Pana Franciszka poznałam jakiś czas temu, kiedy to odszukał moją osobę w internecie i wielce uradowany skontaktował się ze mną, informując, że pisze obszerne opracowanie o ezoteryźmie wiślańskim i chciałby, przy mojej pomocy, autoryzować część dotyczącą mojej babki, Agni P. Pan Franciszek w Wiśle mieszka od 1987 roku, od 1967 roku jest przewodnikiem beskidzkim i autorem wielu opracowań związanych z Beskidami i turystyką górską. Obecnie, już na emeryturze, rozwija „wiślańskie” zainteresowania m.in. w kierunku historii i ludzi związanych z Wisłą. W swoim opracowaniu Pan Franciszek cytuje wyjątki z pamiętników mojej babki. Niektóre z nich ja już wcześniej na stronie Jarzębiny cytowałam ale nie wykreślam ich dla dobra całości opracowania.
Ezoterycy*) w Wiśle – Franciszek Drewniok
Kilka lat temu wpadł mi w ręce artykuł Leszka Mateli zamieszczony w 1994 roku w czasopiśmie „Nie z tej ziemi”. Zacytuję wstęp do tego artykułu, którego treść zmobilizowała mnie do rozszerzenia tematu i napisania poniższego opracowania:
„Niewiele jest miejsc w naszym kraju, które, jak położona w Beskidach Wisła tak ściśle powiązane są z polską tradycją ezoteryczną. Tu mieszkali bądź gościli wybitni polscy parapsycholodzy i jasnowidzowie. Położona na uboczu górska wieś była przed wojną siedzibą redakcji zarówno czasopism, jak i wydawnictw poświęconych wiedzy duchowej. Do dziś istnieją tu ślady działalności wiślańskich ezoteryków, zachowały się wille w których mieszkali a nawet żyją jeszcze ludzie, którzy znali ich osobiście. To zupełnie niezwykłe, że niektóre miejsca – tak jak Wisła – potrafią przyciągnąć ludzi o tak specyficznych uzdolnieniach i zainteresowaniach.”
Jasnowidząca Agnieszka Pilchowa (Agni P. – taki miała pseudonim)
O ile postać Juliana Ochorowicza jest w Wiśle powszechnie znana to niewielu Wiślan słyszało o Agnieszce Pilchowej, jasnowidzącej z Jarzębatej. A sława jej w okresie międzywojennym rozciągała się daleko poza obszar naszej miejscowości.
Agnieszka Pilchowa urodziła się w roku 1888 w rodzinie Wysockich na pograniczu polsko-czeskim. Uczęszczała do czeskiej szkoły (skończyła tylko kilka klas) i jako dziecko wychowywała się w czeskim środowisku. Już jako mała dziewczynka zaczęła przejawiać zdolności jasnowidcze – w najbliższym otoczeniu nie znalazła jednak zrozumienia dla swoich niezwykłych właściwości.
Agnieszka wyszła za mąż – z tego małżeństwa urodziła dwoje dzieci: Stacha Kurletto (jak się okazało w przyszłości, uzdolnionego malarza) oraz córkę Anitę.
Po kilkuletnim pożyciu małżeńskim Agnieszka rozwiodła się i z dwójką dzieci zamieszkała w skromnej chatce na Jarzębatej w Wiśle – twierdziła, że jej duchowy opiekun i przewodnik wyznaczył jej inną rolę i kazał osiedlić się w tym właśnie miejscu. Tutaj również należy zastanowić się nad wybraniem Wisły przez kolejną osobę (po Ochorowiczu) posiadającą zdolności paranormalne.
W Wiśle ponownie wyszła za mąż za Jana Pilcha , wówczas kierownika pobliskiej szkoły. Z tego małżeństwa urodziły się dwie córki: Janka i Agnieszka. W 1931 roku wybudowali nową, murowaną willę i nazwali ją „Sfinks” w nawiązaniu do pracy Ochorowicza o Egipcie. Miejsce na postawienie domu wyznaczył gołąb opuszczając w poszukiwanym miejscu gałązkę jemioły. Całe swoje życie Agnieszka Pilch spędziła w tym właśnie Sfinksie.
Agnieszka i Jan Pilch z dziećmi na Jarzębatej – budowa willi Sfinks.
Paranormalne właściwości Agnieszki i jej dokonania są może nie całkiem zrozumiałe dla „przeciętnego śmiertelnika” ale są one potwierdzone przez wielu świadków oraz opisane w literaturze.
Niech początkiem opowieści o Agnieszce Pilchowej będą słowa zamieszczone we wstępie do książki „Pamiętniki Jasnowidzącej” wydanej przez wydawnictwo „Hejnał’ w 1930 roku:
„Jest to osoba o niezwykłych zdolnościach jasnowidzenia. Dziwna ta istota żyje podwójnem życiem – na ziemi i w zaświecie. Można o niej powiedzieć, iż należy do tych, którzy pokonali Śmierć – gdyż tam, gdzie inni dostają się dopiero poprzez bramę śmierci może ona znaleźć się w każdej chwili zachowując przytem zupełną świadomość w ciele fizycznym. Co więcej, w świecie Ducha porusza się z taką lekkością i swobodą , jakiej pozazdrościć jej może wiele tych, którzy znajdują się w zaświecie, złożywszy ciała swoje w grobie. W niejednym wypadku orientuje się w świecie ducha lepiej niż na ziemi, zwłaszcza jeżeli chodzi o sprawy materialne.
Jak Agni (jak ją nazywano) zauważyła swoje zdolności jasnowidzenia
Będąc jeszcze dzieckiem przesuwało się przed jej wzrokiem wiele dziwnych obrazów: całe krainy, domy, różne zwierzęta, często dziwaczne i straszne, ludzie, których nigdy przedtem w tym życiu nie widziała. Zwierzała się swemu rodzeństwu z tego co widziała – wyśmiewano ją nazywając głupią. Nie pozostało jej więc nic innego jak zamknąć się w sobie i nikomu o tym nie wspominać. Wszystkie te swoje widzenia z lat dziecięcych uważała za coś w rodzaju snu, sądziła, że to samo przeżywają inni, tylko jej nie opowiadają podobnie jak i ona nie opowiadała nikomu o swoich wizjach.
W młodych latach chodziła chętnie do pobliskiego klasztoru z myślą, że później tam już zupełnie zostanie. Wyobrażała sobie, że zakonnice i księża to anioły a sam klasztor to raj dla duszy bo tam nie ma zepsucia, nie ma błahych spraw ziemskich, tam tylko czyste, piękne życie. Lecz zobaczyła coś wręcz przeciwnego – przed niewinnymi oczyma dziecka stanęła naga ohyda życia. Wstrząsnęło to nią tak gwałtownie, że postanowiła nie żyć. W tym zniechęceniu do życia wpadła w omdlenie, które przeciągnęło się w stan podobny do letargu. Tutaj znowu zacytuję, nieco dłuższe słowa Agnieszki oddające przełomowy w jej życiu kontakt z „tamtym światem”:
Straciłam na chwilę świadomość. W niespełna 5 minut ocknęłam się , lecz jakież było moje zdumienie, gdy zauważyłam w mieszkaniu popłoch, bieganie i cucenie zimną wodą jakiejś dziewczyny, leżącej na łóżku; ku memu zdumieniu rozpoznałam w niej siebie samą.. Widziałam wyraźnie to leżące z zamkniętymi powiekami moje ciało, a równocześnie dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śnię, lecz stoję w pewnym oddaleniu od łóżka. Stopami wcale nie dotykając podłogi a głową sięgając nieomal sufitu. Dziwił mnie ten stan a szczególnie zaniepokojenie rodzeństwa.
Nie czułam najmniejszego ciężaru ciała. Stan mój zaczął mi się wydawać normalnym, zdziwienie zupełnie ustępowało. Nie wiem czy moja własna myśl, żeby oddalić się z tego miejsca, pociągnęła mnie w stronę drzwi – dość, że niebawem zupełnie lekko przesunęłam się przez ścianę i posuwałam się ponad ogrodem w stronę pól. Było mi bardzo dobrze, swobodnie i spokój zaczął mnie otaczać; straciłam sprzed oczu obraz swojego ciała, leżącego w pokoju a całą uwagę moją pochłonęła obserwacja mojego dziwnego, unoszenia się. Płynęłam właśnie w stronę niewielkiej wierzbiny, przyciągana widocznie jej siłą magnetyczną. Płynąc tak nad nią zauważyłam, że na wierzchołku każdego z drzew, nad któremi przepłynęłam, zostały jakieś małe, mleczno białe, okrągławe strzępki. Miałam wrażenie , jakby jakaś szata na mnie się rwała. Zaledwie jednak minęłam wierzbinę, zauważyłam, że wszystkie owe strzępki odłączyły się lekko od drzew, skupiając się znów naokoło mnie. Czułam, że jestem znów całą. Była to widocznie magnetyczna teleplazma mego fluidalnego ciała.
Po chwili zauważyłam koło siebie prześliczną postać o rysach człowieka; ujrzałam ją z profilu, płynęła tuz obok mnie. Cała postać była jakby zawoalowana białym, przeźroczystym tiulem. Zanim się spostrzegłam, biały ten, pogodny duch przytulił mnie prawą ręka lekko do siebie, czyniąc to widocznie dlatego, bym mogła z nim płynąć bez jakiejkolwiek obawy, że natknę się znów na jakąś przeszkodę.
Płynęliśmy w górę. Świat ten, powoli znikał mi całkiem z oczu a tymczasem ten dobry duch zaczął mi mówić o wiecznem życiu, o miłości Boga, o Jego nieskończonej dobroci. W związku z przyczyną, która wywołała moje omdlenie, pocieszał mię iż Bóg jest wszędzie i że mogę się do Niego modlić na każdem miejscu, a najlepiej właśnie na łonie cichej przyrody; pouczał mnie jak mam żyć na ziemi i objaśniał, że na drodze mego ziemskiego życia jest rozsianych jeszcze wiele cierni, a to rozsianych nie tyle z mojej własnej winy, ile przez złe siły, prześladujące mnie z własnej swej złej woli za moją wiarę i objawianie otoczenia , iż niema śmierci, bo ona jest tylko przejściem z życia do życia i za wiele jeszcze innych spraw- za głoszenie prawd, niezgodnych czy to z dogmatami religii, czy też teoriami, lub twierdzeniami wiedzy oficjalnej. Mówił, że będę jeszcze musiała przejść wielkie prześladowania i niezrozumienie przez tych , wśród których wypadnie mi przebywać.
Wiele z tego co mi powiedział sprawdziło się co do joty, a reszta się pewnie sprawdzi w dalszem mem życiu. Powiedział także , że mnie nie opuści nigdy. I Istotnie, minęło od tego czasu już przeszło 20 lat, a ja zawsze mogłam i mogę go widzieć i rozmawiać z nim kiedy tylko tego zapragnę; zawsze teź pociesza mię i udziela mi potrzebnych wskazówek i rad, które w ciągu już przeszło 20 lat nie zawiodły.
I od tego czasu Agni miała kontakt duchowy ze swoim Opiekunem, którego obecność czuła obok siebie ile razy tego potrzebowała. Ciekawy był tez sposób przekazywania informacji przez Opiekuna przy pomocy „automatycznego pisania”. Kiedy ręka Agni zaczynała drżeć brała ona do ręki ołówek lub pióro i przykładała go do papieru. Zacytujmy tutaj znowu Agni:
„Lecz w tej chwili ręka moja zaczęła pisać. Myśli snuły się tak szybko, że pióro z trudem chwytało je na papier. Wiedziałam zawsze naprzód jakie są dwie, trzy pierwsze myśli, które mają być napisane; lecz kiedy zostały już napisane a płynęły nowe, zatracałam zupełnie pamięć poprzednich. Pisałam tak długo, aż pióro samo zostało odłożone, nieomal wypadło z ręki.”
Widzenia Agni
W czasie normalnych zajęć Agni miewała widzenia, które potem spełniały się.
Na przykład :w czasie I wojny światowej Agni podróżując pociągiem siedziała w wagonie naprzeciw zdrowego, uśmiechniętego człowieka a tymczasem (w oczach Agni) twarz jego zmieniała się. Widziała jak krew ścieka po jego skroni a on pada nieżywy. W niedługi czas potem Ani dowiedziała się, że człowiek ten „poległ na polu chwały”. A takich przypadków było w widzeniach Agni mnóstwo..
Inny przykład, choć przydługi, należy zacytować w całości aby oddać moc jasnowidzenia i chęci pomocy:
„Pamiętam jeszcze, jak tuż przed ukończeniem wojny światowej (pierwszej –FD), przyszła do mnie pani W., której jedynak był na włoskim froncie. Znając mnie od lat dziecinnych wiedząc o moich zdolnościach jasnowidzenia, przyszła do mnie stroskana z zamiarem dowiedzenia się ode mnie czegoś o swoim synu, od którego już od dłuższego czasu nie otrzymała żadnej wiadomości.
Popatrzyłam za nim i zobaczyłam go w pierwszej linii bojowej w toku walki. W stanie podgorączkowym właśnie co schronił się do głębszej szczeliny skalnej. Wyczuwałam wiedziałam jasno, że w to miejsce, w którem on się w danej chwili znajdował, spadnie niebawem granat. Odłączyłam się więc pospiesznie od ciała i duchem spieszyłam mu z pomocą. Szrapnele, granaty i inne pociski przelatywały przez moje ciało astralne wywołując za każdym razem dziwne szarpnięcie w niem niezliczone mnóstwo silniejszych i słabszych szarpnięć. Miałam wrażenie, że w mojem ciele astralnem są jakieś podłoża, łączące się z trzaskiem pocisków armatnich.
Były to przykre chwile, lecz znów nie takie, bym w nich zapomniała, że syn pani W. jest w niebezpieczeństwie. Już byłam blisko niego. Wyciągnęłam swoje dłonie w jego stronę wołając: „wyjdź, wyjdź stąd, uciekaj!”. Myśl moja zatrzęsła nim. Odczuł moje wołanie – wyjdź, wyjdź stamtąd – zawołałam raz i drugi. W oczach jego zaczął się malować gorączkowy lęk. Wyszedł na czworakach i w tej pozycji wlókł się po ziemi kilkanaście metrów. Zaledwie oddalił się parę kroków, padł granat w szczelinę, w której poprzednio siedział. Obejrzał się. Ciałem jego wstrząsnął skurcz. Po twarzy płynęły mu łzy wzruszenia; dziękowała Bogu za ocalenie. Jego wzruszenie i mnie się udzieliło tak, że gdy się do ciała przyłączyłam, miałam również łzy w oczach.
Tymczasem matka jego, drżąc cała tuliła mnie do siebie zapytując czy syn jej żyje. Tak, żyje - odpowiedziałam – właśnie teraz odciągnęłam go z miejsca w które padł pocisk armatni. Opowie pani o tem, gdy powróci do domu, a powróci niedługo.
W kilka dni później znów przyszła do mnie, zapytując ponownie, gdzie się w danej chwili jej syn znajduje. Popatrzyłam. Jechał właśnie pociągiem. Drzemał przy oknie. Opowiedziałam matce, że jedzie do domu na urlop. Rozmawiałyśmy chwilkę ale nagle odczułam niepokój tak, jakbym miała gdzieś pobiec i ostrzec kogoś przed niebezpieczeństwem. Nie potrafiłam już dalej rozmawiać. Chciałam strząść z siebie ten niepokój, ale jednak położyłam rękę na oczy i dojrzałam powód owego niepokoju: Oto pierwszy wagon za lokomotywa płonął, a płomienie rozszerzały się. Pociąg jechał dalej.
I znów znalazłam się w wagonie przy śpiącym synu i budziłam go ze snu, by prędko wyszedł do ostatniego wagonu. I wyszedł. Za chwilę pociąg stanął ale już też i ten wagon płonął, w którym on poprzednio spał.
Gdy następnego dnia wrócił do domu już późnym wieczorem, przyszedł razem z matką do mnie i jeszcze raz opowiadał słowo w słowo o swoich przeżyciach, o których już poprzednio jego matce opowiadałam.
Agnieszka Pilchowa na przeszklonej werandzie Sfinksa
Znacznie więcej Jasnowidzeń Agnieszka opisuje w swoich „Pamiętnikach Jasnowidzącej’ wydanej przez wiślańskie wydawnictwo „Hejnał” w 1930 roku. Niezwykłe a zarazem tragiczne wydarzenia zawarte są we wspomnieniach Janki pisanych już po wojnie w listach do swojej siostry Agnieszki a przytaczane przez wnuczkę Agni:
„To była częsta scena w czasie Drugiej Wojny Światowej; moja matka nagle przerywała to co robiła, zamykała oczy i mówiła <Iksiński tu jest. Właśnie zmarł. Napisz do jego rodziny>. I dalej następowały szczegóły dotyczące okoliczności śmierci i miejsca, w którym znajdowało się ciało. Większość tych ludzi była czytelnikami naszego pisma, znanymi lub nieznanymi, którzy widzieli w nim pośrednika miedzy tymi dwoma światami. Kiedy umierali z dala od swojego domu, zawsze zjawiali się u mojej matki, aby przekazać ostatnią wiadomość.
Dom wydawał się ich pełen. W salonie – gdzie za życia zwykle radzili się mojej mamy – nie można już było usiąść w fotelu, nie czując przy tym czyjejś obecności. Ciągnęli mnie za warkocze, powietrze zdawało się być pełne szeptów, więc przyzwyczaiłam się zawsze mówić <dzień dobry> i <dobry wieczór> pustemu salonowi. Na ich prośbę napisałam wiele listów. (…).
Uzdrawianie
Wspomnienia o Agnieszce Pilchowej mówią, że oprócz jasnowidzenia miała ona również zdolności leczenia ludzi. Zdolności te nabyła (wg swoich wspomnień) w sposób opisany poniżej.
Podczas obrazów niedoli ludzkiej, które przetaczały się nieomal nieustannie przed jej oczyma, prosiła wielokrotnie Boga, by wskazał jej co ma czynić aby nieść pomoc tym nieszczęśliwym ludziom. Jej duch opiekuńczy wysłuchał jej pragnień i kiedy Agni ułożyła się do snu, duch opiekuńczy zbliżył się do niej lecz w towarzystwie drugiego ducha również bardzo miłego. Opiekun lekkim podniesieniem ręki pożegnał ją i oddalił się . A ten drugi zbliżył się do niej, położył swoja dłoń na jej prawym ramieniu i tak się odezwał:
„W ostatniem mojem życiu byłem lekarzem we Francji i moim celem jest pomagać nadal ludziom, tem bardziej, że teraz więcej wiem niżeli wiedziałem za życia na ziemi. Byś jednak nie zapomniała mych wskazówek, o co właściwie przyprowadzono mnie do ciebie to wstań, weź ołówek do ręki i skreślij sobie moje myśli na papierze, gdyż przeżycia w sferze snu w ciągu nocy mogłyby ci je zatrzeć.”
Agni wstała, gdyż ręka już lekko zadrżała i samorzutnie chwyciwszy za ołówek zaczęła pisać słowa, które umawiały ducha na codzienne, wieczorne wizyty.
I rzeczywiście, co wieczór duch lekarz zaczął robić Agnieszce wykłady z anatomii ludzkiego ciała, z analizy stanów chorobowych i sposobów leczenia poszczególnych chorób. Wszystkie te wykłady obrazował jej na ekranie, który pozwalał Agnieszce lepiej poznać istotę wykładu. Wykłady ducha lekarza trwały około 3 miesięcy. I, jak mówią źródła, do Agni zwracało się dużo osób chorych z prośbą o wyleczenie a ona wykorzystując swoje zdolności magnetyzowania (były to najprawdopodobniej zdolności bioenergoterapeutyczne) oraz znajomości leczących własności ziół, pomogła wielu osobom. Leczenia podejmowała się bezinteresownie choć niektóre źródła mówią, że pod koniec życia zaczęła robić to nie bezpłatnie co odbiło się na częściowej utracie jej zdolności leczniczych.
Jeden z licznych przypadków leczenia nawet na odległość cytuje Anna Szatkowska, która opisała przypadek błyskawicznego uzdrowienia swojego brata: Witold miał jechać do Warszawy na egzamin wstępny do Gimnazjum im. Stefana Batorego. Ale w przeddzień wyjazdu pojawiła mu się na twarzy okropna egzema, z której lała się żółta ciecz, i nic na to nie pomagało. Babcia, bezradna, skontaktowała się z Pilchową, która obiecała coś poradzić na odległość. Prosiła, by po południu Witold siedział spokojnie na kanapie przez dwie godziny. Wieczorem egzema przyschła, a nazajutrz nie było po niej śladu!
Reinkarnacja
Osobą, która miała od swoich młodych lat kontakt z Agnieszką Pilchową był znany autorytet Stanisław Hadyna – twórca i późniejszy wieloletni dyrektor Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Mieszkając w młodości po stronie Czechosłowackiej, przekraczał często zieloną granicę i przychodził do Wisły aby w „Sfinksie” spotykać się i rozmawiać z Agnieszką. Ich kontakty były częstsze kiedy Hadynowie wybudowali na Jarzębatej, niedaleko „Sfinksa” domek letniskowy i Stanisław Hadyna spędzał tam wakacje. Wspomnieniom tych spotkań i rozważań na ten temat poświęcił książkę „Przez okna czasu” wydanej w Krakowie w 1993 roku (jeden egzemplarz jest dostępny w Bibliotece Miejskiej w Wiśle).
Agni, oprócz opisanych wyżej zdolności pamiętała swoje poprzednie wcielenia. O jednym, jakże ważnym opowiedziała w czasie rozmowy Stanisławowi Hadynie:
Pochodziłam z bogatej rodziny żydowskiej, byłam bardzo ładna, umiałam pięknie tańczyć. Ale rodzina wyrzekła się mnie bo zakochałam się w pewnym młodym Rzymianinie. A jednak wśród jego gorących pocałunków i zapewnień o miłości czułam jakąś pustkę i niedosyt. Może to co nazywałam miłością , miłością nie było tylko sympatią, pożądaniem. Samotność przynosiła mi ulgę. Mój Rzymianin nie mógł mnie zrozumieć.
(….) Już wówczas dochodziły nas wieści o Jezusie. O pięknym tajemniczym Nazarejczyku. Mówiono, że ma piękny i miły głos ale silny jak dzwon gdy trzeba coś podkreślić. Nie jest z nikim związany, z żadną kobietą, wolny, dla wszystkich jednakowo dobry, choć dla faryzeuszów surowy. Chorym przywraca zdrowie, bierze na ręce dzieci, mówi pięknie o jakimś królestwie, otwartym dla tych co mają serca czyste i są spragnieni sprawiedliwości i spokoju. Chciałam go koniecznie zobaczyć. (…)
Suraya (bo tak miała na imię) ubrała się odświętnie i koniecznie chciał przed nim zatańczyć ale jego uczniowie nie dopuścili jej do Jezusa. Zmartwiona Suraya siadła na kamieniu pod drzewem i czekała na coś… (…). I wtedy, jak przez mgłę, zobaczyłam Go idącego cicho nad brzeg. Biała, jakby płynąca w powietrzu postać.
Krok mojego Rzymianina był zawsze twardy i stanowczy, przybijał butami w ziemię, jakby słupy wbijał, jakby maszerował przed imperatorem. A Ten jakby płynął w powietrzu. Stanął potem nad brzegiem i patrzył przed siebie, zdawało mi się, że cicho coś szepce, ale może to był szmer fali uderzającej o brzeg. Może się modlił. Patrzyłam na niego jak urzeczona i mimo woli zaczęłam zrzucać z siebie ozdoby, węża, pierścienie, perły. On tymczasem odwrócił się, zrobił kilka kroków i stanął przede mną. Powiedział cichym melodyjnym głosem jedno tylko słowo: SZALOM.
Odpowiedziałam cicho ni stąd, ni zowąd, jak w świątyni…
- „BARUH HABA BESZEM ADONAJ”.
(Błogosławiony, który idzie w imię Pana).
I wstałam. Coś pękło. Odmieniło się. Jakbym zmartwychwstała. Jakbym odwaliła kamień grobowy. Wszystko było dla mnie radością i pokojem. (…)
Słowa wypowiedziane zostały przez Agni w języku hebrajskim a przecież ona nigdy w obecnym życiu nie miała kontaktu z tym językiem – jej wykształcenie to zaledwie kilka klas w szkole czeskiej. Zatem cytaty z języka hebrajskiego potwierdzały w jakiś sposób, że wspomnienia Agni rzeczywiście pochodziły „ z tamtego jej życia”.
Z postaciami, z którymi spotykała się dwa tysiące lat temu Agni spotkała się w ich nowych wcieleniach w obecnym życiu. Ówczesny Rzymianin to Inspektor (jak go nazywała Agni), który wiele razy odwiedzał dom Pilchów wykazując do niej wielkie uczucie miłości aż do planów uprowadzenia jej z domu rodzinnego. Agni spotkała też ciotkę i kuzyna z którymi wychowywała się „w tamtym życiu”.
W Zeszycie 8-9 „Hejnału’ – Miesięcznika Wiedzy Duchowej Agni przytacza bardzo szczegółowe spotkanie z 4-letnią dziewczynką, która kiedyś odwiedziła jej dom i bardzo szeroko opowiedziała jej fragmenty ze swojego poprzedniego życia, kiedy jako żona męża-pijaka i matka trojga dzieci mieszkała w Tarnowie. W opowiadaniu swym przytaczała takie szczegóły i używała takiego słownictwa z którym 4-letnia dziewczynka nie mogła mieć wcześniej do czynienia – uwiarygodniało to jej wspomnienia z „tamtego życia”.
Jak pisze Agni w swoich pamiętnikach, miała ona zdolność „spojrzenia” każdemu człowiekowi w jego przeszłe życie ale nie wykorzystywała tych możliwości gdyż w wielu przypadkach widziała bardzo przykre rzeczy.
Agnieszka i Jan Pilch z córką Agnieszką – Wisła, lata 30-te ub. wieku
Przewidywanie wojny
Jak pisze Stanisław Hadyna cytując zapiski swojego stryja Jana Hadyny, ten ostatni notował jasnowidzenia Agni – a było to w roku 1934. Niech zacytuję fragmenty tych zapisanych słów Agnieszki:
(…) Widzę zadrutowane ogromne kraje pełne nienawiści i palących się trupów. Dymu piekielnych palenisk zasłaniają niebo. Losy ludzkości się ważą (…)
(…) Tysiące wampirów, które powstały z pomordowanych w rewolucji bolszewickiej ludzi, pełnych rządzy odwetu i nienawiści znalazło w Niemczech Hitlera i podjudza go do uderzenia na stalinowską Rosję.
Widzę swastykę toczącą się na wschód, która chce zmiażdżyć w mściwej satysfakcji niewolnicze państwo pentagramu (pentagram – gwiazda pięcioramienna – FD).
Dwaj zbrodniarze ludzkości chwycą się za bary- hordami swych niewolników i masą swej broni, a ziemia zadrży pod ich stopami. (…). Pamiętajmy, że był to rok 1934, kiedy jeszcze nikt nie miał pojęcia, że za kilka lat Niemcy rzeczywiście zaatakują Związek Radziecki.
Agnieszka Pilch wypowiedziała się również na temat zakończenia wojny. Przewidziała również wybór Polaka na papieża. Kiedyś, w obecności Jana Hadyny i literatki Marii Szpyrkównej przedstawiła w I połowie 1939 taką wizję, którą Maria Szpyrkówna ubrała w słowa wierszowane i która krążyła potem jako „Przepowiednia z Tęgoborzy”. Przepowiednia ta, której fragmenty przytaczam poniżej sprawdziła się w zasadniczych fragmentach nieomal dokładnie:
Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi,
Skrzydła rozłoży złowieszcze –
Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi,
Siła przed prawem jest jeszcze
Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje,
Gdy oczy na wschód obróci,
Krzyżackie szerząc swoje obyczaj,
Z złamanym skrzydłem powróci.
Krzyż splugawiony razem z młotem padnie,
Zaborcom nic nie zostanie.
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A w Gdańsku port nasz powstanie.
Złamana siła mącicieli świata
Tym razem będzie na wieki.
Rękę wyciągnie brat do swego brata,
Wróg w kraj odejdzie daleki.
(..)
Trzy rzeki świata dadzą trzy korony
Pomazańcowi z Krakowa,
Cztery na krańcach sojusznicze strony
Przysięgi złożą mu słowa
Dla uzupełnienia przepowiedni wojennych należy przytoczyć rozmowę Agni ze Stanisławem Hadyną – ich ostatnie spotkanie miało miejsce zimą 1940 roku.
„Pytałem, co będzie? Zakryła ręką oczy. Zaczęła płakać. Nie mówiła nic. Drżała. Nie chciałem przeszkadzać . Milczałem. Po chwili jednak powiedziała cicho:
- To wszystko jest okropne. Palą ludzi w piecach. Całe pociągi. Tysiące. Dymy zakrywają niebo. Pędzą ich tysiącami przez śniegi, lasy, za druty obozów. Strzelają. Doły pełne trupów.
- Kto, gdzie? – czułem, że miesza jakieś dwa obrazy różne.
- Jedni mają błyskawice na mundurach… inni czerwone gwiazdy, ale znaki są bez znaczenia Jedni i drudzy są emanacją zła.
- Jaki będzie wynik tej wojny?
- Zło wraca złem, musi się wzajemnie pożreć.
Tu powtórzyła dawniejszą przepowiednię, zapisaną w roku 1934 przez stryja, o miażdżącym ruchu swastyki na wschód i starciu z pentagramem.
- Wojna niemiecko-sowiecka/ – to nonsens. Coś się pani przywidziało. Niemcy Hitlera i Rosja Stalina to sojusznicy. Razem rozebrali Polskę i nie zamierzają się bić ze sobą. Był przecież pakt Ribbentrop-Mołotow.
- Mówię, co widzę – powiedziała z cichym uporem
- To jakieś nieporozumienie. 6 października 1939 Hitler wygłosił w Reichstagu mowę potwierdzającą sojusz niemiecko-sowiecki.
Na dowód prawdy pokazałem jej wycinek gazety niemieckiej z mową Fűhrera (tłum.);
„Zawarty tymczasem pakt między Niemcami a Rosja Sowiecką o przyjaźni i wspólnych interesach umożliwi obydwu państwom nie tylko pokój, ale szczęśliwą i długotrwałą współpracą”
A potem fragment dotyczący Polski (tłum.);
„Dlaczegóż miałaby się ta wojna toczyć nadal? Do odbudowania Polski? Polska traktatu wersalskiego nigdy nie powstanie. Gwarantują to dwa największe państwa na ziemi”.
- I co pani na to?
Spojrzała na mnie bezradnie swymi ogromnymi niebieskimi oczyma i powiedziała:
- Ja sama tego nie rozumiem, ale klisze astralne mówią o strasznej wojnie właśnie między tymi dwoma państwami, spod znaku swastyki i czerwonej gwiazdy. Będą miliony ofiar.
- A kto zwycięży? – zapytałem bez przekonania
- Pentagram człowieka – odpowiedziała
Na stole leżał „Vőlkischer Beobechte”r z fotografią Bramy Brandenburskiej na pierwszej stronie. Wpatrywała się w tę stronę intensywnie, dotknęła jej palcem, potem przysłoniła oczy i zmienionym głosem znów zaczęła mówić:
- Widzę żołnierzy z czerwonymi gwiazdami na czapkach, którzy wieszają na szczycie kolumnowej bramy czerwony sztandar…wszędzie gruzy, zniszczenie…dym…białe prześcieradła zwisają z okien, żołnierze sowieccy wbiegają na schody jakiegoś gmachu… piszą coś po rosyjsku na ścianach…
- A Polska? – zapytałem aby cokolwiek powiedzieć
- Widzę polską flagę na wysokiej kolumnie za tą bramą…
- Siegessäule?
- Nie wiem jak się ta kolumna nazywa. Stoi na tej samej alei co brama … ale dalej…
- Czy była pani kiedyś w Berlinie?
- Nie – odpowiedziała sennie, marginesowo
- I to koniec wojny?
Pokręciła głową…
- Nie
- Co w takim razie? – zapytałem, siląc się na powagę, choć zbierał mnie śmiech, ale nie chciałem jej obrazić
- Widzę wielką mapę sztabową… widzę wbite szpilkami chorągiewki… Tak oni… To jest wojna…
- Jakie chorągiewki?
- Amerykańskie i japońskie. Tak… – powtórzyła i jakby chciała coś bliżej dojrzeć, z zamkniętymi oczyma pochyliła się nad stołem, jakby tam właśnie leżała ta mapa sztabowa. Ale na stole prócz obrusa nic nie było.
- Co tez pani mówi? – nie wytrzymałem. – Wojna japońsko-amerykańska ma zakończyć wojnę polsko-niemiecką? Przecież to absurd. Co czy ktoś panią zwodzi. Żartuje.
Nie zwróciła uwagi na mój przytyk. Robiła wrażenie, że wciąż wpatruje się w coś z zamkniętymi oczyma. Zmarszczyła czoło.
- Nie rozumiem co to jest? Coś okropnego… jakiś straszliwy g r z y b zrodzony z chmur oślepiających, rośnie pod niebo. Gdzie to jest? Co to jest?… o Boże….- jęknęła i nagle otwarła szeroko oczy, jakby uciekając od tego widoku.
- To niemożliwe – szepnęła – oni mnie mamią….
- Kto?
- Lemury… podsuwają obrazy końca świata… Ale to niemożliwe!
Jak widać z powyższego dialogu ze Stanisławem Hadyną Agni przewidziała nie tylko zdobycie Berlina ale i zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.
Sława Agni po za Wisłą
Agnieszka Pilch, jak się uważa, sięgała daleko po za Wisłę a nawet Polskę. W swojej młodości, kiedy sława jej jasnowidzenia rozeszła się po okolicznych krajach dostała kilkukrotną propozycje prezydenta Czechosłowacji Masaryka o przeniesienie się do Pragi – Agni zrezygnowała jednak z tej propozycji.
Jednym z pacjentów Agnieszki był wicewojewoda śląski – dr Saloni, któremu miała skutecznie pomóc jak wspominała Zofia Kossak – częsty gość w Sfinksie. Zofia Kossak przyczyniła się do wzrostu popularności Agnieszki przez prowadzone z nią audycje radiowe.
Agni była natomiast kilkakrotnie zapraszana przez Marszałka Piłsudzkiego do Belwederu o czym wspominała pani Zofia Iłłakowiczówna. W jakim celu tam jeździła Agnieszka nie wiadomo. Mogły to być problemy zdrowia Marszałka i poszukiwanie niekonwencjonalnych metod leczenia albo chęć uzyskania informacji od Jasnowidzącej, której nie mógł dostarczyć wywiad ani kontrwywiad. Jak mówią niektóre źródła, w czasie wojny była wzywana do kwatery Hitlera w Kętrzynie gdzie najprawdopodobniej przepowiedziała mu klęskę wojny.
Jasnowidząca a kościół
Agnieszka, jak pisze w swoich wspomnieniach, nie była lubiana przez kościół. Opisuje zdarzenie, kiedy to pewnego dnia ksiądz z „odpowiednio nastawioną” grupą dzieci i kobiet obrzuciły jej dom śmieciami, kamieniami itp. wyzywając ja przy tym. Ksiądz wszedł do mieszkania i modląc się kropił mieszkanie wodą święcona aż mu jej brakło. Agnieszka przyjęła ten fakt ze spokojem a nawet poczęstowała dzieci świeżo upieczonymi pączkami co u wielu wywołało konsternację.
Ciekawy fakt zdarzył się kilka lat temu, kiedy zacząłem interesować się tematem Jasnowidzącej i szukałem materiałów (szczególnie wśród mieszkańców Jarzębatej). Pewnego dnia, jeden z moich pracowników przyniósł mi szczelnie zapakowany plik wydawnictw „Hejnał” prosząc o dyskrecję i oddanie mu po skorzystaniu (ew. skopiowaniu) z nich. Zaciekawiła mnie ta dziwna tajemniczość i obawa ale nie dociekałem jej przyczyny. Podobno Agni była wśród niektórych miejscowych uznana za czarownicę.
Spirytyzm
W swojej młodości, Agnieszka słysząc o seansach spirytystycznych (które wówczas były modne) wzięła udział w kilku z nich. Ponieważ była obdarzona zdolnościami jasnowidzenia, widziała więcej niż inne media i inni uczestnicy spotkania. Jak pisze Agnieszka:
„Po takim seansie jedno z mediów, kobieta w średnim wieku, wzięła sobie za zadanie ukarać mnie jeszcze od siebie i zwymyślała mnie wobec wszystkich, którzy się tam znajdowali, a niejedni z nich widzieli mię może po raz pierwszy w obecnem życiu:
- Znam twoja rodzinę, lubi się dobrze bawić, dobrze papać, dobrze się mieć. Bracia twoi znani są z tego, że gorliwie uczęszczają na różne zabawy i używają życia! Jabłko od jabłoni daleko nie padnie. Widzisz, u nas ukryć nic nie można; tu żaden teatr, nie będziesz odgrywała między nami roli, jaka ci się spodoba!”
Agnieszka bardzo przeżywała te oszczerstwa i postanowiła więcej nie brać udziału w seansach spirytystycznych.
Zakończenie
Agnieszka miała pięcioro dzieci, najmłodsze zmarło w kilka dni po urodzeniu. Z pierwszego małżeństwa przeżył syn Stach i córka Anita, z drugiego dwie córki Janka i Agnieszka.
18 letni Stach, choć zupełnie nie przygotowany teoretycznie uzdolniony był plastycznie. Jego talent w tym wieku przekraczał daleko ramy zwykłego artyzmu.
Średnia córka Janka, już jako14 letnia dziewczynka zaczęła pisać wiersze i nowelki i tym samym była współpracowniczką „Hejnału”. Dwie inne córki – najstarsza i najmłodsza – nie miały okazji do przejawiania swych uzdolnień medialnych. Wojna światowa zlikwidowała wszystkie czasopisma w języku polskim a więc i „Hejnał”, a tym samym zerwano łączność z współpracownikami i czytelnikami. Okupant likwidując placówki polskiej prasy rekwirował polski materiał książkowy na makulaturę. Z redakcji „Hejnału” wywieziono wówczas dwie fury książek i miesięczników.
Ostatni „rozdział’ rodziny Pilchów opisuje mąż Agnieszki, Jan Pilch:
”Do katastrofy (aresztowania Agni, Janki i mnie) przyczynił się syn Stach. Podczas okupacji przekraczał kilkakrotnie nielegalnie granicę Guberni i Reichu do Wisły. Jeden z jego „leśnych” kolegów został przez gestapo postrzelony i ranny wzięty na spytki. Tam zdradził Stacha , że zatrzymywał się u nas i u Mitręgów na Kamiennym, a tymczasem wsypał nas niepotrzebnie. (…) Następstwem były rewizje. Dnia 27 listopada 1943 roku aresztowano mnie z żoną, a kilka tygodni później ukrywającą się córkę Jankę. Trzymano nas miesiąc w Cieszynie, a następnie do kwietnia 1944 r w Mysłowicach. Stamtąd żonę wywieziono do obozu koncentracyjnego w Ravensbruck, mnie do obozu Sachsenhausen k. Berlina.
Według relacji więźniarek, przebywających z żoną po powrocie z obozu opowiadały, że po dłuższym spokoju w obozie, w dniu 4 stycznia 1945 roku wywołano 5 więźniarek, między nimi Agnię i od tego czasu zaginął wszelki ślad po niej. Więźniarki opowiadały, że takie wywoływane więźniarki szły na śmierć. Była to tam pono po dłuższym czasie ostatnia egzekucja.
Janowi Pilchowi i Jance udało się przeżyć pobyt w obozie koncentracyjnym. i wrócili do domu we wrześniu 1945 r. Wojnę przeżyli też córki Anita i Agnieszka oraz Stach.
Czy Agni, jako jasnowidząca wiedziała co ją spotka? Już kilka tygodni przed śmiercią zapowiedziała wobec innych więźniarek swoje „wyzwolenie” na dzień 4 stycznia 1945 r.
Stach wyjechał zaraz po skończonych działaniach wojennych do Anglii a stamtąd do Brazylii, gdzie założył własne ognisko domowe. Janka po powrocie z obozu ze zniszczonym zdrowiem, wyszła za mąż per procura za kolegę obozowego ojca i w kilka lat później też wyjechała do Brazylii gdzie dalej pisała wiersze i opowiadania.
Jeden z najstarszych Wiślan, który uczęszczał z Janką do szkoły, utrzymywał z nią przez cały czas kontakt listowny – niestety – kilka lat temu kontakt ten się urwał.
Najstarsza córka Agni Anita wyszła za mąż za pastora Franka i przeniosła się do domu parafialnego w centrum Wisły a „Sfinks” sprzedano w 1985 r. jednemu z mikołowskich zakładów pracy jako pensjonat.
Dzieci Agni P. – od lewej, Agnieszka (moja mama), Stach i Janka – Brazylia, 1985
Historia życia i działalności Agnieszki Pilchowej wydaje się przeciętnemu śmiertelnikowi nieprawdopodobna ale jest ona potwierdzona liczną literaturą i relacjami naocznych świadków.
Literatura:
- Stanisław Hadyna „Przez okna czasu”
- Stanisław Hadyna „Droga do hymnu”
- Tow. Miłośników Wisły „Wisła Julianowi Ochorowiczowi” -2001 r.
- Monografia Wisły – tom III
- Julian Ochorowicz „Zjawiska mediumiczne”
- Leszek Matela „Ezoterycy z Wisły”
- Agnieszka Pilch „Pamiętniki Jasnowidzącej”
- Miesięczniki Wiedzy Duchowej „Hejnał”
- Andrzej Augustynek „Julian Ochorowicz (1850-1917)- prekursorem psychologii klinicznej i hipnozy eksperymentalnej”.
- Joanna Furgała-Jureczka „Historie zwyczajne i nadzwyczajne”
- Alicja Łukawska – „Czwarty wymiar ”
- Iwona Bartuszek – „Czwarty wymiar 10/2010
- materiały archiwalne p. Jerzego Ślósarczyka
- materiały archiwalne autora
- materiały z internetu
Zdjęcia: Archiwum Jarzębiny

Facebook
Zwierzolubni