Moja ciotka Janka wierzyła. Wierzyła w życie po śmierci i pewnie
jeszcze w kilka innych spraw, których na razie jeszcze nie odkryłam w jej listach. Ćwiczyła jogę i medytację, kiedy miała na to czas pisząc o tym tak: celem jogi i tym podobnych wysiłków jest nawiązanie kontaktu z własnym „ja”, które jest naszą prawdziwą osobą, naszym najlepszym przyjacielem i aniołem stróżem. Nasze modlitwy w czasie niebezpieczeństwa, w wypadku silnych emocji, przede wszystkim idą do niego. Kontaktu nigdy nie uzyska się w stanie czynnym umysłu. Umysł musi zamilknąć w trakcie medytacji….czasami kontakt nawiązuje się w czasie snu, kiedy nasze ciało eteryczne, niezwiązane z czasem i przestrzenią, nieograniczone naszym komputerowym mózgiem może się z „nim” kontaktować a wtedy nasze „ja” kontaktuje się przez stopnie hierarchii ewolucyjnej z istotami…..
Zostawmy kosmos mojej ciotki i zejdźmy lepiej na jej ziemię.
Curitiba 28 października 1983
Kochanie – nareszcie Ci będę mogła pisać listy, bo rozwiązałam problemy w domu. Przeniosłam się do córki „na tymczasem” , zanim znajdę kogoś, kto by mi pilnował mieszkania ale to oficjalnie, bo naprawdę to ani myślę wracać. I tak jeszcze tam dużo zachodzę, by zajrzeć czy pies i kot nakarmione i by zanieść im chleb albo przynieść z miasta mąkę razową lub ryż razowy. Dotąd na nic nie miałam czasu ani na nic ochoty. Zaraz Ci to wszystko opiszę. Więc wpierw Mary, zamiast mi pomagać, kontynuowała całymi dniami, aż do północy, u matki lub u sąsiadki; gotowanie, zmywanie, robienie chleba i mycie podłóg spadało na mnie. Tym razem jest dużo gorzej, bo mąż, jak zwykle, odkąd go znam, włazi do domu z plackami błota na buciorach, kładzie się na sofie w salonie w tychże buciorach i nie umyje swojej szklanki. Oprócz tego wychodzi na miasto, by kupić pewne rzeczy, jak ryż integralny (ciemny, nie polerowany), szukać mięsa, gdzie tańsze. Byłam zła na Mary, że nie pomaga ale syn zawsze jej broni i jeszcze się kłóci ze mną. Wraca z pracy na obiad i wiesza na wszystkich krzesłach w kuchni: bluson, sweter, rękawice motocyklisty i hełm. Potem łapie drugi omnibus, więc ubiera drugi bluson, keep (nakrycie głowy) policyjny, wszystko kontynuuje potem na krzesłach, wieczorem rzuca na to wszystko mundur i skarpetki, każdy but w innym kącie. Mąż rozrzuca wszystko tak jak on więc albo chodzić za nimi i sprzątać albo zostawić bałagan. Ja wstawałam po synu, piłam kawę późno, w południe nigdy nie miałam głodu, więc na stole rozstawione filiżanki od kawy, puszki z mlekiem i kawą i margaryna. Potem zostawiają wszystko po obiedzie, najpierw syn, potem Mary a godzinę potem mąż. Gdy stół sprzątnąć to mąż znowu coś je i wyciąga puszki na nowo, potem ja odgrzewam obiad dla mnie, potem wraca syn i je, potem wraca Mary i odgrzewa obiad, potem mąż wyciąga wszystko na stół, potem każdy sobie coś podjada, zawsze bałagan na stole, na piecu, na balkonie i w kuchni. W łazience umywalka pełna włosów Mary, brudnych żyletek, mydło nie spłukane. No to możesz zrozumieć, co za rozpacz. Każdej soboty i niedzieli planowałam list do Ciebie ale roboty było więcej niż zwykle, bo przecież wstyd zostawić taki dom na niedzielę….
A teraz słuchaj, co zaszło ostatnio. Irena namówiła mnie bym się zapisała na atelier malarski, finansowany przez rząd, dlatego tak tanio kosztuje – miesięcznie trzy tysiące gdy tymczasem profesorzy prywatni biorą dwa razy tyle za jedną lekcję. Profesorka to znana malarka, sławna nawet za granicą. To dzięki temu kursowi i tej profesorce Irena pojechała na stypendium do Polski i niedawno zrobiła piękną wystawę. Kurs jest dwa dni w tygodniu. Zapisałam się i powiedziałam do Mary, że teraz ona będzie musiała więcej dbać o dom i kuchnię. Ale ona mi zrobiła cheque-mate: poszła pracować w firmie, która sprzedaje auta. Tam dostanie salario minimo, około 30 tysięcy, z tego wyda na omnibus połowę i na kanapki resztę. W soboty i niedziele jest tam cały dzień, bo jeśli sprzeda auto, to dostanie od tego jeden procent. Auto kosztuje – nowe 6 milionów, stare najmniej półtora a ciężarówka 30 milionów. W rezultacie wraca o 10-tej w nocy, ponieważ zawsze mają zebrania (nie wierzę w to) i nigdy jej nie ma w niedziele i soboty. Więc ja albo musiałabym zrezygnować z kursu albo zrobić, co zrobiłam…
Moje przyjaciółki mówią, że nie powinnam opuszczać domu, o który tak przez całe życie dbałam, nie oddawać tak lekką ręką wszystkiego, co w nim jest i co było kupione zawsze na raty, zawsze z poświęceniem. Ale ja myślę, że to wszystko nic nie warte poświęcenie. Jestem szczęśliwa z powodu kursu i mam na niego czas, to najważniejsze a w domu tylko czasem śpię….Męża omotałam. Trzeba mu bardzo schlebiać, to się ułagodzi. Powiedziałam mu, że tylko on mnie rozumie i, że jest dla mnie dobry więc mi pomoże, bym mogła robić ten kurs, że przecież umie gotować a ma komfort lepszy, niż tam na Kolonii. Dzięki temu Mary musi się wdrożyć do pracy domowej. On nawet pochwala moją decyzję. Myśli, że ja chcę zmusić Mary do podjęcia jej obowiązków a nie wie, że uciekam przede wszystkim od niego….
Mąż to osobny rozdział. Bardzo smutny. Ma wszystkie objawy paranoi prześladowczej. Jest zupełnie niezdolny do podjęcia jakiekolwiek, rozsądnej decyzji. Niezdolny do prawidłowego sądzenia faktów, osób i wydarzeń. We wszystkich widzi wrogów i idiotów. Ja jestem idiotką, która nie potrafi nic załatwić i na niczym się nie zna. Sam nie widzi, że nie potrafi nawet wypełnić czeku i zatelefonować, mimo, że go uczę ile razy trzeba. Wszystko za niego załatwiam a on tylko mówi: daj mi czek na tyle i tyle. Czasem gubi pieniądze i wtedy cała ludzkość winna. Stale słucha wiadomości policyjnych i żyje w strachu przed bandytami. Przy okazji nasłuchał się też o sytuacji finansowej i jakimś cudem zrozumiał, że jego oszczędności na czarną godzinę zamieniły się na oszczędności na czarną sekundę……
Ten list jest długi, wszystkie listy ciotki są długie, mają po sześć, osiem, kilkanaście stron zapisanych drobnym maczkiem. Dla mnie ten list jest po prostu fantastyczny – tak jak fantastyczna była moja cioteczka. Znakomita, wspaniała, cudowna kobieta, która od życia dostała nieprawdopodobnie w kość. Przeszła przez piekło przesłuchań Gestapo, była więźniarką obozu koncentracyjnego w Ravensbrueck a po wyzwoleniu przez rosyjskich żołnierzy została przez nich zgwałcona. Wyszła za mąż per procura, na odległość, za obozowego przyjaciela dziadka, za którego dziadek ją wydał i z którym spotkała się pierwszy raz dopiero po ślubie, po przyjeździe do Brazylii.
Trzeba w „coś” wierzyć, żeby przejść przez piekło i wyjść z otchłani. Mojej mamie ciotka radzi tak: dogmaty puszczaj mimo uszu, bo wszystkie nauki wszystkich nauczycieli świata zostały zniekształcone przez instytucje-kościoły, dla interesów tychże instytucji. Ale skoro należymy już do jakiejś grupy to starajmy się czynić dobro w jej ramach, bo nic nie dzieje się bez celu…Człowiek, którego aura zapaskudzona jest nienawiścią i złośliwymi myślami, również przeciw wrogowi, nigdy nie nawiąże kontaktu ale w pewnych momentach, gdy wzniesie się swe myśli i uczucia..
..gdy na fabrykę spadło siedem bomb i do piwnicy z węglem, z której jedynym wyjściem było zakratowane okno, pomyślałam o nich tylko dlatego, by przejść z tego życia w inne nie sama ale z myślą o Hierarchii Światła…wtedy nagle coś wybuchło i gdy pył węgla opadł kraty były wygięte na zewnątrz. Gdy wydostałam się przez okno na podwórko ogień wrócił i piwnica aż huczała w ogniu. Czołgałam się pod maszynami na brzuchu, po żelazie, szkle, cegłach i nie zadarłam ani milimetra naskórka…
Trzeba w „coś” wierzyć, żeby przejść przez piekło i wyjść z otchłani nie otarłszy sobie nawet naskórka.![]()
Facebook
Zwierzolubni