„Praca moja na szerszą skalę zaczęła się już za czasów mojego
pierwszego małżeństwa, po upływie trzech lat pożycia z tym człowiekiem, gdy wybuchła wojna światowa. Miałam już wówczas dwoje dzieci. Mieszkaliśmy pod zaborem austriackim. Bolałam bardzo na myśl o przelewie krwi i tych wszystkich, strasznych cierpieniach, które ludzkość sobie nawzajem niepotrzebnie zadaje. Pewnego dnia zauważyłam, że wszystkie domy przyozdobiono chorągwiami.
- To nasi zwyciężyli, mówili w wielkim rozradowaniu ludzie, opowiadając sobie wzajemnie o wielkich stresach austriackiej armii i pogromieniu wroga. A mnie przytłaczał ogromny smutek. Wszędzie widziałam groźne, okropne myśli, elementale, zwisające jako złowrogie chmury nad głowami ludzkiemi. Cierpiałam wiele. Wieczorem, kiedy już dzieci zasnęły, podeszłam do okna i spojrzałam na gwiazdy, chcąc jak zwykle pomodlić się. Nie mogłam. Jesienny wiatr uderzał raz po raz wywieszoną na dachu chorągwią „zwycięstwa” o szybę, przerywając mi myśli. Wybiegłam z domu w pola, gdzie często modliłam się, lecz i tam nie mogłam się skupić. Coraz większy ciężar przytłaczał mnie. Padłam na kolana i ze złożonymi rękami zawołałam: Boże! Tu powiewają chorągwie zwycięstwa, a ja widzę i słyszę tych jęczących na polu bitwy…..
I rzeczywiście, we dnie i w nocy słyszałam te jęki i rozdzierające krzyki rannych i walczących jeszcze…I miałam wrażenie, jakobym była wśród samego zamętu walki……”
Pisała Agni P. w swoich pamiętnikach. W Pierwszej wojnie światowej (1914 -1918) zginęło osiem i pół miliona żołnierzy oraz bliżej nieokreślona ilość ludności cywilnej.. Dodatkowo wiele milionów ludzi w jej wyniku zostało okaleczonych pozostając do końca życia inwalidami i kalekami. Pod koniec wojny brały w niej udział 33 państwa, które poniosły ogromne straty nie tylko ludzkie ale i materiałowe. Pola uprawne zamieniły się w połacie leżącej odłogiem ziemi, lasy zamieniły się w zniszczoną i spaloną pustynię, niektóre miasta zostały do cna zrujnowane a niektóre wsie przestały istnieć. Zasoby ludzkie Europy przetrzebione zostały w sposób straszliwy. „La belle epoque” dobiegła kresu. Rozpadła się monarchia Habsburgów (Austro-Węgry), austriacka Galicja weszła w skład odrodzonego państwa polskiego. Zabór austriacki przestał istnieć, były powody do radości pomimo straszliwego bilansu wyniszczających, czteroletnich walk. Wiele z tych walk miało charakter pozycyjny, tylko nad Soczą (Isonzo – front włosko – austriacki) stoczono dwanaście bitew, rozstrzygnięcie przyniosła ostatnia – pod Caporetto uwieczniona w „Pożegnaniu z bronią” Hemingwaya.
Mojej babce daleko do Hemnigway’a, który nie dość, że pisał po mistrzowsku, potem cyzelował to co napisał kilkadziesiąt razy przez wiele miesięcy by na koniec otrzymać Nagrodę Nobla za talent i wysiłek. Hemingway pisał tylko i wyłącznie o tym, co sam przeżył, usłyszał, widział….a potem dodawał do tego wyobraźnię. Moja babka, nie znając dobrze języka polskiego, pisała wobec tego istotnego ograniczenia przyzwoicie…a to co widziała na polu bitwy nie było jej własnym udziałem tylko udziałem jej zdolności do przenoszenia się do nieznanych miejsc i czasów. Ile w tym było wyobraźni tylko ona mogłaby powiedzieć.
„Pamiętam jeszcze, jak tuż przed ukończeniem wojny światowej przyszła do mnie Pani W., której jedynak był na włoskim froncie. Znając mnie od lat dziecinnych i wiedząc o moich zdolnościach jasnowidzenia, przyszła stroskana do mnie z zamiarem dowiedzenia się czegoś o swoim synu, od którego już dłuższy czas nie otrzymała żadnej wiadomości. Popatrzyłam za nim i zobaczyłam go w pierwszej linii bojowej, w toku walki. W stanie podgorączkowym właśnie schronił się do głębszej szczeliny skalnej. Wyczuwałam i wiedziałam jasno, że w to miejsce, w którem on się w danej chwili znajdował, spadnie niebawem granat. Odłączyłam się wiec pospiesznie od ciała i pospieszyłam mu z pomocą. Szrapnele, granaty i inne pociski przelatywały przez moje ciało astralne, wywołując za każdym razem dziwne szarpnięcia..już byłam blisko niego, wyciągnęłam swoje dłonie w jego stronę wołając: wyjdź, wyjdź stąd, uciekaj! Myśl moja zatrzęsła nim. Odczuł moje wołanie. – Wyjdź, wyjdź stamtąd – zawołałam raz i drugi. W oczach jego zaczął się malować gorączkowy lęk. Wyszedł na czworakach i w tej pozycji wlókł się po ziemi kilkanaście metrów. Zaledwie oddalił się parę kroków, padł granat w szczelinę, w której poprzednio siedział. Obejrzał się. Ciałem jego wstrząsnął skurcz. Po twarzy spłynęły mu łzy wzruszenia: dziękował Bogu za ocalenie. Jego wzruszenie i mnie się udzieliło tak, że gdy się do ciała przyłączyłam, miałam również łzy w oczach.
Tymczasem matka jego, drżąc cała tuliła mnie do siebie, zapytując, czy syn jej żyje.
- Tak, tak, żyje – odpowiedziałam – właśnie teraz odciągnęłam go z miejsca, w które padł pocisk armatni. Opowie pani o tem, gdy powróci do domu, a powróci niedługo.”
Ach, gdybym ja miała takie zdolności…moim opowiadaniom nie byłoby końca. Z praktycznego punktu widzenia wiedziałabym dokładnie, co porabia mój syn, który ostatnio
daje słabe oznaki życia i jeszcze kilka innych osób, które kocham i na których mi zależy. Jestem z nimi duchem a dokładniej myślami ale to nie to samo. I pióro też nie Hemingway’owskie. Broni w postaci pióra jednak złożyć nie zamierzam, przynajmniej na razie.
Facebook
Zwierzolubni