Earl grey z bergamotką

Moim ulubionym napojem jest herbata. Może nie być wody ale musi być herbata. Postawmy znak równości.  Bez wody nie ma herbaty. Lubię też rytuał parzenia herbaty. Uwielbiam wydobywający się aromat, w którym czuję delikatny zapach milionów drobnych pączków zbieranych na herbacianych polach, owianych tajemnicą dalekich krajów.
„Pospolitą” Ceylon Gold, kompozycję czarnych herbat pochodzących z Cejlonu (Uprawy Uva, Dimbula, Nuwara Eliya) spożywam w pośpiechu zaparzając z woreczka na śniadanie, podobnie jak English Breakfast Classic. Pełny i mocny Earl Grey Calssic, aromatyzowany olejkiem bergamoty, wydaje mi się zbyt perfumowany  a, że po intensywne perfumy sięgam sporadycznie, Earl Grey też sporadycznie wpada w mój nastrój.  Za zieloną herbatą nie przepadam wcale, może dlatego, że zbyt dużo z nią zachodu i chociaż bywa wyrazista i odpowiednio cierpka jej jasny napar mnie skutecznie zniechęca. Preferuję herbaty sypane, podawane w dzbanuszku, w którym cierpliwie nabierają mocy zanim wylądują w filiżance. Tak. W filiżance.

Mój syn za to lubi wynalazki. Każdy wiek ma swoje prawa. W domu, w którym on rządzi w kwestii herbaty,  ciągle popijam wanilię, cynamon lub coś równie obrzydliwego. Z tychże wynalazków, w drodze pójścia na kompromis,  toleruję herbatę migdałową pod warunkiem, że jest podana w szklance otulonej ciepłym śpiworkiem. W domu śpiworkiem, innym oprócz turystycznego pod namiot nie dysponuję, więc w domu z powodu herbaty jestem nieszczęśliwa. Czasami mnie coś najdzie i kupuję w przypływie emocji mieszanki owocowo-ziołowe – Naturally Spicy Berry – na przykład, z hibiskusem, dziką różą i czarnym bzem.  Powyższe następuje w momentach, kiedy nabieram ochoty na zdrowy i higieniczny tryb życia.  Najwyraźniej ochota ta mi szybko przechodzi, ponieważ posiadam już pewien zapas herbat w tym wydaniu, które niczym wino leżakują na półkach w kuchni nabierając szlachetności.

Posiadam za to szklanki do herbaty mrożonej w ekskluzywnym wydaniu. Kurzą się w kredensie, ustawione wytwornie na tackach.  Kłują mnie w oczy długimi łyżkami, gdyż ciągle nie mam pomysłu na ich zastosowanie. Może zimna mięta? Herbata peppermint – kwintesencja tego, czego od mięty można oczekiwać, czyli odświeżenia oddechu. Z mięty toleruję tylko pastę do zębów, co nie znaczy, że oddech mam nieświeży. Zielona sencha o słodkawym posmaku? Może i tak, bo lód ten posmak zabije. A może cytrynowy gotowiec w postaci Lemon&Lime.  Przepadam za sorbetami o limonowym posmaku, więc zmrożony kwasek powinien się sprawdzić. Tyle tylko, że zimno pozbawi herbatę tego cudownego aromatu a poza tym  cytrusowy zapach, niestety, zazwyczaj dominuje. A, niech tam. Niech się dalej szklanki kurzą na wystawie. Zawsze mogę przyjąć rozwiązanie zastępcze albo nowatorskie, jak kto woli, w postaci użycia ich do long drinków na lodzie,  pitych łyżeczką.

Pola herbaciane, ciągnące się kilometrami, po prostu są piękne. Mogłabym pić herbatę gapiąc się na te rozłożyste pola. Zieloną monotonię plantacji rozbijają kolorowe kobiety, zbierające ręcznie pączki, jak za czasów Króla Ćwieczka, do worków zawieszonych na plecach. Trochę ten widok przypomina pewnie plantację bawełny, której nie widziałam. Plantacje herbaty podziwiałam osobiście. Cejlońskie królestwo herbaty przyjechało zaś do nas, do warszawskiego hotelu Victoria. Mój ulubiony napój dostał anturażu, o który chodzi. Celebracje nie miały końca a na pamiątkę tego zdarzenia został mi słoń. Porcelanowa słonica w ciąży ze Sri Lanki z korkiem w brzuchu. Chyba najwyższy czas odkorkować herbatę, którą w sobie nosi. Nie wiem, czy z wysuszonej przez lata na wiór i herbaty i słonicy uda się jeszcze coś wydobyć.  I czy w tym celu podlać ją wrzątkiem i podać w śpiworku  czy też wycelebrować czajniczkiem. W ostateczności przyjmę  rozwiązanie zastępcze albo nowatorskie, jak kto woli, popijając ją na zimno łyżeczką. Śniadaniowa saszetka na szybko (Alfons – tak ją nazywam) w przypadku słonicy absolutnie nie wchodzi w grę.

Zdjęcie: pola herbaciane -  Kerala, 2000, Archiwum Jarzębiny

Aleksander
Herbata ma być mocna,gorąca,lekko osłodzona i koniecznie w kubku.Pamiętam z przed lat misterium picia herbaty u starszego małzęństwa pochodzącego z kresów.Na stole stał samowar(niestety elektryczny),czajniczek był wyparzony gorącą wodą i ustawiony na szczycie samowara.Kiedy był już całkowicie suchy pan domu wrzucał do niego herbatę i przez kilka minut podgrzewał.Potem zalewał czajniczek gorącą wodą i znowu stawiał na samowarze.Po kilku,kilkunastu minutach wlewał czarną esencję do szklanek(niestety) i uzupełniał wrzątkiem.W całym pokoju pachniało herbatą a był to pospolity Yunan.W tym zapachu i smaku herbaty tkwiliśmy cały wieczór a to co za oknem to było nieważne.Cudowny napój.
Dzieki za Twoją opowieść-wrócił do mnie miniony czas.

dodano dnia 29.03.2010, 20:19

Barbara (FB) napisała: moi rodzice bardzo lubili herbate -dobrą ,gorącą,mocną,ssłodką-parzoną w dzbanku-zawsze były b.dobre-ja nie przepadam -lubie zimna zieloną z dzbanka-może być z lodem i cytryną,Ulung- ta prawdziwa- to dobra,bardzo esencjonalna herbata-oczywiście nie ta z PRL-co to była z patykami jak mówia niektórzy,Lubie zapach herbaty-no i zimą. Przpomniałas mi o samowarze- był w domu,prawdziwy zTuły-mama pochodziła z Kresów a i rodzice tam mieszkali do 1940-ale nie często był używany-teraz ma go siostra.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Biegnąca z wilkami, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free