O Kitce chciałam, żeby napisała Basia. Basia z nas wszystkich,
pracujących w hotelu Victoria Inter.Continental w Warszawie była z nią najbliżej. Nie pomylę się chyba bardzo, jeśli powiem, że były na swój sposób zaprzyjaźnione. Kiedy przyjeżdżała nasza Ciotka z Ameryki, Basia, zarówno w pracy, stojąc za ladą recepcyjną jak i w wolne dni poświęcała swój czas, żeby pomóc Danusi Młocarskiej w jej licznych zajęciach podczas krótkich pobytów w Polsce. Z tego co wiem, pisywały do siebie listy a kiedy Cioteczka była z nami w hotelu, to właśnie Basia, w zagraconym niemożliwie prezentami apartamencie usiłowała wprowadzić jako taki porządek u Świętego Mikołaja.
Gracja wspomina Danutę Młocarską tak:
Po raz pierwszy pojawiła się na początku stanu wojennego. Przyjechała z Ameryki wspierać biedne polskie dzieci, do których zaliczała również nas – pracujących w recepcji hotelu Inter-Continental Victoria. Od tamtej pory przyjeżdżała już zawsze na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Dla hotelu była prawdziwym VIP- em .Kochała nas wszystkich bez wyjątku tak jak się kocha dzieci. My kochaliśmy ją również, ponieważ zapisała się w naszej pamięci jako osoba niezwykła a przy tym była po prostu zwyczajna.
Przyjeżdżała, a wraz z nią paki prezentów dla wszystkich. W rozdzielaniu darów nikt nie mógł być pominięty i każdemu z nas przysługiwał choćby najmniejszy prezent w postaci pary rajstop (wtedy osiągalne były tylko w Peweksie), kosmetyków i innych, różnych drobiazgów. Do tej pory mam małe czerwone radio od Ciotki, bardzo wysłużone, ale wciąż grające, oraz naszyjnik perłowy z niklu – czasami go noszę… i wtedy zawsze myślę o Ciotce.
Ja pamiętam Ciotkę Młocarską bardzo dobrze, ponieważ nie sposób jej zapomnieć, chociaż przeróżnych gości mieliśmy codziennie setki a w ciągu roku mieszkało ich tysiące. W 2000 roku hotel Victoria świętował przyjęcie milionowego gościa. O przyjeździe Ciotki zawsze jako pierwsza informowała mnie Basia. Trzymałam dla niej rezerwację na apartament dwa razy w roku a Basia potwierdzała albo nie – przyjazd. Wieloletni dyrektor hotelu, późniejszy prezes Orbisu, umieścił Danutę Młocarską na stałej liście najważniejszych gości hotelu a nadany jej status VIP-a pozwalał nam na każdorazowe zakwaterowanie Cioteczki w apartamencie pomimo jednej z najniższych stawek cenowych, które opłacała. Życzeniem dyrektora było aby Danuta Młocarska czuła się u nas wyjątkowo wygodnie i komfortowo a nadanie VIP-owskiego statusu zagwarantowało jej największe z możliwych w hotelu przywileje.
Basia nie napisała. Nie pytałam dlaczego. Czasami jest trudno wyrazić to, co się czuje. Przysłała mi za to artykuł z następującym komentarzem:
Jest to artykuł napisany przez dziennikarkę o Danusi Młocarskiej „Kitce” i wydany w jakiejś kolorowej gazecie. Został napisany w 1995 roku przez red. Joannę Młynarczyk. W artykule zawarta jest cała historia Kitki, jej koleje życia i ukochane dzieci z Victorii.
Artykuł ma tytuł „Czy ktoś to zrozumie?” i ukazał się w dziale nieznanej mi gazety pt: Niezwykłe losy. Los Danuty Młocarskiej, opowiedziany dziennikarce przez nią samą, był z całą pewnością niezwykły. „Jest zamożna albo raczej otrzymuje pokaźną pensję od przybranego ojca, milionera, który mieszka w Kanadzie, co pozwala jej na wynajmowanie trzypokojowego mieszkania w Nowym Jorku, na Brooklynie, zatrudniać służącą i gdy zajdzie potrzeba, szofera. Nie przepracowała w swoim życiu ani godziny”.
Znaliśmy tę historię, która nas niebywale intrygowała. Ciotka nie ubierała się jak zamożna kobieta, preferowała luźne stroje, w których pierwsze skrzypce grał ortalionowy dres i dżinsy, nie miała wypielęgnowanych dłoni i paznokci, nie nosiła makijażu oraz posługiwała się prostym, raczej rubasznym językiem. Kolega z recepcji, który wyjechał na jakiś czas do Nowego Jorku odwiedził ją w domu na Brooklynie i nie potwierdził obecności ani służącej ani szofera. Snuliśmy różne domysły, które w żaden sposób nie wpływały na nasz stosunek do Ciotki. „ Każdemu potrzebne jest serdeczne słowo. Tego misia kupił jej personel hotelu, który zna słabości cioteczki od dwudziestu lat. Zawsze musi być apartament z widokiem na zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, torciki dla gości, świeże gruszki i chwila rozmowy, kiedy nie wiadomo, czym wypełnić czas” – czytam w artykule a Gracja dodaje:
„Ciotka Danka była z nami na tyle zżyta, że często kiedy nie mogła zasnąć, przychodziła w szlafroku na zaplecze recepcji, aby po prostu pogadać, zjeść z nami kolację i nastrój jej się poprawiał. Czasami jadała obiady w naszej stołówce pracowniczej. Raczej nie była osobą zamożną. Z pewnością gromadzenie i przywożenie prezentów wymagało od niej wiele wysiłku ale też przynosiło jej radość darowania”.
Skąd ta radość darowania? Ilu jest ludzi, którzy potrafią czerpać radość życia ze sprawiania przyjemności innym? W świecie pełnym wojen i nienawiści wydaje się, że na palcach policzyć. Tymczasem wystarczy się rozejrzeć dookoła i…Dzisiaj na spacerze wcięło mi psa imieniem Korek. Korek siedzi w domu sam całymi dniami, kiedy jestem w pracy więc na spacerze wyrywa jak głupi, żeby się wybiegać. Młody, nieznany mi chłopiec, zapytany przeze mnie o puszystego, małego, beżowego psa rozłożył bezradnie ręce. Po pół godzinie odszukał mnie na osiedlu, żeby zakomunikować, że namierzył Korka i zabezpieczył na zamkniętej kodem klatce schodowej w bloku. Moja radość nie miała granic.
„Pewnej styczniowej nocy 1931 roku Anna Ptak, posługaczka, znalazła ją na schodach domu przy ulicy Karmelickiej. Zaniosła do sierocińca, gdzie nadano jej imię, nazwisko, a w grudniu ochrzczono. Z akt parafialnych wie, kim była jej matka chrzestna, jak nazywały się służące z Domu Wychowawczego, które towarzyszyły ceremonii….nie potrafi sobie tego wytłumaczyć, ale wszystkie wspomnienia z sześciu sierocińców plączą się i nie chcą układać w całość. Może miała osiem, może dziewięć lat, kiedy została zawieziona na wakacje do Wiednia i tam zobaczyła ludzi, którzy są dzisiaj jej przybranymi rodzicami. Pamięta jeszcze łunę nad gettem. Ktoś ją pogłaskał i usłyszała słowa, których wtedy nie rozumiała: tam byś nie przeżyła. Gracja dodaje:
„Historia Danuty Młocarskiej, bo tak się nazywała nasza Ciotka, jest podobna do historii wielu dzieci pochodzenia żydowskiego, które straciły rodziców w zawierusze wojennej. Wychowała się w Domu Dziecka. Stąd jej zainteresowanie jednym z warszawskich Domów Dziecka. Nie wiem dokładnie kiedy wyjechała do Stanów Zjednoczonych i została adoptowana przez rodzinę amerykańską. Ciągnęło ją do polskiego Domu Dziecka, by spędzać Wigilię z mieszkającymi tam dziećmi. Miała też kilka koleżanek z dzieciństwa, które zawsze, będąc w Polsce, odwiedzała, Kilka razy ją do nich zawoziłam”.
- ja nikogo nie mam – mówi Danuta Młocarska dziennikarce.
„Za każdym razem taszczy ze sobą dwie ogromne walizy, kilka pudeł i potem planuje, co dla kogo. Najpierw myśli o Loni i Marysi:
- te moje sieroty zawsze stoją w oknie, czekają na swoja Danusię. Oglądają nowojorskie skarby, dziwią się „a to do czego”, wyrzekając „a po co nam to”, w końcu otwierają przygotowana butelczynę i zaczynają wspólne żale. Wypłakujemy się po równo, ja i one.
- nie ma już Zosi, umarła w domu starców, zostawiając na koncie osiem tysięcy dolarów. Nie wzięła nawet centa z tego, co jej dawałam. Takie są moje dziewczyny. Święte obrazki na ścianach, nieślubne dzieci, 300 złotych emerytury, bo zawsze gdzieś sprzątały, ten sam pokój (dzielony przyp. mój) na Służewcu, drzwi szafy podparte szczotką, od czasu do czasu pociecha w kieliszku. Miałam takie samo dzieciństwo jak one, tak samo mogło wyglądać moje życie.”
A jak wyglądało jej życie? Czy było lepsze, pełniejsze, bardziej wartościowe? Dzięki temu, że nie musiała pracować, że zwiedzała świat, jak twierdzi, że „stać ją było” na prezenty dla innych, bo dzięki temu czerpała radość z obdarowywania? Dawała co miała. Mój Boże, czego tam nie było w tym worku! Tylko Basia może opowiedzieć, gdyż skrupulatnie pomagała w robieniu listy – co dla kogo i pakowaniu prezentów. Dla dyrektora hotelu starannie wybrany, typowy, świecący, amerykański gadżet wręczany z należytym namaszczeniem, dla mnie czekolada, próbki perfum a czasami i oryginalny flakonik, rajstopy i kolorowa papeteria. Wszystko zapakowane w ozdobny papier z kokardą. Plastikowa reklamówka była pełna niespodzianek.
„Im jest starsza i bardziej chora dręczą ją niedobre pytania. Wie na pewno, że można zdobyć cały świat i nie mieć tego, co najważniejsze
- dlaczego nie chodziłam nigdy do szkoły? Dlaczego moi przybrani rodzice czekali, aż ukończę osiemnaście lat, żeby mnie zabrać z Polski? Dlaczego właśnie mnie wybrali? Jak mnie znaleźli w Warszawie? Moja przybrana matka, która nawet nie stwarza pozorów, że jestem jej bliska, ma polskie nazwisko, wiem, że brat jej zginał w dramatycznych okolicznościach już po wojnie, w Warszawie. Ale nigdy nie przyjechaliśmy razem do Polski, a ojciec wymógł na mnie przyrzeczenie, że nie będę szukać śladów mojej przeszłości. Każdą próbę rozmowy ucina szybko i pyta: czego Ci trzeba, co Ci kupić, dokąd chcesz jechać?”
A cóż to takiego jest w życiu najważniejsze ? – pytam samą siebie. Czy dla Ciotki, dla mnie, dla moich koleżanek w Victorii i dla wszystkich innych ludzi największą wartość w życiu ma to samo? Wartości z całą pewnością zmieniają się wraz z wiekiem i dojrzewaniem, nabywaniem doświadczeń i spojrzeniem wstecz, utratą bliskich lub majątku, z każdym wydarzeniem w życiu, które kształtuje nasz światopogląd.
,,- mam 64 lata i głupie serce. Kiedy jestem sama, zaraz myślę (o matce – przyp. mój), jakie ona miała oczy, jaki miała głos? Wszystko jej wybaczam, nawet los adoptowanego dziecka, który jest bardzo gorzki. Przecież ja nikogo w życiu nie kochałam i jestem zupełnie sama. Tylko Lonia myśli, że do szczęścia wystarczą pieniądze.”
Ciotka Młocarska nazwała otrzymanego od nas misia Victor i wyrobiła mu paszport. W paszporcie było zdjęcie misia, siedzącego na kolanach Ciotki – „Wictor Miś, ur. 6 stycznia 1995 – Poland.”
Gracja: Któregoś razu nie przyjechała na święta. Dotarła do nas wiadomość, że jest chora i miała operację. Na kolejną z rzędu Wielkanoc Basia powiadomiła, że mamy szykować apartament dla Ciotki. Zawitała znowu, pełna wigoru i radości z faktu, że jest wśród nas.Powiedziała do mnie „wiesz miałam operację, odjęli mi pierś”. Wyraźnie miała żal do swoich „oprawców”. Oznajmiła , że się nie podda i, że będzie walczyć. Nie pamiętam po jakim czasie od tamtej rozmowy nadeszła wiadomość o jej śmierci. Mam wrażenie, że mimo wszystko pokonała raka, czego dowodem jest fakt, że Ciotka Młocarska ciągle żyje w naszej pamięci.
Joanna Młynarczyk kończy artykuł słowami: robiła plany na przyszłość. Wszędzie są ludzie, którym można pomóc, obdarować uwagą, której jej tak zawsze brakowało…..a ona, przez te plany, napełnia czymś dobrym swoje serce.
Magda B.
Pamietam ciotke Mlocarska doskonale. Byl 1981 rok ( rok w ktorym ja zaczelam prace w Victorii),Danuta Mlocarska po raz pierwszy zostala gosciem w naszym hotelu, przeniosla sie z Europejskiego, chyba …Stan wojenny, wszyscy gocie musza natychmiast opuscic hotel, zostaje kilku akredytowanych dziennikarzy i kto ? Ciotka Mlocarska oczywiscie ! Pierwsze jej swieta w Victorii, pamietam , my, ona i ZOMO na holu glownym !Jak to sie stalo, ze wlasnie ona mogla pozostac ( przeciez miala paszport amerykanski )…..nie mam pojecia. W Victorii pracowalam 10 lat, nie pamietam Swiat Bozego Narodzenia bez cioteczki Mlocarskiej.Mysle, ze Wielkanoc tez czasami spedzala w naszym towarzystwie. Byla bardzo zwiazana z nami emocjonalnie, bylismy dla niej naprawde rodzina ! I cale szczescie, dzieki losowi, ze wlasnie tak sie stalo.Pamietam ja doskonale, wpadala na zaplecze i krzyczala z daleka ” Kitka polacz mnie z tym numerem…….. i glosny smiech ! Pozniej sama nauczyla sie obslugiwac centrale telefoniczna, nawet odbierala telefony, zglaszajac sie „Hotel Victoria dzien dobry……..” , a potem roznie to bywalo ! Oj, ciotka, cioteczka wybaczamy ci wszystko….. Pamietam , Danka czesto bywala w kosciele Swietego Krzyza na Krakowskim…Kiedys, w Swieta Bozego Narodzenia w tym wlasnie kosciele podczas mszy umarla nagle moja kuzynka (ciocia). Danusia Mlocarska wtedy wlasnie tam byla. Wpadla do hotelu i krzyczy, „Wiecie, co sie stalo… kobieta umarla w kosciele…”, byla bardzo roztrzesiona. Po paru godzinach dowiedzialam sie , ze to moja rodzina, powiedzialam o tym ciotce.Bardzo mi wspolczula , bardzo przezywala, wtedy zobaczylam jak jest wrazliwa !
W 1991 roku wyjechalam do Kanady,pamietam jak dzis, ktoregos dnia dzwoni telefon. Znajomy odbiera i mowi „Ktos do ciebie z Nowego Jorku”, przykladam sluchawke do ucha i slysze ” Kitka…….. to ja ciotka, co u ciebie, jak sie czujesz, jak jest ci tam zle to przyjezdzaj do mnie, etc….” Tak, taka byla cioteczka Mlocarska- spontaniczna ! Mala kobieta o wielkim sercu !
Bywam czesto w N.Y.C., bylam nie raz w polskiej dzielnicy-Greenpoint, gdzie mieszkala nasza ciocia Mlocarska. Zbyszek Z. pokazal mi dom w ktorym mieszkala, apteke do ktorej przywozila termometry z Polski, ulice,ktorymi sie przechadzala….niestety nigdy tam sie z nia nie spotkalam. Moze i lepiej, ona zawsze kojarzy mi sie z Victoria. I niech tak zostanie. Tak, mielismy kiedys ciotke z Ameryki……..naprawde !
Pozdrawiam wszystkie kolezanki i kolegow, ktorzy w tamtych latach pracowali w Hotelu Victoria. Magda B.
dodano dnia 07.02.2010, 17:09
tomekW
Piękne wspomnienia. Właściwie kto Jej nie pamięta, przecież Ciotka była naprawdę wielką postacią naszego hotelowego życia. Niezależnie od statusu nadanego przez dyrekcję, dla mnie osobiście – poprzez swoje wielkie serce i oddanie dzieciakom z sierocińca – była jedynym chyba prawdziwym VIP-em w historii naszego hotelu.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie.
dodano dnia 09.02.2010, 10:11
Marek
Miała Victoria Ciotkę, a Europejski miał Malarza, który nas witał niezmiennym Co słychać Panie Kierowniku. Zawsze zostawiał nam banknoty na szczęście, nie jakieś wielkie pieniądze, ale zawsze i na szczęście. Poumierały nasze dobre duchy, zostawiając nam wspomnienia.
dodano dnia 11.02.2010, 21:24
Facebook
Zwierzolubni
Za kazdym razem jak to czytam mam łzy w oczach.Pozdrawiam wszystkich .Gracja