Perypetie szkolne własnych dzieci rodzice przeżywają na równi ze swoimi własnymi. Mowa
tu o odpowiedzialnych i zaangażowanych w rodzicielstwo rodzicach. Uczęszczanie do szkoły podstawowej wraz z pociechą to przyjemność w porównaniu ze szkołą średnią, w której do głosu dochodzą hormony. Na studiach, o ile takie wchodzą w grę dalej, potomek jest już na tyle dojrzały, że usiłuje kierować własną przyszłością sam. Znowu, jak od każdej reguły i tutaj zdarzają się wyjątki, kiedy to ambitni rodzice dalej kierują przyszłością niechętnego do dalszego rozwoju potomka finansując prywatne nauczanie.
„Powtórzmy za Matthew Arnoldem, że lepiej być Napoleonem pucybutów lub Aleksandrem kominiarzy, niż marnym prawnikiem, który nie zna prawa.” Cytat ten pochodzi z książki, którą tłumaczyła moja koleżanka z języka angielskiego a ja byłam jej pomocna przy przekładaniu wierszy do tego wydania. Praw autorskich nie posiadam więc powiem w kilku słowach o czym traktuje ostatni rozdział.
Odnosi się wrażenie , że większa część ludzkości pracuje tam, gdzie nie czuje się dobrze. Jednym z moich ulubionych powiedzeń jest to, które mówi, że być skazanym na nielubianą pracę to gorsze niż piekło. Kobieta przeznaczona do służenia innym usiłuje być nauczycielką gdy tymczasem nauczyciel z urodzenia i powołania prowadzi sklep. Znakomici prawnicy bankrutują na farmach, uprawiając zboże, kiedy w tym samym czasie świetny farmer morduje paragrafy. Wszyscy ci ludzie mają poczucie niespełnionego powołania i straconego życia. Nienawidzą swojej pracy, zaniedbują ją, marzą o innym zawodzie. Pseudoartyści tworzą kicze a powinni bielić ściany. Dobry szewc bawi się w literata, gdyż napisawszy kilka niezdarnych linijek do lokalnej gazety porzucił szewskie kopyto na rzecz literatury. Inni szewcy urzędują w kongresie a wybitni politycy łatają buty. Porywający kaznodzieje ponoszą fiasko w handlu a amatorzy katują ludzi kazaniami na skutek czego, ponoć nie wiedzieć dlaczego ławki w kościołach pustoszeją. Chłopca uwielbiającego majsterkowanie rodzice wysyłają na uczelnię ku poniżeniu i miernocie. Świetni chirurdzy pracują w rzeźni a rzeźnicy bawią się w chirurgów….i tak dalej i tak dalej…Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że w amerykańskich, żydowskich rodzinach syn był albo prawnikiem albo lekarzem, ponieważ tak musiało być i basta.
Talent…
Zwierzęta powierzają swój talent naturze
Niedźwiedź nie porwie się lotem ku górze
Koń ochwacony wpierw wda się w debatę
Bez cofania nim zerwie z pięciu bram kratę.
Pies instynktownie skręca na pobocze
Gdy rów zobaczy i wie – nie przeskoczę
W człowieku tylko drzemie kreacja
Kaprysem wiedziona niepokorna racja
Kto, gdy okrzykiem przestroga -zaniechaj!
Z uporem brnie dalej, prócz człeka?
Gdy jego geniusz przeszkodę omija
Wyzwanie lotem się w górę nie wzbija.
. – SWIFT [Tłumaczenie Iwona Bartuszek]
Do poruszenia tematu skłoniło mnie przeczytane opowiadanie pt. „Jak uwalić anioła” na blogu http://lived1.blog.onet.pl/Jak-uwalic-aniola,2,ID407506958,n. Historyjka jest krótka i z życia wzięta. Chłopak nie został dopuszczony do matury na skutek czego korzystał z pomocy korepetytorki przez kilka miesięcy aby przymierzyć się z sukcesem do poprawki. Sukces był mierny, adekwatny do potężnych braków ucznia. Nie od razu Kraków zbudowano. Autorka bloga pisze: „No, i amba: rodzicom trzeba było zwrócić całość przyjętej kasy, a na dokładkę doładować konto innym instytucjom pazernym, że o smrodzie, który się za człowiekiem ciągnie latami po takiej „wpadce” nie wspomnę. Wygląda na to, że pomoc naukowa nie popłaca, ale mam inną na to teorię: róbmy za darmo! To takie szlachetne przecież! Jak tłumok jeden z drugim w końcu tę maturę zrobi, może chociaż zapamięta, dzięki komu? Abstrakcja.”
Te inne pazerne instytucje, to instytucje podatkowe, które douczanie w ramach korepetycji traktują jako umowy zlecone. W tym momencie przypomniała mi się Kasia. Kasia swego czasu udzielała korepetycji mojemu synowi, który z polskiego orłem nie był.
„Przyznam, ze dość często wspominam czasy, kiedy widywaliśmy się regularnie, nasze rozmowy, żarty, to jak wiele się wtedy od Was nauczyłam…”
Przyznaję, że ten krótki liścik od Kasi mnie zaskoczył. Nie faktem korespondencji tylko jej treścią. W końcu to mój syn czerpał wiedzę od Kasi a nie Kasia ode mnie i od niego. Ja autorytetem z polskiego dla syna nie byłam, złościł się, kiedy starałam się mu cokolwiek wyjaśnić, jakkolwiek w szkole średniej to ja należałam do orłów z tego przedmiotu. Zewnętrzny autorytet zawsze się sprawdzał w przypadku mojego dziecka a w przypadku Kasi sprawdził się na medal. Zanim to się jednak stało przeszłam wyboistą drogę aby zmotywować wątpiącego w swoje możliwości syna. Wielokrotne spotkania z nauczycielką języka polskiego nie dawały rezultatów. Warunek był jeden i to twardy. Ma się nauczyć i we wrześniu przystąpić do egzaminu poprawkowego!
Nastąpiła panika, łagodnie mówiąc. Syn zdał już pomyślnie egzaminy na ukochaną przez siebie informatykę na Politechnice a tymczasem dalsza przyszłość nie rysowała się różowo. Pracował nad tematem uczciwie do momentu aż przyszedł kryzys. Nie ma cudów. Musiał przyjść i to tuż przed terminem.
- nie dam rady mamo, nie przeskoczę
Ja w panikę nie wpadam nigdy. W każdym bądź razie nigdy w życiu mi się coś takiego nie przydarzyło. Wprost przeciwnie, w momentach zagrożenia mój mózg zaczyna pracować na pełnych obrotach szukając rozwiązania. Rozwiązanie, które znalazłam w tym wypadku okazało się niebywale skuteczne. Zrobiłam szybki przegląd moich bliższych i dalszych znajomych pod względem posiadania dzieci rozstrzelonych wiekowo. Padło na bliskiego kolegę z pracy, który posiadał piątkę dzieci, każde z innego małżeństwa bądź nie małżeństwa. Ojcem był, biorąc pod uwagę trudne okoliczności, przykładnym. Najstarszy syn już w tym czasie się usamodzielnił, najmłodsze pociechy uczęszczały do przedszkola. Złapałam go w trasie do Niemiec ale nie odmówił pomocy. Po dotarciu na miejsce przeprowadził pierwsza rozmowę z moim synem a potem rozmawiali już sobie regularnie. Witek okazał się niezastąpionym ojcem dla kolejnego dziecka, chociaż tym razem nie swojego. Co robił ojciec właściwy w tym czasie, nie mam pojęcia.
„Kto jest dość wykształcony, by wypełniać obowiązek człowieka, nie może być źle przygotowany do pełnienia funkcji związanych z człowieczeństwem. Dla mnie jest mało ważne, czy moi uczniowie są przeznaczeni do służby w armii, w kościele, czy do zawodu prawniczego. Natura przeznaczyła nas do pełnienia ról życiowych, zanim wyznaczono nam role społeczne. Jak żyć to zawód, którego uczę. To prawda, że po zakończeniu nauki młody człowiek nie jest ani żołnierzem, ani prawnikiem, ani księdzem. Najpierw niechaj będzie człowiekiem. Los może przenosić go potem ze stanowiska na stanowisko, wedle upodobania, lecz on zawsze będzie na swoim miejscu” – powiedział Rousseau”.
Cóż czynić..
Cóż czynić, by nie wpaść nim zamknę powieki
W zapomnienia sidła
Zbyt wielu dziś śpi zapomnianych na wieki; -
Och, nigdy, nigdy!
Myślisz, zagubieni w niepamięci przeklętej
A skąd ten głos?
To w raju trąby anielskie ich chwałą wydęte
Niebiański ich los
Autor nieznany. Z języka angielskiego przełożyła: Jarzębina
Dzisiaj studia już poszły w niepamięć zakończone z sukcesem. Mój syn podjął prace na etat i wykorzystuje wiedzę zarabiając na życie. Na ile mu się w tym wszystkim wiedza z języka polskiego przydaje, przyznaję, że nie wiem.
Zawód pucybuta stał się synonimem początku drogi w przedsiębiorczości (biznesie), co znalazło wyraz w popularnym sloganie Od pucybuta do milionera. Opiera się to na fakcie, że rozpoczęcie działalności w tym własnym, jednoosobowym przedsiębiorstwie, nie wymaga dużego wkładu kapitału, przynosi skromny dochód, wymaga ciężkiej pracy, która nie cieszy się szacunkiem innych.
Zdjęcie: pucybut, New Delhi, - 2000; Archiwum Jarzębiny
Kasia
Bo można widzieć w innych nauczyciela, nawet jeśli jest się nim samemu…
Bo nie każdy widzi w drugim człowieka… a szkoda…
Bo można iść pod prąd, nawet jeśli nikt nie pomaga…
Życie nas zaskakuje, ale zawsze stawia przed nami ludzi, których akurat potrzebujemy… i którzy też potrzebują nas (nawet jeśli tego nie okazują)
I nie wiemy, kiedy jakieś zdanie wypowiedziane przez nas nieuważnie, tak ot- po prostu, stanie się dla kogoś mottem, motorem na jakiś czas popychającym do działania
Bo nadzieja umiera ostatnia (a może nigdy nie umiera…)
dodano dnia 10.06.2010, 21:29
Facebook
Zwierzolubni