Przez noce, co z nas kpiły czarną nieba chustą,
Przez dni, co nas ku ziemi gięły w gorzkim trudzie,
Wiodła moja do ciebie najdziwniejsza droga.
W oczach niosłam ci żałość, w dłoniach miskę pustą.
Świty się co dzień kładły, jak groby na poprzek –
Strach je było przekraczać. W sercu rosła trwoga.
Pięść się zwarła zbyt mocno by nią oczy otrzeć.
Bóg tam skonał już dawno. Pozostali ludzie –
Cienie przeżarte męka i w męce bez końca.
Nie mogłam Cię odnaleźć poprzez spraw zawiłość,
Gdy się nurzała w kwiatach twoja dłoń pachnąca
W tamtych dniach pełnych chleba, słońca i rozkwitu.
Lecz gdy Ci wichry siekły głowę siwiejącą,
Przez druty obozów szłam po Twoją miłość.
Jak błękitne jeziora były Twoje oczy,
Gdy mi wzrokiem spokojnym wybiegałaś naprzeciw
(tak patrzy czasem matka, gdy już próg przekroczy
I powróci na chwilę by pożegnać dzieci);
Jak błękitne jeziora, jak jeziora spokoju
Gdzieś na samym dnie grozy, w wichrach i zamieci
(przechowywane nocą blade kręgi świtu).
Odpoczywaj po znoju, odpoczywaj w pokoju,
W jakimś ciepłym jeziorze z światła i błękitu.
Mojej Matce, rozstrzelanej w Ravensbruck, 1945
Facebook
Zwierzolubni