, że łódź patrolową skonfiskowało FBI, więc znowu zaangażował się w walki na europejskim froncie. Był rok 1944. Hemingway pił już alkohol bez umiaru, bardzo dużo pisał i z niepospolitą odwagą likwidował stanowiska esesmanów. Wypijał dziennie siedemnaście szklanek „whisky and soda” a do poduszki zabierał butelkę szampana. Kiedy tworzył rozkochiwał się w smaku i aromacie szkockich whisky jednorodnych. Tenże trunek odcisnął największe piętno na jego twórczości i stał się jego największą inspiracją oprócz kilku mniejszych inspiracji.
Niechlubna kontuzja przerwała wojenne zmagania Hemingwaya. Rozbił sobie dotkliwie głowę w sposób prozaiczny uderzając w zbiornik na wodę, kiedy to wypadł przez przednią szybę samochodu po suto zakrapianej kolacji. Wcześniej odniesionych ran Hemingway nabawił się na skutek ingerencji pocisków i odłamków z tych pocisków. Odznaczony został za męstwo – nie za odłamki – w dwóch wojnach światowych. Tym razem męstwa nie było, przechyliła się za to skala wrażeń dla trzeciej żony, z którą wkrótce potem się rozstał. Niezrażony tym faktem Hemingway ożenił się po raz czwarty. Tym razem zadarł z ogniem. Uszedł z życiem z płonącego samolotu i pożaru buszu, uszkadzając sobie śledzionę, wątrobę i nerki, jakby alkohol im niedostatecznie jeszcze zaszkodził.
2 lipca 1961 roku nacisnął spust dubeltówki przykładając ją sobie do głowy. Pomimo przyznanej w 1954 roku Nagrody Nobla, która na jakiś czas poprawiła jego samopoczucie, długotrwały stres i depresja w chorobie afektywnej dwubiegunowej zebrały żniwo.
Kto zgadnie, co Krzysztof miał na myśli porównując swój młodzieńczy skład chemiczny do Ernesta Hemingway’a?
Olek o Hemnigway’u z kolei napisał do mnie tak:
W roku 1957/58 miałem 14-15 lat. Jeżeli do wieku dołoży się jeszcze atmosferę w Polsce po roku 1956 to wyniki mogą być ciekawe. Najpierw w ręce wpadli mi Kolumbowie, rocznik 20 Bratnego. To co czytałem było dla mnie rewelacją ponieważ temat ten do tej pory w szkole nie istniał a w domu omawiany był marginalnie. I nagle TAKA książka. Przeczytałem jednym tchem w czasie pobytu na feriach w Poznaniu. Pamiętam do dzisiaj – miękka oprawa, chyba trzy tomy. O wrażeniu jakie na mnie wywarła najlepiej świadczy fakt, że od tamtego czasu miałem ją kilka razy w ręce ale NIGDY nie przeczytałem jej powtórnie. Jest kilka takich książek jednokrotnej lektury ale z olbrzymim wpływem na mnie. Nie mogłem nawet po wielu latach oglądać serialu w tv bo ciągle coś we mnie tkwiło i chyba tkwi do dzisiaj. Zaraz potem zacząłem czytać Hemingwaya: Komu bije dzwon, Za rzekę, w cień drzew; Pożegnanie z bronią….Pamiętam to doskonale.
Komu bije dzwon- wierność zasadom, obowiązek, rzetelność. Za rzekę, w cień drzew-poruszył mnie układ męsko-damski w kontekście dużej różnicy wieku obydwu stron. Jakaś taka nostalgia wiąże mi się z tą książką. Powtórzyłem osobiście ten układ wiele lat potem. Czyżby jakieś uzależnienie? Nie wiem.
Jest faktem, że zarówno Bratny jak i Hemingway pozostali we mnie do dzisiaj. Potem byli Następni: Do raju Hłaski, szara okładka, książka przemycona z paryskiej Kultury. Na początku lat 60 czytałem marynistykę autorstwa Karola Burchardta. To było coś! Też we mnie zostało do dzisiaj. Niestety spotyka się to z krytyką otoczenia uważającego, że jestem upierdliwy a waga jaką przywiązuję do punktualności jest chorobliwa i wymaga leczenia. Chyba nie jestem na te czasy.
Ja niestety też chyba nie, chociaż moje najważniejsze książki, to nie te same książki, oprócz może Pożegnania z bronią. Krzysztof też nie jest na te czasy ponieważ napisał o „swoim” Hemingway’u bardzo pięknie, jak to Krzysztof , który potrafił mnie zawsze wspaniale rozśmieszać i wzruszać:
Hemingway’a, skończyłem czytać chyba w drugiej klasie liceum, bo reszta była zastrzeżona w testamencie, zdaj’się na 30 lat. Tak mi się wydaje, że tak wtedy pisali. Był czas kiedy składałem się z Hemingway’a (95%) i wody (5%). Ale będę go kochał zawsze. Oczywiście nie kocha się po kawałku, ale można mieć swoje ulubione: Three Days Blow (b. krótkie opowiadanie, o tym jak Nick Adams z kolegą pierwszy raz się zalali), Słońce też wschodzi, Śniegi Kilimandżaro; stamtąd (albo z Zielonych wzgórz Afryki) pamiętam zdanie:
Ludzie stale szukają skróconych dróg do szczęścia. Nie ma skróconych dróg do szczęścia..
To zdanie (zdania) napisałem pismem technicznym, tuszem, przy pomocy grafionu i redisówki, na papierze milimetrowym, na lekcji wychowania technicznego w 6 klasie, bo jakieś trzeba było napisać i dostałem =3 (trzy z dwoma). Spłynęło po mnie – Ernest zrobił już ze mnie twardziela.
I jeszcze Ruchome święto. Włóczenie się po Hiszpanii, flaszki z winem chłodzone w strumieniu. Albo to było w Słońce też wschodzi … już nie pamiętam…..”
Nie potrafię tak pięknie jak moi przedmówcy, powiem więc tylko, że historia Roberta Jordana i „Króliczka”, skrzywdzonej przez okrucieństwa wojny dziewczyny, zapadła mi na zawsze w serce. Ale zanim Hemingway pojawił się w moim życiu, niestety tylko w postaci Pożegnania z bronią i Komu bije dzwon (Stary człowiek i morze przeczytany w następnej kolejności zniechęcił mnie do niego skutecznie) zagościł w nim ktoś inny. Czytać zaczęłam bardzo wcześnie, kiedy poszłam do szkoły miałam już za sobą „W pustyni i w puszczy” i jeszcze wiele innych książek, bardziej lub mniej odpowiednich dla dziewczynki w moim wieku. W Wiśle, gdzie spędzałam co roku wakacje u dziadka, była olbrzymia biblioteka a ponieważ nikt się specjalnie nie interesował moimi lekturami, czerpałam z niej garściami. W Warszawie zapisałam się do biblioteki publicznej, z której wypożyczałam książki oprawione w szary, pakowy papier a rodzice zostawiali mi w tym względzie zupełną swobodę. Na Stendhala natrafiłam po raz pierwszy w Wiśle będąc jeszcze w szkole podstawowej. Śmiałe jak dla mnie wtedy opisy scen miłosnych w Lamiel zachęciły mnie do uważnego przestudiowania w dalszej kolejności Czerwonego i czarnego oraz Pustelni parmeńskiej. Przygody Fabrycego del Dongo, nie gardzącego miłostkami duchownego a potem tragicznie zakochanego arcybiskupa, który umarł w opinii świętości zamknięty w samotni na zawsze podważyły moje zaufanie w celibat księży. Największe wrażenie jednak wywarł na mnie Remarque. Kiedy w połowie szkoły średniej trzeba było napisać rozprawę o jakimś pisarzu, wybrałam właśnie jego. Ideał męskiej przyjaźni w Trzech towarzyszach przemówił do mnie, choć jestem kobietą a wojna i na jej tle jedna z najpiękniejszych historii miłosnych w Łuku Triumfalnym wzruszyła niespotykanie. Kiedy zawitał Hemingway, nie był w stanie zastąpić w mym sercu Remarque’a, dokonał tego dopiero Dostojewski.
Dostojewski, pisarz skazany na karę śmierci i cudem od niej wybawiony w chwili, gdy stał przed plutonem egzekucyjnym. Pisarz, który przeżył rosyjską katorgę, chory na epilepsję i ciężką depresję hazardzista przegrywający majątek w kasynach. Pisarz, który zanurzył się w ludzkiej psychice i który opisał zbawienną, przepełnioną poświęceniem miłość prostytutki do zbrodniarza. Przeżyłam szok i rzuciłam się prawie na wszystko, co wydała rosyjska literatura dziewiętnastego wieku, łącznie z Gorkim.
Dzisiaj, kiedy ktoś mnie zapyta, kto jest moim ulubionym pisarzem niezmiennie odpowiadam, że Iris Murdoch. Ale najpierw musiałam do niej dojrzeć. Pierwsza przeczytana powieść, pełna fantastycznych snów, majaczeń i symboli, po prostu mnie zachwyciła ale zrozumiałam ją dopiero jakiś czas później. Do dziś nie jestem pewna, czy dobrze.
Wracając do Hemnigway’a , na zakończenie pozwolę sobie go zacytować z dedykacją dla moich znakomitych kolegów: iluż mężczyzn nie umie inaczej poruszyć serca kobiety, jak tylko je raniąc.![]()
Facebook
Zwierzolubni
http://havanajournal.com/gallery/category/C2/