Mój Europejski – cz.3

Gracja pracowała w  hotelu Europejski na co dzień, podczas gdy ja biegałam kilka razy dziennie przez Plac Zwycięstwa, dzieląc swój czas pracy pomiędzy dwoma hotelami, Europejskim i Victorią Inter.Continental.  Ta codzienna trasa nieco mi się skróciła po zamknięciu hotelu Bristol do remontu. Bristol również należał do oddziału, stał i stoi do dziś przy Krakowskim Przedmieściu, tylko ma innego właściciela. Innego właściciela ma też dzisiaj hotel Europejski.

Gracja:  Dzieje hotelu Europejski przez wiele lat związane były z  hotelem  Victoria, ponieważ  stanowiliśmy jeden oddział przedsiębiorstwa o nazwie „Orbis”.  W związku z powyższym obydwa hotele niektóre służby pracownicze miały wspólne, głównie sprzedażowe i administracyjne a pracownicy operacyjni przenoszeni byli według potrzeb z jednego hotelu do drugiego. Odwiedzający nas goście, podobnie jak pracownicy, mieszkali czasami w jednym hotelu, czasami w drugim, co nie zawsze wynikało z ich preferencji a często z możliwości zakwaterowania w danym hotelu w określonym czasie. Niektórzy z nich zapisali się, w naszej pracowniczej pamięci, na zawsze.

Na tym tle nastąpiło pomiędzy mną a Gracją nieporozumienie. Kiedy wspomniała mi o jednym z gości, byłam przekonana,  że mówi o innym z nich. Obydwaj nie tylko zapisali ale wręcz wyryli się w naszej pamięci z takich a nie innych powodów i obydwaj byli pochodzenia żydowskiego. W tym miejscu muszę nadmienić, że nasi stali goście odwiedzali nas często lat z okładem trzydzieści. Dla nich zawsze był pokój w hotelu i wyjątkowo serdeczne traktowanie, wynikające z zażyłości rodzącej się przez lata, pomimo rozdzielającej nas lady recepcyjnej lub barowej. W tym roku byłam na kawie w barze hotelu Victoria, w którym nie pracuję już od lat dziesięciu i spotkałam jednego z nich. Wpadliśmy sobie  w ramiona jak dobrzy przyjaciele. Może też i dlatego, że już żadna lada nas nie rozdzielała.

Gracja: Kiedy zaczęłam pracować w Victorii w 1980 roku, on już tam był od dawna. Nie nocował w pokoju hotelowym, tylko przychodził w ciągu dnia. Codziennie. Zdarzało się, że widywałam go i dwukrotnie w trakcie jednego, dwunastogodzinnego dyżuru. Zasiadał w hallu hotelowym i próbował sprzedawać swoje obrazy. Był malarzem. Zdarzało się, że ktoś czasami kupił obraz. Dyrekcja hotelu nie robiła z tego powodu problemu a wręcz przeciwnie, zamieniała z nim zawsze w przelocie kilka słów.
Był postacią  niezwykle charakterystyczną . Zarówno ze względu na strój jak i na zachowanie. Ubrany  w takiego samego kroju,  czysty i schludny płaszcz, jasny latem, ciemny zimą. Na głowie nosił   jarmułkę a na twarzy długą, siwą brodę. Reprezentował szyk „starej daty” jak się wówczas  mawiało a oznaczało, że był po prostu grzeczny, spokojny i bardzo uprzejmy dla kobiet. Podchodził do lady recepcji, w której to recepcji pracowałam jako recepcjonistka w kasie hotelowej i rozmieniał pieniądze. Drobne rozmieniał na drobniejsze, pięćdziesięciogroszówki na dwudziestki i dziesiątki. Zwykł mawiać do nas, dziewczyn za ladą per „pani Bankini”  i zostawiać napiwek  w tymże bilonie. Dla nas niezmiennie stanowiło to pomyślną wróżbę, że dzień będzie owocny pod względem napiwków. Nawet chuchałyśmy  na te grosze aby się rozmnożyły.
Każdej  z nas nadał jakiś pseudonim. Niestety pamiętam tylko swój: „Madame artist” -  mawiał do mnie. Kiedyś podszedł  i zapytał, czy wiem kim była Martha Egerth, żona wielkiego polskiego śpiewaka Jana Kiepury. Powiedział, że była bardzo ładna i czy mam świadomość , że jestem do niej podobna. To było bardzo miłe z jego strony.

Jan Kiepura mieszkał w hotelu Europejski i śpiewał  z balkonu hotelu Bristol a kobiety mdlały pod balkonem na Krakowskim Przedmieściu. Śpiewał też wysiadając z samolotu i w innych okolicznościach poza sceną operową. Czasami ale tylko czasami ubolewam, że nie było mnie wtedy na świecie, ponieważ na pewno dołączyłabym do tłumu pań. Wiele straconego ale nie do końca. W hotelu Victoria miałam okazję posłuchać na żywo innego, polskiego tenora, którego bardzo lubię za jego głos i nie tylko i, który też śpiewał z balkonu. Jacka Wójcickiego.  Nigdy na to nie wpadłam jednak, że pracuję z wcieleniem Marthy Eggerth, niczego nie ujmując Gracji z urody. Męskie oko po prostu jest bardziej wrażliwe na kobiece zalety.

Gracja : Wyglądał na człowieka bardzo skromnego i ubogiego, ciężko doświadczonego przez los. Nigdy nic o sobie nie mówił i  nie uskarżał się nad sobą.  Pamiętam dobrze pewien wigilijny wieczór, nie pierwszy i nie ostatni, który spędziłam w pracy. Zaprosiliśmy go na zaplecze recepcji by podzielił  się z nami opłatkiem i po prostu z nami pobył. Odmówił. Całą noc przesiedział zupełnie sam w hallu. Było nam wtedy bardzo  przykro.
Widywany był przez nas,. kiedy spacerował po  Krakowskim Przedmieściu i,  kiedy zatrzymywał się w hotelu Europejskim.
Po podjęciu przeze mnie pracy w hotelu, wkrótce potem przestał się pojawiać. Może umarł? Może na samotność?
Dzisiaj tylko tyle o nim pamiętam. Może ktoś czytając to wspomnienie dopisze coś więcej?

Niestety, nie będę to ja.  Pamiętam tego malarza bardzo dobrze ale również nie wiedziałam, jak się nazywa i kim jest, oprócz tego, że maluje obrazy. Treści obrazów, niestety, również nie pamiętam. Na szczęście odezwała się Szyszka, która pracowała razem z nami:

Szyszka
Witam w kąciku pamięci.
Moja pamięć (skonfrontowana z pamięcią mego męża-orbisowskiego hotelarza) podpowiada mi, że przywołałyście stałego bywalca najpierw Bristolu i Europejskiego, a następnie Victorii – mężczyznę wysokiego, postawnego, skromnie odzianego ale zawsze czystego. Oczami wyobraźni widzę tę sylwetkę w jasnym całorocznym (bez względu na zmieniające się pory roku i temperaturę)płaszczu, pod który zimą upychał dodatkowe ocieplające warstwy. Nie pamiętam ciemnego płaszcza, nie pamiętam jarmułki. Pamiętam natomiast, że nosił ciemną również całoroczną czapkę, taki mini kołpak. Używał szalików, zimą cieplejszych, latem cieńszych. Miał czyste buty i nieco przykrótkie spodnie. Uwagę zwracały wypielęgnowane dłonie i smużka taniej wody kolońskiej. W hallu pojawiał się wieczorem, dlatego najlepiej znali go ci z nas, którzy pracowali w grafiku z dyżurami nocnymi włącznie. Siadywał w fotelu albo przechadzał się po marmurowej posadzce dużymi krokami. A kiedy ruch niemal zamierał i miał pewność, że nam nie przeszkadza w pracy, podchodził do lady recepcyjnej i nawiązywał rozmowę. Rozmawiał głównie z mężczyznami, wyłącznie im podawał rękę. Dziewczyny traktował z należytą atencją i chyba z dozą pobłażliwości. Z rzadka odwiedzał hotel w ciągu dnia, a jeśli tak, to oznaczało to umówione spotkanie z potencjalnym nabywcą dzieła. Czasami kończyło się jedynie na zawiedzionych nadziejach, gdyż powracający do pokoju późną nocą gość, najczęściej po kilku drinkach, nie pamiętał rano o swym zachwycie nad obrazem i umówionym z artystą spotkaniu. Ale sukcesy w sprzedaży też bywały. Malował obrazy na deskach. Pojedynczy egzemplarz, niezbyt wielkich rozmiarów, miał zawsze przy sobie. Obraz owinięty szarym, pakowym papierem dzierżył pod pachą. W taktowny sposób starał się zainteresować gości hotelu swoją twórczością. Jeśli ktoś zechciał poświęcić Mu chwilkę uwagi, prezentował obraz. Nie był nachalny, nie zdarzyło się, aby ktoś skarżył się na Jego natarczywość. Motywem przewodnim obrazów były istoty z poza ziemskiej cywilizacji, trochę kosmici, trochę postaci jak z Von Denickena. W pracach używał wielu kontrastowych kolorów, ale przeważało złoto. Całość pociągnięta warstwą lakieru, błyszczała zawadiacko i wydzielała dość ostrą chemiczną woń. Po udanej transakcji sprzedaży, rozdawał te osławione groszowe napiwki, choć zdarzyło się, że obdarował mnie 1 dolarem. Mam go do dzisiaj, ale chyba stracił już swą magiczną moc, może zwietrzał, bo nie wpływa na zasobność mego emeryckiego portfela.
Czasami, kiedy Jego interesy nie szły najlepiej, pożyczał od nas pieniądze. Zawsze oddawał, dokładając te symboliczne, rozmienione u Gracji drobniaki. Czasami, odprowadzany przez portiera, którego tytułował asesorem, korzystał z natrysków w szatniach pracowniczych. Do mnie zwykł był mawiać Madame Directriss. Ulica Nowy Świat była Jego stałym szlakiem, podobno mieszkał w tamtej okolicy. Podobno posługiwał się polsko brzmiącym nazwiskiem. Podobno był samotny, podobno jego warunki mieszkaniowe były zatrważająco złe, podobno….. Nie mówił o sobie, nie skarżył się. Myślę, że pasja malowania wypełniała Jego życie po brzegi. Dla mnie pozostanie postacią nierozerwalnie związaną z hotelem „V”. Dobrze, że operował w zamierzchłych czasach Orbisu, bo Accor nie byłby zapewne Mu tak przychylny i przegnałby Go na cztery wiatry. Standardy nie przewidują bowiem miejsca dla kolorowej postaci Żydowskiego Malarza. Tego miejsca zabrakło i dla wielu z nas, a podstarzali zagraniczni chłopcy bawią się dalej żonglując „naszymi” hotelami. Ciekawe, jakie będą ich wspomnienia, kiedy zostaną zastąpieni przez młode wilczki? Bo tłuste włosy na kołnierzu i czerwona chusteczka w kieszonce marynarki oraz luz graniczący z arogancją – wychodzą powoli z mody. No cóż na Titanicu też bawili się do końca.
Pozdrawiam najserdeczniej naszą ekipę i czekam na następne wspominkowe tematy.

dodano dnia 13.12.2009, 02:47

Zdjęcie: J. Bartuszek, salonik apartamentu w hotelu Orbis Europejski, 2000 rok; Hall główny i klatka schodowa, Hotel Europejski – Krzysztof Depko, 2005

Ten wpis został opublikowany w kategorii Barometr hotelowy, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free