Kochanie – nareszcie zabrałam Twoje prezenty, było trudno się spotkać z Irenką, tak jest zalatana. Prześliczne te rzeczy. Szlafroczek bardzo ładnie leży, wyglądam w nim jak modelka, w ciepłych papciach teraz siedzę i piszę, takich mi było potrzeba zamiast tych plastykowych sandałków na okrągło. Dzisiaj zimno doszło do nas z bieguna południowego, po wielkich upałach, zupełnie nienormalnych o tej porze roku. Kapcie i szlafroczek z nieba mi spadły. Motylki też śliczne a pierścionki takie, jakie zawsze chciałam mieć, delikatne. Szal na moich plecach w tej chwili, lubię ten kolor koralowy. Witaminy zjadam – nie wyobrażasz sobie jak tu podrożało. Aha – najważniejsze. Kołnierz i czapka. Mam ładny płaszcz z wełny w węzełki „bucle” i w wielkie zimna a szczególnie w zimny wiatr brakowało kołnierza, by pasował do czapki. No to teraz będę mieć…Liska jeszcze nie sprzedałam, córka raz go pożyczyła ode mnie. To zbyt wielka elegancja, żeby iść w nim do..kina. Do teatru już się nie da iść. Wyobraź sobie, że bilet na przyjazd teatru Bolszoj kosztuje 500 dolarów i to już wysprzedane…..Nie wiem na co ten krem i ta malutka buteleczka z kuleczkami…..Agniu moja kochana, wszystko, co mi posłałaś bardzo cenne dla mnie i bardzo ładne. Teraz rozumiem, jak to przyjemnie dostać coś w prezencie…”
Ja akurat uwielbiałam te plastykowe sandałki, słane przez cioteczkę na mój rozmiar stopy. Domyślam się, że w Brazylii kosztowały grosze i noszone były powszechnie, niczym kierpce góralskie swego czasu w górach i na warszawskich ulicach, tradycyjne obuwie cyrwuli w Bułgarii, czy hiszpańskie espadryle, które do dzisiaj królują w sklepach pod najróżniejszą postacią. Espadryli nie należy mylić z butami hiszpańskimi, czyli narzędziem tortur w formie imadła miażdżącego stopę po dokręceniu śruby lub metalowego pantofla, podgrzewanego po włożeniu do niego stopy ofiary.
Sandałki powyższe miały żywe, wyraziste kolory, płaską, wygodną podeszwę, czasami fantazyjne wiązania. Różniły się od PRL-owskiego, szytego na jedno kopyto obuwia, rzucały w oczy odmiennością i barwą, były przewiewne, gdyż składały się raptem z kilku plastykowych pasków i czasami sznurka wiązanego w kostce lub plecionego do połowy łydki. Na upały po prostu rewelacja. Do moich ulubionych należały czerwone, które eksploatowałam przez niejedno lato. Wbrew pozorom były solidne a plastik nie pękał.
Dedykowanym mi przez horoskop kolorem jest kolor czerwony, dlatego chyba w naturalny sposób sięgałam często po ubrania w tym kolorze odziewając się w odważną czerwień od stóp do głów. Nie gardziłam też czerwonymi butami, które stanowiły standard mojej garderoby. Nic więc zapewne dziwnego w tym, że na szarej, warszawskiej ulicy rzucałam się w oczy a intensywna czerwień działała na mężczyzn jak płachta na byka. Jestem spod znaku Barana i na swój temat czytam we wszystkich horoskopach jak nastepuje: jako kochanka jest niesamowicie otwarta i pomysłowa, potrafi dawać i brać. Pragnie długodystansowego związku. Włoży w niego wiele serca i starań. Jest czuła, wrażliwa i entuzjastyczna. I tak jak od diamentu bije blask, tak od Pani Baran bije oślepiająca seksualność. To magnetyczna kobieta. Za każdym razem, gdy jest z mężczyzną, ta chwila ma znamiona podboju i uwodzenia……Niestety, ta „oślepiająca seksualność” podkreślana czerwoną sukienką i obuwiem w tym samym kolorze dała mi się swego czasu mocno we znaki. Zrezygnowałam z mojego ulubionego koloru na długo, dzisiaj wracam do czerwonych elementów garderoby, gdyż z racji wieku uważam, że są już bezpieczne.
Czerwone anemony……
Czerwonych anemonów bukiet zamyślony
Twarzy rząd w falbanek kołnierzy oprawie
W nieba błękitnego bezkres zapatrzony
Niewinnie przycupnął na zielonej trawie
Ukryte w purpurze najczerwieńsze słowa
Nie przyszło mi poznać gorącej czerwieni
Nieznana opowieść w słońcu purpurowa
Promieni odbiciem na płatkach się mieni
Oparte na grubych, mocarnych łodyżkach
Kwiaty pewnie spoglądają w przestworza
Memu sercu słów barwa inna jest bliska
Najsamotniejszy kolor Bóg także stworzył
Skazany na zawsze, ze spektrum wygnania
Słowem powszednim dzień każdy znaczy
Braw nie dostaje, nie doświadcza uznania
Brązem drzew i chleba opowieść się toczy.
„W tym tygodniu byłam w SESC na balu po południu. Grali sambę i niemiecki taniec wiejski „vanejrao”. Wyszłam z salonu do ogrodu. Stał w nim pan, też samotny, spojrzał na mnie i zaczęliśmy rozmawiać. I tak się rozpoczęła znajomość z kimś, kogo nigdy nie zauważyłam na balach a kto mnie obserwował już od trzech lat. Nie zauważyłam go, ponieważ abym kogoś dojrzała musi mieć włosy popielate a on miał włosy czarne. Nie ma w jego twarzy niczego, co lubię, ani oczy, ani uśmiech, ani nic. On jest mną bardzo zainteresowany, telefonuje kilka razy dziennie a ja hamuję te zapędy. Nie przez jego brak wdzięków ale przez doświadczenie. Ma dużą kulturę, bardzo dobre maniery, elegancki i szczupły. Bardzo przyjemny człowiek i kto go zna, mówi o nim tylko dobrze. Bardzo szczery. Ma początki cukrzycy i wysokie ciśnienie. Dwa lata obozu nikomu zdrowia nie dodały a on to ma za sobą. Żyje z odszkodowania, jakie dostaje z Niemiec, wiec inflacja mu nie grozi. Apartament ma gustowny, znajome potwierdziły, że można mu ufać i iść bez obaw do jego mieszkania. Także dlatego, że pipi już nie funkcjonuje….
Gdyby on chciał być moim przyjacielem i tańczyć ze mną – tańczy wspaniale – byłoby cudownie ale on ma inne sny i marzenia. Gdyby wiedział, że ja po kolacji z I. idę do jego apartamentu i wracam dopiero na drugi dzień, z całej przyjaźni nic by nie zostało. A ja I. nie chcę stracić. Wkrótce wraca, wiec jak wytłumaczę mu swoją nieobecność w sobotę w nocy? Przecież Teddy telefonuje codziennie. Jest szczery, naturalny, inteligentny i ani trochę nudny. Wdowiec od dziewięciu lat. Córka się śmieje, kiedy jej mówię, że on brzydki. Mówi mi: mama, zamknij oczy…i radzi mi dbać o nowego przyjaciela, bo w moim wieku przyjaciela potrzeba, nie kochanka…..”
Psy ogrodnika są wszędzie. Na to wygląda. Sam nie może ale drugiemu nie da. Moja cioteczka lubiła psy, miała psy i koty, troszczyła się o swoje zoo i opłakiwała śmierć każdego pupila. Opłakiwałaby pewnie i psa ogrodnika…którego umysłem rządzi pipi.
Niedawno natrafiłam w internecie na życiorys i twórczość Dory Carrington, brytyjskiej malarki blisko związanej z pisarzem Lyttonem Stracheyem. Jej biografia stała się tematem scenariusza filmu z Emmą Thompson w roli głównej. „Carrington nawiązała w swoim życiu wiele homo- i heteroseksualnych romansów, m.in. z malarzem Markiem Gartlerem, pisarzem Geraldem Brenanem, Henriettą Bingham, córką amerykańskiego ambasadora w Londynie, i Julią Strachey. Wyszła za mąż za Ralpha Partridge’a (1921), ale większość życia spędziła u boku pisarza homoseksualisty Lyttona Stracheya, którego poznała w 1915 r. Strachey zmarł na raka w styczniu 1932 r. Carrington popełniła samobójstwo dwa miesiące później – tyle w wielkim skrócie Wikipedia.
Malarka spędziła z homoseksualnym pisarzem siedemnaście lat a kiedy zmarł, nie chciała żyć dłużej bez niego. Miała wielu kochanków i wiele kochanek ale miłość miała tylko jedną. Spłycając burzliwą biografię pary artystów chciałoby się rzec: czy rzeczywiście pipi jest najważniejszy w miłości? Życiowy scenariusz o wzajemnej więzi, fascynacji i przyjaźni zasłużył sobie na ekranizację, w przeciwieństwie od codziennych scenariuszy, chociażby takich jak ten:
I zasnął przy mnie….
I zasnął przy mnie od razu jak dziecko
Jakbym żoną mu była od lat – leciwą
Nie kochanką, nie przygodą nawet jeździecką
W której końską się w warkocz splata grzywę
I pieści szyję, i spina piętami
W jednym rytmie, w galopie obejmuje nogami…
Trucht tylko, dwa kroki, powoli, stępa
I sen, w którym jazdy się już nie pamięta.
I zasnął przy mnie, dniem długim zmęczony
Odprężył po burzliwych za dnia spotkaniach
Przy boku rutyną zasnął znudzonej już żony
Po ciężkich w pracy, wyczerpujących zmaganiach
Niewiele jest ról na tej scenie
Pościelą wyściełanej przygodnym kochankom
Dziś ten, jutro inny w tym samym wcieleniu
Wypoczęty do pracy gna o poranku.
Zdjęcie: Corrida – Kamil Macniak via WkimediaCommons; Anemony – Leon Wyczólkowski, 1909, Galeria Sztuki Lwów, Leon Wyczółkowski [Public domain], via Wikimedia Commons; Akt – Dora Carrington, 1912, Autor: Dora Carrington (1893-1932).Thyra at de.wikipedia [Public domain], źródło: Wikimedia Commons

Facebook
Zwierzolubni