Ballada o szczawiowej – Szyszka

Zbieram szczaw na własnej łące. Lubię ten rosnący w malowniczych kępach, w których liście nie za wielkie i niekoniecznie intensywnie zielone, ułożone są rozetowo. Taka ich wielkość i barwa. Gwarantują, że to szczawia, delikatna młodzież.
Liście rosnące pojedynczo mogą zupie przekazać swoją samotność i smutek. Tak więc kucam przy wesołej kępie szczawiu i używając dwóch palców, a właściwie ich zakończeń, czyli paznokci, najdelikatniej jak mogę skubiąc, oddzielam listki od łodyżek. Ten sposób pozwala mi na kolekcjonowanie listków bez włóknistych części roślinki. Pozostawiam ją nieco okaleczoną ale ona dzielnie odrasta i już za dni parę mogę znowu skubać. Listki składam w koszyku wiklinowym i poszukuję następnej kępy.
Przy okazji – apeluję – używajmy koszyków wyplatanych z naturalnej materii, łubianek lub choćby papierowych toreb. Barbarzyństwem jest zbieranie ogólnie pojętego runa do toreb plastikowych, zwanych też reklamówkami lub do wiaderek z tworzyw sztucznych oraz innych opakowań będących wymysłami cywilizacji.
Kiedy uznaję, że ilość w koszyku zabezpiecza mój tzw. garnek zupny, kończę kicanie po łące.
W moim królestwie kuchennym najpierw kąpię przez chwilę listki w zimnej wodzie aby zmyć z nich rozmaite pyłki i inne, niekonieczne potrzebne mi, wiejskie zanieczyszczenia.
Następnie umieszczam je w garnku z niewielką ilością wody i gotuję też nie za długo. Ten proces obgotowywania zmienia dotychczas zielone listki w brunatne i szmatławe, otoczone płynem o nieokreślonej barwie. Nie przejmuję się tym, gdyż wiem, że za chwilę dzięki energicznemu przecieraniu ich przez sito, utworzona maź będzie znowu zielona (taka kulinarna iluzjonistyczna sztuczka).
Istnieje szkoła wykonywania szczawiowej poprzez siekanie liści i pozostawianie ich w zupie, jako zwiotczałych kawałków. Ja uparcie przecieram. Przecier już tylko należy połączyć z wywarem mięsnym, wołowym lub wieprzowym wedle upodobań a w wersji zubożałej, z pochodzącym z rozpuszczonej i mocno reklamowanej kostki rosołowej lub bulionowej.
Dzieło wykańczam śmietanką słodką 30%, która się nie zważy w tym kwaśnym odczynie, rozbieli zieleń i nada ostatni aksamitny szlif mojej zupie. Wlewam porcję na talerz i zatapiam w niej jajko ugotowane na twardo, pokrojone w ćwiartki. Jajko powinno być wiejskie, wyprodukowane przez tzw. kurę grzebiącą. Lśnić bielą białka i łyskać żółtym oczkiem żółtka w zielonym płynie.
Jeśli ktoś nie ma ani własnej łąki, ani kury grzebiącej niech się nie zraża. Niech zrobi zakupy w zaprzyjaźnionym warzywniaku i warzy zupę szczawiową. A potem delektuje się kwaskowatym cieniem smaku, zapominając o niezdrowych szczawianach, które skutecznie neutralizuje jajo – nawet te nabyte w supermarkecie.
Zawsze zastanawia mnie, jakie to kwasolubne żyjątka pracowicie dziergają w niektórych listkach szczawiu małe dziurki. Ale to już temat na inne rozważanie……….

La Tailleuse de Soupe, François Barraud, 1933, olej na płótnie

Olek
szczawiowa-jedna z moich ulubionych zup.z jajeczkiem i koniecznie odsmażane młode ziemniaki.po zjedzeniu człowiek czuje radość życia albowiem nie ma udanego zycia bez zup.nie mam osobiście wygórowanych oczekiwań.wystarczy ładnie podane,smaczne,dużo i w odpowiednim towarzystwie.jak ugotujesz kiedyś taką szczawiową-zapros koniecznie.
dodano dnia 21.08.2009, 21:18

Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Moi goście.. i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free