Curitiba, 12 kwietnia 1983
„Wszyscy złożyli tradycyjne życzenia Ivonce a ja jej nie, bo zupełnie nie dbam o tradycję i
konwencje. Jasne, że życzę jej dobrego wyboru, dużo wzajemnej wyrozumiałości i cierpliwości, bo tego zawsze potrzeba ale nie tylko w dniu ślubu a zawsze. Na Święta też nikomu życzeń nie wysyłam, ponieważ zupełnie tutaj o Święta nie dbamy. Zaczyna się to już od Bożego Narodzenia. Gdyby Ci kazano obchodzić to Święto w czerwcu jakbyś się czuła? Gdyby to wypadło akurat w wakacje letnie, bez śniegu, bez choinki, w pełni lata. Wprost niemożliwe. Tak jest u nas i kto może korzysta z wolnych od pracy dni i jedzie się chlapać w morzu! Potem czas szybko leci i nagle wszystkie wystawy ozdobione jajkami czekoladowymi. – Ach, to już Wielkanoc? – pytasz. Do kościoła nie chodzimy, wszyscy znajomi gdzieś jadą, miasto pustoszeje – tylko nasi rodacy tłumnie święcą w polskim kościele pisanki. Dla mnie jakiekolwiek Święto to synonim zmęczenia, bo trzeba to i owo upiec, dom wysprzątać i…wydać sporo pieniędzy, których potem zabraknie. Więc Świąt nie lubię. Na poczcie też kolejki, by nadać życzenia, trzeba długo stać a ja stania nie znoszę. Daje mi zawroty głowy. Więc ani się obejrzę a już przyszła kartka od Ciebie, od Hani ze Szwecji, od Getulio z życzeniami świątecznymi i tak to wygląda, że ja Ci nic dobrego nie życzę! A to nieprawda……”
W pierwszy dzień Świąt pogadaliśmy sobie ze Stasiem o Świętach jako takich, ponieważ temat bardzo na czasie. Nasza wymiana zdań zakończyła się nazwaniem mnie przez niego poganką a jego przeze mnie ortodoksem…i chyba tak już zostanie, ponieważ każdą kolejną korespondencję skierowaną do mnie zaczyna od Witaj Poganko a kończy podpisem Ortodoks.
W wielkim skrócie poganka wzięła się od mojego stwierdzenia, że liczy się tradycja.
- Dla mnie tradycja jest ważna…kto wie? Może i najważniejsza
- Znaczy jesteś poganką, bo kultywowanie tradycji należy do pogan i jest potępiane w prawdziwej biblii
). Obchodzenie świąt napędza machnę kościelną i handel, to są konsekwencje tzw. tradycji. Teraz widzisz do czego prowadzi poszukiwanie prawdy. Zamiast choinki można sobie powiesić symbol boga słońca i na to samo wyjdzie, idea tego „święta” będzie zachowana…….
- A Ty jesteś ortodoksem, ze względu na swoje poglądy
))…..Mój syn wrócił właśnie ze Stanów i pokazywał mi film nakręcony w amerykańskim kościele – galeria handlowa, przedstawienia teatralne, koncerty….Amerykańskie kościoły Świąt nie potrzebują, żeby na co dzień nakręcać koniunkturę…..
- Może gdybym był ortodoksem miałbym łatwiejsze życie, bo takiemu zawsze jakaś sekta się podpasuje, a nie ciągle tkwi w poszukiwaniach. Chociaż ortodoksem można nazwać tego co nie zgadza się z ogólnie przyjętą tradycją, jeśli tak to już od urodzenia jestem zatwardziałym ortodoksem. Jedni znajdują prawdę w tym co narzuca im rodzina, kościół i społeczeństwo, a inni – widzący tu jeden wielki przekręt szukają czegoś nie koniecznie z tego świata. Jak wiesz, fizyka kwantowa już do tego doszła, że ciało ludzkie to tyko 6% tego co widzimy, wiec chyba warto odszukać resztę. Uf, to była niezła rozgrzewka poranna dla moich 6%.
Przez powyższe nie mam bynajmniej zamiaru powiedzieć, że skwitowałam tegoroczne Święta Bożego Narodzenia w sposób bliski poganom. Wszystko odbyło się zgodnie z chrześcijańską tradycją a w Wigilię doczekałam nawet północy, tylko, że mój pies nie przemówił. Chyba się na mnie obraził za przedświąteczne pranie.
W tym samym liście od Cioteczki, nomen omen, znajduję długi wywód na temat pająków (opowiadanie „Na dorobku” napisane przeze mnie kilka dni temu), które ją ukąsiły.
„Gdy widzisz śliczne kwiaty obok autostrady nie sięgaj po nie ręką. Wpierw trzeba dobrze obejrzeć, czy nie ma pająków. Najlepiej uderzyć patykiem dookoła. Córka nie dała się przekonać, że jest to „bicho geografio”, uważa, że to noworodki pająka. Jak zobaczy skórę z bąbla (po ukąszeniu – dopisek mój), to powie: a nie mówiłam? Bo pająk jeśli nie zabije i jeśli nie zgangrenuje ciała aż do kości to zrobi bąbel pełen jadu…. Niedawno Mary wyjęła szlafrok z szafy i włożyła a w rękawie był pająk. Chodziła ze spuchniętym ramieniem kilka dni, chociaż nie czuła ugryzienia tylko widzieliśmy pająka już na rękawie. Nawet go zrzuciłam. Gdy sklęsło pokazały się trzy sine znaki. A ja mam na stopie takie same trzy znaki. Może te znamiona na mojej stopie to był pająk a na palcach larwa? Gdy mnie coś ukuło na trawie na plaży, myślałam, że to mrówki. Nawet je „widziałam” (bez okularów)…Córka lubi grzebać patykiem w mrowisku. Raz zobaczyła mrowisko wysokie na dwadzieścia centymetrów, wsadziła patyk i tysiąc „mróweczek” się rozleciało i zaraz skądś przyczłapał ogromny pająk, ten włochaty, czarny, aksamitny z czerwonymi oczami. Wysoki na osiem centymetrów o średnicy jakieś dziesięć centymetrów. Caranguejeira. Córka uciekała, potem wróciła i przyjrzawszy się dobrze mrowisku, bo jest krótkowidzem, odkryła, że to były nie mrówki tylko pająki……
Zanim wybudowali domki poniżej mojego terenu mieszkaliśmy kiedyś tak (rysunek równi pochyłej z polem kukurydzy na dole równi oznaczonym punktem A – przyp. mój). Kiedyś tak lały deszcze, że punkt A był pod wodą razem z kilometrami dzielnicy po obu brzegach. Pająki uciekały przed wodą do góry i zwyczajnie wtargnęły na nasz teren. Dom drewniany pełen jest szpar szczególnie pod dachem. W nocy, gdy zapaliliśmy światło by iść do łazienki usłyszeliśmy ciężkie „klap”, „klap”. To pająki ogromne spadały z sufitu na podłogę a piesek szczekał na nie. Są bardzo jadowite. Tylko BHC je zabija. Napełniliśmy strych tą trucizną, wylaliśmy także pod domem a psy tam wlazły i oślepły. Pom-pom i Kiko oślepły, gdyż BHC oślepia. Tu u córki nie ma pająków. Dom murowany, sufit podwójny, z tektury białej. W moim domu są za każdym obrazem, za każdą belką, za książkami, Dużo mniejsze i bardziej trujące. W końcu można się przyzwyczaić do współżycia ze śmiercią….”
Brrrrrr…..mój pies kiedyś też oślepł ale na skutek jaskry. Nie wiem, które z nas przeżyło większy stres, kiedy to się stało. Historia o pająkach przypomniała mi moje doświadczenie z myszami. Odkryłam, że do mojego domu położonego prawie w centrum Warszawy zaglądają pojedyncze polne myszki. Raz i drugi wyłożyłam więc im suchy chleb zamiast prezentować kurom sąsiada jak miałam w zwyczaju. Długo nic się nie działo tylko ciągle zbierałam okruszki styropianu rozsypane wokół wielkiej lodówki stojącej w kuchni. Ponieważ lodówka miała już kilkanaście lat sądziłam, że zaczęła się sypać ze starości od styropianu na plecach konstrukcji zaczynając. Po dokładniejszych oględzinach, kiedy to już styropianu nie było, odkryłam, że to nie starość a dzieło licznych, małych, szarych gryzoni. Od tamtej pory pułapka na myszy stała się nieodłącznym elementem wyposażenia kuchni, zamknięta w szafce kuchennej w bezpośrednim sąsiedztwie lodówki, żeby pies sobie krzywdy nie zrobił. Problemu więcej nie było. Nie wiem czy na skutek zastawionej pułapki czy też braku przysmaku w postaci suchego chleba i styropianu….
Chyba zacznę nosić okulary po domu a nie tylko do jazdy samochodem i do kina. Też jestem krótkowidzem!!!



Facebook
Zwierzolubni