Wszystkim zmęczonym sercom


Ten fragment listu mojej brazylijskiej cioteczki dedykuję wszystkim „starszym” osobom, które czują się staro, mówią, że są stare, które narzekają, że wszystko już poza nimi, które już niczego nie oczekują od życia, na nikogo i na nic nie czekają i którym wydaje się, że w pewnym wieku życie się kończy. W szczególności cytuję go z myślą o takim jednym panu, który z uporem maniaka zwykł powtarzać: Iwonko, ja jestem już starszym panem….
Niezmiennie wtedy wprawiał mnie w konsternację, ponieważ….jestem starsza od niego.

Curitiba 17 grudnia 1984

Siedem lat temu, kiedy córka jeszcze pracowała w Curitibie w firmie pewnego starszego gościa, I.M., często czekałam na nią w biurze a „stary” (ma dziś 70 lat) dużo ze mną rozmawiał i ja też bardzo lubiłam z nim rozmawiać. Pewnego dnia, kiedy po nią przyszłam, by wykorzystać jej auto w drodze do domu, już nikogo w biurze nie było a ten elegancki i sympatyczny starszy pan rzucił się na mnie dość dziko, rozpiął sukienkę, pod którą były tylko majteczki i dobrał się do piersi jak do smoczka. Bardzo to było przyjemne ale…ja miałam wtedy tego Getulio, już z nim właściwie kończyłam ale jeszcze nie zerwałam zupełnie. Jeden mężczyzna jeszcze był, co bym z dwoma robiła? I.M. był żonaty, więc wolałam zniknąć z jego horyzontu. Tylko, że po wyjściu z tego biura znalazłam w torebce gruby pieniądz….Nazajutrz poszłam po córkę, on mnie zaprosił do swojego gabinetu a ja wsunęłam pod papiery ten pieniądz, mówiąc:

- jeżeli do dzisiaj nie zaczęłam takiej kariery, to już w tym wieku jej
zaczynać nie będę

On tylko zrobił „psssst” , by syn obok nie usłyszał przez otwarte drzwi a kiedy wychodziłam z córką, gwizdał pod nosem bardzo zadowolony. Potem jeszcze raz spotkałam go na ulicy, mówił, że mogło być dużo lepiej ale powiedziałam, że nie mogę…W tamtych latach operował kataraktę w Niemczech i chodził z taką lunetką na oku, podczas, gdy drugie, jak pirat, zakrywał czarnym kółkiem. Widziałam go nieraz z daleka ale przechodziłam, jakby nigdy nic. Teraz, w połowie listopada spotkałam go nagle na poczcie. Już nie miał tego wszystkiego na oczach. Byłam ładnie ubrana, przystanął, chwycił moje ręce i już ich nie wypuścił. Powiedziałam mu, że jestem wdową, on również owdowiał pięć lat temu. Opowiadałam o tym, że dzieci dbają o mnie, bym się nie czuła samotna i nieraz zabierają mnie na obiad lub kolację do restauracji.

- poszłabyś ze mną na obiad lub kolację, mogę Cię zaprosić? – zapytał.

- ach, z przyjemnością! Ładnie wyglądasz, odmłodniałeś – odpowiedziałam, bo było to świętą prawdą.

Rezultat – on tak lubi jak ja rybę a milaneza ! Zaproponowałam restaurację, gdzie zazwyczaj chodzimy z dziećmi ale on wybrał miejsce bardziej wytworne. Po kolacji pojechaliśmy do jego domu (jednego z wielu), by dokończyć, czego nie dokończyliśmy siedem lat temu. Z nim jest taka sprawa, że on musi mieć seks raz na tydzień, więc harem jego jest spory. Nie szuka, tylko odpowiada na telefony, ponieważ jest bardzo bogaty. Więc jakież moje szanse, myślałam. Ja, w moim wieku, biedna chrześcijanka, bez eleganckich strojów, szyja pomarszczona …co prawda biust jeszcze młody….a tu zaprosił mnie jeszcze raz i to o północy. Wrócił z lotniska i zatelefonował, czy może mnie zabrać. Wyskoczyłam z łóżka, zabrałam nocną koszulkę, szczotkę do zębów i kosmetyki. W kwadrans później auto mknęło do jego domu.

Barney mówił potem, jak mu to wszystko opowiedziałam, że do haremu już weszłam. Ja z kolei mówiłam sobie, że żadnych planów robić nie będę. I.M. oświadczył mi, że nie wierzy w miłość a tylko w przyjaźń, która może narodzić się z dobrej harmonizacji w łóżku. Przykro mi było, kiedy powiedział już przed moim domem:

- mamy piękną przyjaźń. Baw się! To tutaj znaczy – zabawiaj się z
innymi.

A potem powiedział, że powinnam wyjść za mąż.

- broń Boże! Ja chcę mieć tylko narzeczonego (namorado). Bardzo
sobie cenię swoją wolność i to, że mieszkam sama. Nikt mną nie
rządzi, jem, kiedy chcę, wstaję, kiedy chcę, jeszcze się tym nie
nacieszyłam do woli.
- nie potrzebujesz się martwić, że się z walizkami do Ciebie przeniosę,
jak pani X! Nie chcę od Ciebie nic, ani Twoich pieniędzy ani Twojej
wolności…

Pocałowaliśmy się w aucie i weszłam do domu. Myślałam, że to już adeus, tym bardziej, że tego samego dnia miał wsiąść do samolotu i pojechać na miesiąc na wyspy Caribe i Miami.
Czułam się bardzo dobrze w jego towarzystwie, ponieważ jest człowiekiem o dużej kulturze, człowiekiem dobrym, ma bardzo spokojny głos. Lubiłam przylepić się do niego w łóżku, trzymać za ręce i kiedy mnie obejmował przez plecy wchodząc do restauracji. Tutaj ten gest wywodzi się z dawnego zwyczaju i oznacza: nie zbliżaj się, bo ona jest moja!
Myślałam – po wszystkim – a tymczasem…….

I.M. przyjechał do Polski, był gościem moich rodziców, ja niestety nie miałam okazji go poznać osobiście ale w listach przewija się często….

Ciekawe, jak w drobnych sprawach mamy ten sam gust, lubimy jeść to samo, nie lubimy luksusu tylko wygodę, stos książek zawsze przy łóżku, nawet kolor niebieski lubimy oboje.On nie wie ile mam lat, nazywa mnie – dziewczyno, ślicznie deklamuje Pana Tadeusza, śpiewa polskie kolędy, które ja już zapomniałam. I.M. śpiewający „wstańcie pasterze, Bóg się wam rodzi” to frajda nie lada!

Zdjęcie: Janka Pilchówna; Archiwum rodzinne Jarzębiny

Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Moja brazylijska cioteczka i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free