Obudziłam skoro świt mojego przyjaciela. Nie przyznał się, że go obudziłam ale głos miał
raczej zaspany, pomijając już że ma piękny, radiowy głos przez telefon. Wojtek spędził we Wrocławiu dobrych kilka lat, dobrze zna te okolice gdzie obecnie przebywam, gdyż z zamiłowania lubi zwiedzać, tak jak ja i swego czasu służył mi za przewodnika po Pradze czeskiej. Nikt od niego lepiej by tego nie zrobił. Pracuje w niemieckim biurze podróży i co roku przepuszcza setki niemieckich turystów przez Dolny Śląsk i nie tylko. Poprosiłam, żeby zagospodarował mi rozsądnie weekend, gdyż, jak się wyraził, turyści jak kaczki jedzą wszystko przed śmiercią. Ja chciałam skosztować tego, co najlepsze…i skosztowałam. Przynajmniej dzisiaj a jutro zobaczymy.
Cieplutko jest na ziemi lubuskiej, słoneczko świeci i dookoła zielono. Po „naprawie” autka działa mi tylko jedna stacja radiowa, w drodze wysłuchałam więc wiadomości tejże stacji lokalnej i dowiedziałam się, że zmarł, nomen omen, Wojciech Siemion. Podali, że grał w „Eroice”, „Alternatywach” , „Poszukiwany, poszukiwana” i „Czterech pancernych i psie”. Czterej pancerni i pies skojarzyli mi się natychmiast z Bonanzą, o reszcie nie wspomnę. Potem przeczytałam jeszcze o dwóch filmach: Zwycięstwo i Wolna sobota. Nie wiem czy zwycięstwo czy też do mojego szefa coś wreszcie dotarło.
Skazana zostałam na kilometry reklam, w tym jednej jakiegoś supermarketu, który w kółko promował fasolkę z groszkiem. Czy wiosna to pora na strączkowe? Chyba nie. Konserw nie opłaca się reklamować na wiosnę. Najdroższe i najsmaczniejsze są nowalijki. Kiedy już radio straciło zasięg otworzyłam buzię z zachwytu, przed tym, co przede mną wyrosło. Opactwo cystersów w Lubiążu. Największe opactwo cystersów na świecie. Przyparkowałam Korka u bramy i rozpoczęłam zwiedzanie z przewodnikiem. Tutaj dopiero mi, jak to się mówi „kopara opadła” ale nie będę wchodziła w szczegóły, ponieważ wydają mi się aż nieprawdopodobne. Wspomnę tylko, że w czasie posiłków w refektarzu na raz rozmawiać mogło tylko dwóch mnichów oraz, że cystersi od rana do wieczora popijali do posiłków wino własnej produkcji. Produkcja wina znana więc była w Polsce już w średniowieczu. Winko to cystersi sprzedawali w swoich karczmach. Do tego hodowali karpie w stawach i to oni właśnie wprowadzili karpia na polskie stoły wigilijne. To się nazywa marketing.
„Najbardziej reprezentacyjna jest Sala Książęca w pałacu opackim, najokazalsze barokowe wnętrze na Śląsku. Malarz Filip Bentum, sztukator Ignacy Provisore i rzeźbiarz Franciszek Mangoldt – znakomici artyści XVIII-wiecznego Śląska – ozdobili przestronną salę motywami sławiącymi Habsburgów i katolicyzm. Apoteozę wiary przedstawia m.in. olbrzymi plafon (300 m kw.), jeden z największych obrazów w Europie. Na wielobarwnych marmoryzowanych (typowa dla baroku technika dekoracji w barwionym stiuku) ścianach podzielonych pilastrami pysznią się postacie cesarzy Leopolda I, Józefa I i Karola VI. Pomiędzy nimi rzeźbiony Marsjasz gra na flecie, Apollo wdzięczy się z lirą, Atlas dźwiga kulę ziemską, a alegoryczna Hojność trzyma róg obfitości” - czytam na stronie poświęconej opactwu.
Biedny Apollo z lirą zagubił się na olbrzymiej sali balowej. Samotny czeka w kąciku aż ktoś
go poprosi do tańca. Opactwo jest świetne i robi wielkie wrażenie. Szkoda, że kiedyś doszczętnie złupione tylko w tak niewielkim stopniu zostało odrestaurowane. Piastowie Śląscy z całą pewnością zasłużyli sobie na najpiękniejszą oprawę a świetnie zachowane mumie cystersów na święty spokój. Mój pies zakłócił im ten spokój po raz kolejny w historii. Ujadał z rozpaczy, kiedy tylko zniknęłam z pola widzenia. Na wiosnę dostał nowy kołnierz we wzorek, dwa razy większy niż poprzedni, wielkości wiadra. Odnoszę wrażenie, że powoli zaczyna zapominać o tym, że ma ogon i może wszystko dobrze się skończy. Popołudnie spędziliśmy na rozkopanej starówce legnickiej a potem z okolic Złotej Góry, jak kiedyś nazywała się w złoto i miedź bogata Złotoryja wzięliśmy kurs na Zieloną Górę.
Niedawno dostałam propozycję zakupu obrazów z galerii. Na dyptychu widać zielone góry. Właściciel galerii zadzwonił do mnie pytając, czy mam sentyment do Zielonej Góry. Odpowiedziałam, że nie, że nie mam i to jest prawda. Za bardzo mnie rozczarowała. Na co on odpowiedział:
– byłem tam w wojsku. Też nie mam sentymentu.
Jakby tego było mało, mój były mąż też był w tych okolicach w wojsku i to w stanie wojennym. Służba mu się znacznie przedłużyła i zapewne z tego powodu potem miał istotne problemy z adaptacją w innych, niż wojskowe warunkach.
Dziewczyna łuskająca groszek – Albert Chevallier Tayler, 1886, olej na płótnie
Zdjęcie: opactwo w Lubiążu, sala książęca
aleksander
To dziwne ale zyłem w przekonaniu,że po słuzbie wojskowej można się bez problemów adaptować w każdych warunkach.Chyba miałaś do czynienia z jakimś dziwnym wyjatkiem.
dodano dnia 25.04.2010, 20:51
Facebook
Zwierzolubni