Kochana Agniu, U nas tyle nowości niedobrych, że nie wiem od czego zacząć. Córka jest bez pracy, za dużo zarabiała, więc następca jej dobrego szefa ją zwolnił a lepiej: wyrzucił czterech najwięcej zarabiających dyrektorów by na ich miejsce zatrudnić mniej płatnych. Ceny żywności były zamrożone przez rok, wskutek czego nie widzieliśmy mięsa przez osiem miesięcy, mleka przez rok, masła też. Ostatnio już nie było ani kury ani jajek. Na czarnym rynku najbogatsi czasem coś zdobyli zaś producenci dawali mleko świniom. Gdy rząd obwieścił, że ceny czarnego rynku są legalne pokazało się na drugi dzień wszystko ale co z tego? Pensje jak zamrożone tak zamrożone. Już obwieszczono oficjalnie, że do końca roku będziemy mieli 400% inflacji. Nagle będę zależeć od syna. Nigdy ani mi się śniło o tym. Wczoraj kupiłam paczkę mleka nie za 47 ale za 81 cruseiros. Tak ze wszystkim. Tak się tym przeraziłam, że dzisiaj już czwarty dzień nic nie jem. Jestem tak osłabiona, że ledwo chodzę. Wynajęłam oba mieszkania na plaży, syn zamieszkał z Laurą w garażu. Ludzie szaleją za mieszkaniami, bo wszystkich wyrzucają. od kiedy rząd pozwolił podnieść czynsz. Nawet na faweli nie ma miejsca. Już mnie prosili, by wynająć ten barak tak jak jest, bez okien..To jest jedyne wyjście…..”
W czasach największego kryzysu, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy w Polsce również szalała inflacja a na półkach sklepowych królował ocet masła nie widziałam równie długo, mleko otrzymywane z darami z kościoła piłam tylko z proszku a główne mięsne danie stanowiły kalmary z puszki. Pewne urozmaicenie stanowiły owoce i warzywa z działki rodziców, zbierane w lecie i mrożone w olbrzymiej zamrażarce zagracającej kuchnię. Ziemniaki kupowane były raz do roku na wsi i zwalane w piwnicy, gdzie na wiosnę zaczynały kwitnąć białymi kłączami. Z ziemniaków dawało się robić wiele znakomitych potraw na moich ulubionych plackach ziemniaczanych zaczynając i kończąc. Dzisiaj żadna restauracja nie bawi się już w żmudne ucieranie, nawet w maszynie, wrzucając gotowy, mrożony produkt do frytkownicy. Takie placki jak trzeba jadłam niedawno wizytując przyjaciół i nawet mój pies sobie chwalił. Piotr opowiadał mi, że kiedy jeszcze nie tak dawno przechodził potężny kryzys finansowy narzucił sobie dyscyplinę w kwestii kosztów i żył za dziesięć złotych dziennie przez dłuższy czas. Nie wiem jak to robił, gdyż jest palaczem, który dziennie wypala paczkę papierosów. Można więc założyć, że żył za mniej niż połowę tej kwoty. Piotr ma syna, który na stałe mieszka w Hiszpanii i nieźle tam sobie radzi ale nawet w tym ciężkim czasie nie przyszło mu do głowy, by żyć na koszt syna. Wyszedł z kryzysu dzięki pomocy przyjaciół i dzisiaj funkcjonuje już na bardzo przyzwoitym poziomie. Faktem jest, że włożył w odbudowę wiele wysiłku i pracy. Polskie prawo jest prolokatorskie a nie prowłaścicielskie i wyrzucenie kogoś, kiedy tylko przekroczy próg, graniczy niemal z cudem. Może dlatego nie mamy w Polsce faweli. Odwiedzający mnie ostatnio licznie agenci nieruchomości twierdzą, że od niedawna trochę się w prawodawstwie zmieniło na plus ale nie sprawdzałam jeszcze jak duży jest ten plus.
„I. wreszcie znalazł Polkę, wdowę, matkę wielu dzieci, biedną (i pomyśleć, że ja nagle też jestem biedna wdową), kupił luksusowy apartament i mieszka z nią. Zawsze szukał kobiety zależnej, by się zagwarantować, że go nie zdradzi”
No proszę, jaki prosty sposób na zagwarantowanie sobie wierności małżeńskiej. Jak powiedziała ostatnio moja przyjaciółka, małżeństwo jest kontraktem. Wraz z małżeństwem kończy się kontrakt i w ten sposób należy do tego podchodzić. Przyjaciółka jest radcą prawnym, stąd też jej wybitnie pragmatyczne podejście. Jej osobisty kontrakt trwa szczęśliwie już lat kilkadziesiąt i obrodził wnukami. Niewykluczone, że przyczyną tego stanu rzeczy jest również fakt, że małżonek jest wziętym adwokatem. Czyli obydwoje przestrzegają „prawa”. A co w przypadku białego małżeństwa?
„Już kilka miesięcy nie tańczę, odkąd zerwałam z tym pięknym Jugosłowianinem. Nie chciałam go spotkać na balu ale teraz znowu zacznę chodzić, by się wyrwać ze smutku. Byłabym została z nim, gdyby nie taki wariat. Zupełnie te same maniactwa co mąż. Dom jego ogromny na prześlicznej posiadłości, ale bez mebli. Ma dwie kolorowe łazienki z wanną ale myje tylko nogi w komórce, pod pachami (bo woda szkodzi) i załatwia się do nocnika, chociaż do łazienki ma kilka kroków. Kiedy odkryłam, że jest więcej wariat niż myślałam i do tego niebezpieczny, wycofałam się z tego romansu. To było moje ostatnie szaleństwo. Na pewno. Żaden mężczyzna mnie już nie interesuje. Jak on to mówił z przejęciem: nie mogę żyć bez ciebie….Prawdziwy artysta. Teraz podobno w czarnej rozpaczy ale nie odpowiedział na mój list. Uważa, że powinnam szukać kogoś lepszego niż on. Prawdą też jest, że on już nie funkcjonuje od dwudziestu lat i to było torturą dla mnie….bo bardzo przystojny. Ale po cóż go wspominam…”
Równie dobrze mógł mieszkać w faweli. Nawet nocnik nie byłby mu potrzebny. W Rio de
Janeiro wizytowałam fawelę wybudowaną na wodzie, na palach. W Indiach slumsy stanowią widok powszedni i przerażający wobec kontrastu przepychu tuż po drugiej stronie ulicy. „Slumdog. Milioner z ulicy” to brytyjski melodramat o chłopcu ze slumsów, nominowany do Oskara w dziesięciu kategoriach. Jamal bierze udział w programie „Milionerzy” i zostaje z tego powodu aresztowany za oszustwo, gdyż nikt nie daje wiary, że chłopiec z dzielnicy nędzy może posiadać aż tak wielką wiedzę. Większość świata żyje na granicy ubóstwa, wielu wybitnych artystów żyło w skrajnej nędzy. Moja cioteczka, autorka listów, które cytuję, wzięła się za szycie kreacji dla sąsiadek i do drogich butików. Poradziła sobie.
Skroiłam i wykończyłam dwadzieścia sztuk w osiem dni. Bardzo teraz poszukują krawcowych, bo nikt już w sklepach nie kupuje, tak drogo. Z głodu nie umrę, choć czeka mnie praca w takim okresie życia, kiedy chciałabym już tylko odpocząć, malować i tańczyć…
Fawela (braz. odmiana port.: favela) – rozległe dzielnice nędzy, tworzące się wokół miast, zamieszkiwane przez najbiedniejszą ludność. Domy zbudowane są z najtańszych materiałów (często odzyskanych z innych domów i ze śmietnisk: tektury, dykty, blachy, desek, itp.). Szacuje się, że żyje w nich 3/4 ludności Brazylii. Termin pochodzi od nazwy rośliny rosnącej na wzgórzach wokół Rio de Janeiro, ówczesnej stolicy Brazylii, gdzie w 1890 roku osiedlili się wyzwoleni niewolnicy, ale za pierwszą fawelę przystającą do powyższej definicji uważa się „osadę” założoną w listopadzie 1897 roku przez 20000 żołnierzy-weteranów pozostawionych bez środków do życia – Wikipedia.


Facebook
Zwierzolubni