Wiesz Kochanie jakie to szczęście kolejne singlowe święta… nic nie muszę, wszystko mogę
robić co zechcę. To od baaaaaardzo dawna było moim nieziszczalnym marzeniem. Spędzać ten napuszony religią i tradycją czas jak zwykły powszedni dzień. Być obiektywnym obserwatorem szalejącego otoczenia. Nawet tu na wsi spotkania przy świątecznym stole to fikcja. Więcej w tym widać obowiązku niż przyjemności spotkania z bliskimi, a chyba tym co wymyślili tę tradycję coś innego przyświecało. Dlatego cieszę się, że nie mam już obowiązku wejścia na scenę i odgrywania wciąż tej samej fikcji, to naprawdę super uczucie. Nie muszę też kombinować z wyjazdem na te dni aby uniknąć obowiązków i maskarady. Oczywiście nie ma tu mowy o separacji od ludzi, dopuszczam jakiś wypad w miejsce gdzie będę mógł z kimś porozmawiać w miłej, nie nadętej atmosferze. Mam nadzieję, że Twoje święta są tak samo radosne i szczęśliwe………
Tak napisał do mnie Staś i muszę się z nim zgodzić. Przed każdą Wielkanocą urabiałam się dawniej po pachy i jak większość społeczeństwa przez dwa dni przyjmowałam gości albo sama chodziłam po kominach wizytując rodzinę. Od kiedy samo się zrobiło, że rodzina zniknęła, odkryłam urok, jak to nazwał Staś, singlowych Świąt. Tylko, że moje nie upływały na wsi a ostatnio coraz częściej w atmosferze firmowej – na dyżurze w hotelu – na którą to atmosferę raczej nie narzekałam. To dosyć podobne odczucie, moje i Stasia, wynika być może z faktu, że obydwoje mieliśmy rodziny a dzisiaj jego jest, powiedzmy – daleko a moja się wykruszyła.
Nie ma co się rozwodzić nad samotnością w Święta czy samotnością jako taką w ogóle. Ilu ludzi tyle pewnie rodzajów samotności, nad czym dywagowali filozofowie, poczynając chyba od Arystotelesa. Najtrudniejsza do pokonania jest z całą pewnością samotność wewnętrzna, gdyż tkwi ona w człowieku i problemem wtedy nie staje się brak innych ludzi, czasami jest ich nawet zbyt wielu ale gdy konieczność przebywania z innymi staje się po prostu uciążliwa. Profesor Tatarkiewicz swego czasu ukuł znaną maksymę : Samotność jest przyjemnością dla tych, którzy jej pragną i męką dla tych, co są do niej zmuszeni skupiając się na dwóch obliczach samotności – odseparowaniu z wyboru i odseparowaniu z przymusu. A odseparowanie wewnętrzne nie jest ani z wyboru ani z przymusu.
Samotne serca…
Samotnych serc wiele się po świecie kołacze
I wzdycha, i tęskni, krwawi i płacze
I moje samotne od nieskończoności
Samotnym zostanie na zawsze w przyszłości
Spokoju być może zazna nareszcie
Nikt szarpać nie będzie, ran rozdrapywać
Nikt się do środka nie wedrze, by wreszcie
Porzucić, ot tak – ręką machnąć i… bywaj!
Ludzkie serce świątynią, ludzkie serce wartością
Otworzyć się potrafi, obdarować miłością
I zaufać tym, których wpuści do wnętrza
Że krzywdy nie zrobią, nie rozbiorą na części
Ta dla mnie – mnie się więcej należy
Dla Ciebie ten malutki kącik zostawię
Czyż miłość od rozmiarów serca zależy?
Po kątach już wszyscy – a ja się zabawię!
W ujęciu profesora z całą pewnością jestem osobą samotną z wyboru i być może właśnie dlatego często sobie ją chwalę, mając za towarzystwo jedynie psa. Znam wielu ludzi, którzy nie potrafią być sami, żeby nie użyć pojęcia samotni – są po prostu zupełnie innej konstrukcji psychicznej. Nie odczuwam też samotności wewnętrznej, chociaż poczucie niezrozumienia często mi towarzyszy ale dokładam starań aby je niwelować tam, gdzie mi na tym zależy. Jestem osobą bardzo otwartą ale pisząc to i owo, spotykam się z bardzo różnym odbiorem. Od szoku, że można otwarcie to i owo mówić do stwierdzeń, że stałam się komuś bliska tylko przez to, że dałam się poznać. Święta dobiegły końca, jak powiedziała Beata spędzająca ten czas na dyżurze w osiedlowym sklepie – mamy to za sobą. Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną a było Was wielu, co sprawiło mi ogromną radość.
Ktoś jeszcze kiedyś stwierdził, że samotność jest sprzeczna z naturą człowieka i wszystkich istot żywych. Zostawiając więc speców od filozofii na boku poszperam za jakiś czas, co też naukowcy z dziedzin powiązanych z naturą mają na ten temat do powiedzenia. Jeden z moich znajomych wyraził się kiedyś bardzo dosadnie, że Matka Natura mnie jeszcze zawoła. Odwołałam się więc do eksperta w sprawie natury kobiecej , czyli Clarissy Pinkoli Estes w jej Biegnącej z Wilkami.
„ najlepiej jest wyruszyć, kiedy coś do tego wzywa (lub popycha), kiedy jest się dość silną i zdecydowaną, kiedy nie czuje się oporu ani wahań, i lepiej to zrobić z własnej woli, niż czekać, aż jakiś psychiczny wybuch pociągnie nas w drogę całe we krwi i sińcach. Czasem nie ma szans na utrzymanie równowagi. Ale jeśli jest, to straci się mniej energii, idąc naprzód niż opierając się”…czyli zew nie wystarczy, musi być wola. I tejże woli wszystkim singlom na koniec Świąt życzę!![]()
Facebook
Zwierzolubni