Uprzykrzyło mi się spędzać wszystkie urlopy nad morzem. Klimat od wielu lat w Polsce
zmienił się i wracaliśmy do pracy z naszych lipcowych wakacji bledsi niż przedtem i zmęczeni deszczem. Morze witało nas i żegnało niezmiennie sinym obliczem. Dlatego, nauczona kilkuletnim doświadczeniem, tym razem wybrałam się w góry i to we wrześniu, licząc na złotą jesień. Problem zamieszkania rozwiązał się łatwo. „Pani Anita – pisała moja znajoma – przyjmie Cię chętnie. Jest to dom prywatny, wody bieżącej w nim nie ma, będziesz myć się w basenie w ogrodzie. Pościel też musisz zabrać ze sobą, ale za to utrzymanie wspaniałe i swoboda kompletna. Żadnych ceremonii, nikt nie przebiera się do obiadu, chodzi się cały dzień w kostiumach kąpielowych. Cena niska jakiej nigdzie nie znajdziesz a widok wspaniały”.
Przyjechałam wieczorem. Pokazano mi na tle ciemnego nieba jeszcze ciemniejszą bryłę góry z jasnym światełkiem na szczycie. Chłopczyna w góralskim stroju zabrał moją walizkę i poszliśmy razem w noc w pierw po rzęsiście oświetlonym asfalcie a potem ścieżyną przez las. Świetlisty krąg latarki tańczył po długich świerkach, rozłożystych gałęziach buków i korzeniach, sterczących z ziemi. Las pachniał i z zewsząd napływały szumy, jak fale morskie. Powietrze przesycone było ciszą i spokojem.
O, nocy letniej…
O, nocy letniej z błyszczącymi gwiazdami
Pieszczotliwa z niebios dociera poświata
O, nocy letniej z gasnącymi świerkami
Majaczy w poświacie cień babiego lata
Od morza wiatr ciepłym płynie powiewem
Śpiewa wiatr dla mnie, pieśń dla mnie nuci
Uścisnąć bym chciała i świerk i ciebie
Wietrze, coś do mnie letniej nocy powrócił
Mój przewodnik milczał jak każdy góral i w tym milczeniu wiódł mnie przez las, aż nagle rozjarzyły się przed nami okna domu pani Anity. Właścicielka przyjęła mnie jak dawną znajomą
- nie mam wygód hotelowych, ponieważ dom ten nigdy hotelem nie był. Po wojnie zastałam go ogołoconym ze wszystkiego. Wstawiłam więc po kilka łóżek do pustych pokoi i zawiadomiłam znajomych. No i zawsze tu pełno. Głównie żony lekarzy. Mężowie przyjeżdżają tylko na niedzielę.
Grubiutka, przyjemna, mówiła powoli, spokojnie, niezwykle łagodnym głosem. Wszystko w niej było łagodne. Z ciemnych oczu wyzierała dobroć, z uśmiechu macierzysta tkliwość. Spodobała mi się od razu.
- nie będzie mnie męczyć gadaniem – pomyślałam z ulgą
Jedynej rzeczy jakiej szukałam w górach było wytchnienie od ludzi. Zasnęłam bez snów po raz pierwszy od lat.
* * *
Były to najlepsze, niezapomniane wakacje. Ogród pani Anity, wspaniale zapuszczony i dziki, pełen był borówek i grzybów. Nasze, wczasowiczek, pięty, ręce, języki były stale czarne od miażdżonych owoców. W kuchni bez przerwy ktoś się kręcił przy piecu i przypiekał maślaki na blasze. Pani Anita dogadzała nam jak mogła, wszystko robiąc sama i czasem tylko pozwalając jednej z pań, chudziutkiej Zochnie, pomóc sobie trochę w kuchni. Zochna jednak nie była zwykłym gościem ale dawna koleżanką obozową Anity. Żyły w najlepszej harmonii a Zochna nie robiła najmniejszej tajemnicy z faktu, że przyjechała się podkarmić, gdyż nic jej to nie kosztowało. Łagodność i spokój pani domu nadawały ton naszemu życiu. Nie było intryg ani plotek ani żadnych, wyjątkowych wydarzeń. Dni płynęły przesycone słodkim spokojem jesieni.
Calvadosu dom jesienny
Bukietem jesiennego złota
Dojrzałych jabłoni
Ciepłem ogrzany jej dłoni
Śladem szminki na krawędzi
Czaszy kryształowej
Gdy pochyla głowę
Zasłuchana w domu muzykę
Zamknięty świat
Wytrawny Calvadosu kwiat
Rozkwita w jej sercu…..
Dlatego też to, co się wydarzyło pewnej niedzieli, kiedy zebraliśmy się właśnie na obiad – wszyscy w komplecie, żony i mężowie, Zochna i ja – wprawiło nas w takie zdumienie, że kilka ust otwarło się i zapomniało zamknąć przez dobrą chwilę. Siedzieliśmy już na ławie wzdłuż stołu, gdy Zochna, patrząc przez okno, krzyknęła:
- Anita, zobacz, kto idzie!
Anita także spojrzała przez okno.
- Nie, to niemożliwe, to przecież ona….ona, na pewno ona, poznałabym ja na końcu świata
Obie patrzyły to na siebie, to przez okno, niezwykle przejęte, zdziwione jeszcze więcej a na twarzy malował im się wyraz..zgorszenia.
- to, cholera, no – wymknęło się Anicie
- a ja za to przyjadę do pani na wakacje – przedrzeźniała Zochna kogoś nienaturalnym głosem
- i przyjechała, jak przyrzekła. Z dziećmi.
Siedzieliśmy wszyscy jak ogłupiali nic nie rozumiejąc. Anita poderwała się by przyjąć nowoprzybyłą. Gniew i zadumanie zniknęły z jej twarzy tak szybko, jak się pojawiły. Pozostał tylko rumieniec, który można było wziąć za wzruszenie z niespodziewanego spotkania.
- Anita, poznajesz mnie?
Usłyszałyśmy nosowy głos i sucha kobieta weszła do jadalni. Razem z nią wpadło do pomieszczenia trzech dorastających chłopców.
- nigdy cie nie zapomniałam, Stasiu
Anita wzięła nowo przybyłą pod rękę i przyprowadziła do stołu. Usadowiła też dzieci Stasi.
- poznałyśmy się w obozie – wyjaśniła krótko i zwróciła się do Stasi:
- jesteśmy właśnie przy obiedzie, nie zginiesz z głodu
a potem zwracając się do Zochny, rzekła:
- przynieś bułkę, tę najstarszą i najbardziej suchą
Głos Anity był spokojny. Nalała do talerzy zupę grzybową omijając nakrycia Stasi i jej dzieci. Zochna wróciła z bułką, najstarsza i najbardziej sucha, jaka znalazła w kuchni. Anita ułożyła bułkę na pustym talerzu niespodziewanego gościa a sama zaczęła jeść zupę.
- nigdy nie jadłam takiej dobrej zupy – powiedziała do wszystkich
Zaczęłam jeść ale łyżka dzwoniła mi po zębach. Stasia wyjęła bułkę z talerza, obejrzała, położyła z powrotem a uśmiech zaczął powoli znikać z jej twarzy. Dzieci wlepiły pytające oczy w puste talerze. Anita i Zochna wyszły do kuchni po drugie danie.
- tak, poznałyśmy się w obozie – odezwała się nowo przybyła zagadując sytuację – siedziałyśmy obok siebie przez wiele miesięcy przy segregacji śrub
Zamilkła. My milczeliśmy także.
- mamy wspaniała pieczeń dzisiaj – oznajmiła Anita wnosząc ogromny, parujący półmisek
Rozkoszny zapach rozszedł się w powietrzu i w podnieceniu, gdyż w tamtych czasach o mięso było bardzo trudno, zapomniano na chwilę o pustym talerzu Stasi. Oczy jej błysnęły na widok pieczystego:
- już od dawna nie widziałam tyle mięsa na jeden raz – powiedziała
- przynieś druga bułkę, Zosiu – powiedziała Anita. Tym razem najbardziej spleśniałą, jaką znajdziesz.
Zochna wybiegła i wróciła szybko z bułką o zielonkawej barwie w ręku:
- niestety, nie mamy świeżej, żółciutkiej, tylko tę zielonkawą
Uśmiech Stasi już dawno zgasł bez śladu. Siwe, chytre oczy zwęziły się w szparki. Widać było po jej twarzy, że przypomniała sobie coś o czym wolałaby zapomnieć. Ciemny rumieniec zaczął wypełzać na szyję.
- proszę, proszę – zachęcała Anita – jeszcze nigdy pieczeń nie udała mi się tak doskonale
Nałożyła nam na talerze wspaniałe porcje pieczeni. Talerze Stasi i jej synów nadal stały puste a dwie smutne bułki zieleniały na białym dnie. Stasia oderwała od nich na chwile wzrok i podniosła go na nas pełen złości:
- jeśli ci o „to” chodzi, to jesteś bardzo małostkowa – syknęła
po czym jej oczy powróciły ponownie do bułek, jak zahipnotyzowane:
- a tak w ogóle, to robisz z igły widły
nie widząc żadnej reakcji na swoje słowa ani nie słysząc odpowiedzi namyślała się jeszcze przez chwile, co zrobić. Wreszcie wstała i machnąwszy ręka w kierunku synów skierowała się ku wyjściu. W drzwiach odwróciła się gwałtownie i krzyknęła:
- świnia, świnia, świnia
Anita i Zochna parsknęły śmiechem. Śmiały się tak serdecznie, że i nas zaraziły wesołością.
Po chwili, gdy zrobiło się cicho, nasze oczy unikały się nawzajem. Wówczas Zochna, która spłakała się aż z uciechy, otarła łzy, wstała i wygłosiła pewnie najdziwniejsza mowę swojego życia:
- winne jesteśmy państwu wyjaśnienie, opowiem więc, co zaszło między nami przed kilku laty. Przepraszam za tę scenę ale sami państwo osądzicie, czy postąpiłyśmy słusznie
Zdarzenie miało miejsce w obozie pracy. My, więźniarki miałyśmy za sobą niezliczone miesiące głodu. Jeśli przeżyjemy, mówiłyśmy sobie, opowiemy innym, co to jest głód. Gdy żołądek jest zupełnie pusty to jakby siedział w nim pasożyt. Robak toczący nas od wewnątrz. Rozmawiałyśmy tylko o jedzeniu. Śniłyśmy tylko o jedzeniu. Co byś zjadła, gdybyś wyszła na wolność? Co byś zrobiła, gdybyś miała pól godziny czasu na wolności?
- zobaczyłabym się z mężem
- głupia! Nie zdążyłabyś dojechać ale na zjedzenie czegoś starczyłoby ci czasu
- na tamtym przyjęciu tort był taaaaki wielki i przybrany kremem
- a ja chciałabym tylko szklankę gorącego mleka
- szklankę gorącego mleka! Tyle jest pysznych rzeczy na świecie
Takie były nasze rozmowy. Takie też były nasze myśli. Z głodu chwiałyśmy się na nogach a twarze nam pożółkły jak kość słoniowa. Któregoś dnia nadeszły paczki od rodzin. Dla niektórych, tych wybranych. Wiele z nas nie miało już nikogo na wolności, kto mógłby pamiętać. Stasia dostała kilka paczek na raz, gdyż przesyłki nie nadchodziły o czasie. Na rozpakowanie dano nam krótką przerwę od pracy. Siedziała wtedy pomiędzy mną i Anitą. Rozpakowała kurę pieczoną i inne mięsiwa zatopione w słojach, pływające w tłuszczu i sosie. Suchary, cukier, ciastka i wiele, wiele innych dobroci. Zaczęła jeść i jadła, jadła, jadła….a przez nasze zaschnięte gardła sączyła się nie wiadomo skąd narodzona ślina i zalewała pasożyta w żołądku. Robaczysko rzucało się i gryzło. Nasze oczy podążały za ręka Stasi zanurzająca się w paczkach, szły szlakiem do jej ust i gdyby mogły, rzuciłyby się do gardła. Przed Anitą wylądował słoik z pachnąca kurą a obok pachnąca kiełbasa owinięta w papier. Przede mną ciasteczka pachniały wanilią. Nigdy nie zaponę zapachu wanilii…
Zochna zamilkła na chwilę. Spojrzałam na Anitę. Patrzyła przez okno niewidzącymi oczami.
- Anita nagle skurczyła się na krześle przyciskając żołądek do żeber rękami
Zochna mówiła teraz cicho, jakby nie wierząc wspomnieniom. Łzy zaczęły jej płynąć z oczu a Stasia? Stasia nasyciła się nareszcie. Głaszcząc się po brzuchu stwierdziła:
- bardzo to było smaczne
i nagle, jak gdyby o czymś sobie przypomniała, poklepała Anitę po dłoni:
- też pewnie byś coś zjadła. Nie dam ci zginąć z głodu
Wyjęła z paczki bochenek chleba, spleśniały już i wyschnięty. Ułamała kawałek i podała Anicie. Potem ułamała kolejny kawałek, obrośnięty włosami pleśni i podała mnie. Reszta bochenka powróciła do paczki. Jadłyśmy powoli aby na dłużej starczyło. Jadłyśmy pewnie czystą penicylinę, gdyż nam nie zaszkodziło. Kiedy zniknęła ostatnia kruszynka, Stasia odezwała się do Anity:
- a ja za to przyjadę do ciebie po wojnie na wakacje
Tym razem przy stole nikt się nie roześmiał. Anita podniosła głowę i odwróciła wzrok od okna.
- proszę, proszę jeść. Zapomnijcie o tym przykrym incydencie. Pieczeń stygnie
Wszystkie ręce skierowały się do półmiska i popchnęły go zgodnym rytmem w kierunku Anity. Jakby należało ją nakarmić po brzegi za tamten czas. Kiedy zaczęła jeść i nam wrócił apetyt a razem z nim powrócił złocisty spokój jesieni, którym promieniowały góry, lasy i wszystko dookoła….
Czarne suchary
Za oknem piękna gości się pogoda
Złocisty księżyc zagląda w okno me
Cztery lata, taką dali mi nagrodę
Dusza mnie boli, jakże do domu chcę
Na poduszce głowa, zasnąć nie mogę
A kiedy usnę, miła mi się przyśni
Ja do niej bym wyruszył w długą drogę
Tam w lutym kwitnąć zaczynają wiśnie
Za sobą mam już rok takiego życia
Przybyszem byłem, nic mnie nie wzrusza
Myślałem, gwizdnę, chleb dostanę, duszę
Po wielu stołach żebrałem z kapeluszem
Niedawno wielkiej uległem słabości
Bez paczki, listu, bez słowa żadnego
Nie proszę przyślij mi tłustego boczku –
Przyślij mi tylko suchara czarnego
Idź do sąsiada, do jego zajrzyj norki
Winien mi ruble a ty mu siebie daj
Za ruble dwa nakupisz mi machorki
Za resztę okruch czarny – kupisz mi raj
Kończę już list ten, całuję w czółko
Przyjaciół pozdrów, w pamięci mnie miej
I ciebie też pozdrawiam przyjaciółko
Okruszki czarne ślij, Twój Andriej
Ściskam mocno od naszej całej wiary
Wszyscy w obozie też ściskają Cię
O nic nie proszę, tylko o list i o suchary!
Piosenka rosyjska – przełożyła: Jarzębina
Tekst opowiadania: Janka Pilchówna. Wiersze: Jarzębina
Facebook
Zwierzolubni