Ostatnia, sentymentalna podróż z Orbisem

Orbis po łacinie znaczy świat. Kilkadziesiąt lat temu, po ukończeniu szkoły hotelarskiej, wybrałam pracę w orbisowskich hotelach świadomie. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Polska nie miała zbyt wielu okien na świat otwartych dla przeciętnych ludzi. Na dobrą sprawę, bez wstąpienia do partii a może i bez innych, tym podobnych poczynań, nieznanych mi w owym czasie, niewiele miało się szans na wychylenie nosa z naszego PRL-owskiego zaścianka.

Moją opinię potwierdza Pani Aurelia Ożarowska, która w Orbisie przepracowała całe swoje życie zawodowe.  Dzisiaj Pani Aurelia liczy sobie około 97 wiosen, dokładnej daty urodzenia w przypadku kobiety nie wypada mi zaznaczać.  Z jej opowieści wynika, że lata siedemdziesiąte niewiele się różniły pod tym względem od lat trzydziestych ubiegłego wieku…….

Na rozmowę z Panią Aurelią zaprosiła mnie jej kuzynka a moja koleżanka. Muszę przyznać, że na spotkaniu byłam pod ogromnym wrażeniem…chyba zbytnio nie oszukam, jeśli powiem, że wszystkiego.  Nie dosyć, że na przeciwko mnie siedział naoczny świadek  historii organizacji, która była bliska mojemu sercu,  to „twarzą w twarz”  miałam przyjemność obcować z uroczą kobietą, której pamięć, pomimo standardów dotyczących wieku, nie zawiodła i zarówno o Orbisie jak i o swoim życiu prywatnym,  przeplatającym się z życiem zawodowym, opowiadała z wielką swadą  i humorem, którego tylko można pozazdrościć….Tragedie i radości, które stały się jej udziałem, lata wojny i związana z nimi śmierć najbliższych osób, radosne, chociaż trudne młode lata przedwojenne i te dojrzałe powojenne znajdowały w opowieściach odzwierciedlenie na wyrazistej  twarzy kobiety i w oczach, które mówiły więcej niż usta.

Ale po kolei czyli –  stare i  dobre początki  Orbisu, lata trzydzieste, kiedy to organizacja rozkręciła się na dobre.  Dla przypomnienia – Polskie Biuro Podróży Orbis powstało we Lwowie w 1920 roku. Po 13-stu latach działalności tj. w 1933 roku  siedziba spółki została przeniesiona do Warszawy,  na ulicę Bracką 16, gdzie  rozpoczęła się zawodowa podróż Pani Aurelii.

- O! To idzie ta z Orbisu…..

powyższy komentarz mijanych przechodniów dobiegał przez wiele lat do uszu mojej rozmówczyni. Mogę się tylko domyślać, co oznaczała przed wojną i w  powojennych, stalinowskich czasach, a potem już w znanym mi okresie „żelaznej kurtyny” przynależność do organizacji, z której wiało zgniłym zachodem.  Jak by nie patrzeć w pewnym sensie elita, tylko poza układem.

Znalezienie pracy w tamtych latach było nie lada wyczynem. Liczyły się przede wszystkim znajomości. W 1934 roku, po ukończeniu Instytutu  Studiów Handlowych i Orientalistycznych, Pani Lusia  (tak zdrobniale nazywa Panią Aurelię rodzina i znajomi)  dostała się na  trzymiesięczny,  bezpłatny staż w  Biurze Podróży Orbis. Pracę rozpoczęła w jednym z warszawskich oddziałów,  znajdującym się w dzielnicy żydowskiej  przy ulicy Nalewki. Pracy w tymże oddziale było co niemiara, gdyż zamożni, warszawscy Żydzi w piątek po południu udawali się gromadnie na szabes do Otwocka, aby zaczerpnąć świeżego powietrza, dobrze robiącego na płuca po warszawskich spalinach. Orbis na Nalewkach organizował im wyjazdy,  sprzedawał bilety i zapewniał dogodne dotarcie na miejsce. W stolicy  najwięcej biletów na wycieczki po kraju i za granicę  sprzedawało biuro podróży przy ulicy Brackiej, gdzie mieści się do dziś, chociaż już biletów nie sprzedaje, pozostając w okresie likwidacji.  Dokładniej rzecz biorąc, gdzie działało do końca września bieżącego roku Orbis Travel, a jeszcze dokładniej  – do 29 września br., kiedy to Zarząd Spółki niespodziewanie ogłosił jej upadłość.

W kasach kolejowych na  Brackiej zawsze wrzało jak w ulu. Ja sama niejednokrotnie prosiłam o pomoc pracujące tam koleżanki, żeby nie tracić cennego czasu  w długich kolejkach i „zostać załatwioną” poza kolejnością.  Obsługa była sprawna, szybka i profesjonalna, pomimo to a może właśnie dlatego istniał ten ul.   Aby załatwić przejazd służbowy dla pracowników siostrzanej, hotelowej firmy, w której pracowałam,  wystarczyło wykonać jeden telefon do koleżanki. Po prostu bajka.

Po ukończeniu krótkiego stażu na Nalewkach, pani Lusia dostąpiła zaszczytu zatrudnienia w ulu, czyli w Orbisie na  Brackiej, jako kasjerka odpowiedzialna za sprzedaż zagranicznych  biletów kolejowych. Terminal kolejowy posiadał bardzo zróżnicowane taryfy, dla mniej zamożnych i bardziej  zamożnych klientów, oddzielne dla studentów, żołnierzy, pracowników publicznych itd.  Każdy segment rynku był obsługiwany w zależności od potrzeb i zawartości kieszeni.  Taryf należało nauczyć się na pamięć.

- ostatnie dwie godziny pracy miałam przeznaczać na rozliczenie transakcji z całego dnia. Takie było założenie. Te dwie godziny rozciągały się do późnego wieczora, tak dużo bowiem było transakcji i co za tym idzie, gotówki w kasie, którą należało rozliczyć

wspomina Pani Lusia. W dzisiejszej, zinformatyzowanej do bólu rzeczywistości trudno nam sobie wyobrazić, że kiedyś umiejętność szybkiego i bezbłędnego liczenia przy pomocy liczydeł i ołówka była w cenie. Przedwojenni pasażerowie niczym się nie różnili od tych dzisiejszych, mieli przedziwne kaprysy i udawali się we wszystkich możliwych kierunkach.  Zdarzało się, że utytułowani „hrabiowie” wyjeżdżali ze stolicy z pełną pompą pierwszą klasą aby na następnej stacji przesiąść się do klasy trzeciej, a na stacji przedostatniej powrócić do pierwszej i wjechać na stację docelową również z pełną pompą. To stwarzanie pozorów idące w parze z  daleko posuniętymi oszczędnościami przysparzało pracy przede wszystkim kasjerkom,  zmuszanym do  wielokrotnego łamania taryf dla potrzeb  jednej tylko podróży.

Orbis przed drugą wojną światową bardzo szybko rozwijał swoją działalność jak na prawdziwe, europejskie biuro podróży przystało. Wkrótce uznany został za jedno z dziesięciu najlepszych biur podróży na świecie. Pierwsza i najlepiej w kraju przez lata rozpoznawana placówka Orbisu powstała  we Lwowie. W 1935 roku Pani Lusia, mając zaledwie 21 lat i krótki staż pracy w biurze, została oddelegowana do lwowskiej filii, gdzie  zastępowała  przez sezon wakacyjny chorą koleżankę.

Moja rozmówczyni  podczas naszego spotkania przy ciastku i herbacie, wspominając tamten okres, śmiała się wesoło:

-  urzędowałyśmy w hotelu przy Placu Mariackim  prowadząc przedsprzedaż biletów. Najlepiej sprzedawały się bilety na wycieczki do modnego Ławoczne, (miejscowości leżącej w  województwie  stanisławowskim  II Rzeczpospolitej), gdzie odbywały się słynne dancingi…

Ławoczne leży w odległości 147 km od Lwowa, należy więc podziwiać samozaparcie  turystów gotowych pokonać każdą odległość, aby  potańczyć. Pani Lusia nie ukrywa, że sama na  tych dancingach  bywała i różne się z tym faktem wiązały przygody.

Podobnie, z łezką w oku, wspomina  pracę  w Berlinie. Był to co prawda rok 1938, żołnierze odprawiali marszruty pod Bramą Brandenburską  a Hitler przemawiał do tłumów ale poza tym życie toczyło się normalnie. Polacy jeździli na „saksy” do niemieckich bauerów  a filia Orbisu w Berlinie organizowała im przejazdy. Znowu trzeba było łamać taryfy gdyż bauer płacił za przejazd tylko od granicy z Niemcami. Znajomość języka niemieckiego okazała się w Berlinie Pani Lusi bardzo przydatna a  zarabiało się bardzo dobrze, jak to na zachodzie bywało.

W 1939 roku,  roku wybuchu drugiej wojny światowej Orbis posiadał już 136  oddziałów w Polsce i 19 za granicą oraz rozpoczął rozwijanie działalności hotelarskiej w postaci  czterech hoteli dysponujących  360 pokojami. Biuro obsługiwało ponad 5 mln klientów rocznie.  Po powrocie z Berlina, Pani Lusia została oddelegowana do pracy  w placówce Orbisu mieszczącej się w hotelu Polonia. Głównymi klientami placówki byli już wtedy obywatele narodowości niemieckiej. Wkrótce w Orbisie, i nie tylko,  rozpoczęły się  masowe zwolnienia  pracowników, ponieważ pracy było coraz mniej. Powyższe dotyczyło również Pani Aurelii.

W okresie działań wojennych  Orbis zawiesił działalność po czym reaktywował ją w 1944 roku. Biuro odżyło zanim wojna się zakończyła. Okres powojenny zastał Panią Lusię  w Łodzi, gdzie pracowała w oddziale Orbisu znajdującym się przy ulicy Piotrkowskiej. Powróciła do pracy w macierzystej firmie a firma ta przyjęła ją z otwartymi ramionami. Łódzka placówka przyjmowała do pracy wszystkich byłych, warszawskich pracowników, którzy w Łodzi schronili się po Powstaniu warszawskim. Do Warszawy Pani Lusia powróciła na stałe w 1952 roku. Podjęła pracę w dziale rozliczeń  wyjazdów  zagranicznych,  mieszczącym się w hotelu Bristol przy Krakowskim Przedmieściu, należącym do Orbisu. Po kilku latach powróciła do głównej siedziby firmy przy ulicy Brackiej. Po “odwilży”  1956 roku Orbis wznowił organizację wyjazdów zagranicznych.  Pani Lusia ukończyła więc  kurs pilotażu i w okresach swoich  urlopów wypoczynkowych pilotowała organizowane przez Orbis wycieczki nad  Morze Czarne, na Węgry, do Rumunii i Jugosławii.  Twarz mojej rozmówczyni ponownie się ożywiła:

- nad Morze Czarne jechało się pociągiem kilka dni….a ilu znanych ludzi wtedy z nami jeździło..ho,ho..!

nie będę cytowała w tym miejscu opowiedzianych przez Panią Lusię wyjazdowych,  romansowych historii osób  znanych mi dobrze w tym czasie z prasy i telewizji. Pani Aurelia wspomniała szczególnie serdecznie Czesława Wołłejko, Irenę Dziedzic, Ignacego Gogolewskiego oraz Czesława Niemena.  W socrealizmie wycieczka z Orbisem była czymś równie pożądanym, jak zakupy w Peweksie, przelot samolotem w miejsce pociągu czy też zaopatrzenie w  kosztowne szynki w puszce opatrzonej napisem „Krakus. Polish ham”.

- straciliśmy najbardziej wiarygodne biuro podróży, któremu można było powierzyć swoje marzenia

mówi dzisiaj ks. Jan Byrt, proboszcz parafii ewangelicko-augsburskiej w Szczyrku-Salmopolu, który pod koniec lat 70. jako student podróżował z Orbisem. Wspomina, że z usług biura korzystały wtedy wiślańskie chóry ewangelickie, które wyjeżdżały na koncerty po Europie.

- Orbis był gwarantem, że wszystko zostanie zorganizowane na najwyższym poziomie, począwszy od załatwienia paszportu i wizy, poprzez bezpieczny transport, a na fachowym przewodniku skończywszy

powyższy wyjątek z Dziennika Zachodniego autorstwa Jacka Drosta – artykuł pt. „Plajta Orbisu poruszyła Polaków”  niech wystarczy za jedyny komentarz i epitafium do tego co czuję po wydarzeniach z 29 września bieżącego roku.  W swoich uczuciach nie jestem osamotniona.

Pani Aurelia,  po 40 –stu latach pracy w jednej firmie zakończyła orbisowską karierę  przechodząc na emeryturę w 1976 roku, dokładnie w tym samym roku, w którym   rozpoczęła się moja  trzydziestoletnia podróż z Orbisem. Dla Pani Lusi praca w Orbisie to już odległe czasy  ale w rozmowie była poruszona śmiercią organizacji nie mniej ode mnie. Wspominała znakomitą atmosferę pracy, ludzi, którzy żegnali się z nią ze łzami w oczach, kiedy odchodziła na emeryturę, wspólne pracownicze wycieczki na grzyby i do Zakopanego, egzotyczną podróż do Egiptu, którą firma zafundowała jej w nagrodę za dobrą pracę. To była świetna firma a o firmie stanowią przecież ludzie… a ja….ja tylko mogę potwierdzić opinię Pani Lusi.  To wszystko co mi zostało z tamtych lat. Tak niewiele i aż tyle.

Zdjęcia: Lwów – okienko na świat; autor obrazu – Piotr Krawiec; Pani Aurelia Ożarowska, 1942 rok; Plakat Orbisu autorstwa Tadeusza Gronowskiego. Autoryzacja tekstu: Elżbieta Szkupińska

Ten wpis został opublikowany w kategorii Barometr hotelowy, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Ostatnia, sentymentalna podróż z Orbisem

  1. Gracja pisze:

    I znów łezka się w oku kręci na te wspomnienia . Kazdy z nas kto otarł się o Orbis takie posiada.Zostały nam fajne wspomnienia i paru przyjaciół,których pozdrawiam .Gracja

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free