Literackie śniadanie – Adam

„Jestem człowiekiem wolnym. Lubię dobrze pojęty luz. Nie lubię przebywać w towarzystwie ludzi, którzy udają kogoś innego niż są w rzeczywistości. Interesuję się szeroko pojętą sztuką, przede wszystkim literaturą i sztuką. Kocham rocka z lat 60 i 70 oraz muzykę klasyczną. Nie jestem samotnikiem, lubię spędzać wolny czas wśród ludzi mądrych i przyjacielskich. Wydaje mi się, że zachowałem zdrowie psychiczne i trzeźwość umysłu, co w dzisiejszych czasach graniczy niemal z cudem.” – tak widzi siebie Adam. Ja od siebie dorzucę, że jest człowiekiem szczerym i otwartym, chociaż twierdzi, że  do ludzi raczej woli trzymać dystans.  Z zawodu i zamiłowania Adam jest pedagogiem, od lat wykonuje niewdzięczny zawód, o którym zwykło się powiadać „obyś uczył cudze dzieci”.

Mieszkamy i żyjemy kilkaset kilometrów od siebie. Odległość nie stanowi przeszkody aby z każdym dniem poznawać się lepiej, nie tylko na podstawie słowa pisanego czy mówionego…Adam zwykł pisać do mnie listy. Każdy z nich stanowi dla mnie swoistą perełkę literacką – mam na myśli, że każdy z listów jest inny, przykuwa moja uwagę, rozśmiesza albo zmusza do refleksji.  Poprosiłam Adama o zgodę na publikację niektórych z nich i tak oto Adam zawitał od dziś na Jarzębinie.

Jak się masz, Kochana Ivonne!
W sobotę po południu zawitałem do dawno niewidzianych znajomych. Nie paliłem się do tych odwiedzin, ponieważ parę miesięcy temu u ich dorosłego syna stwierdzono ostrą białaczkę. Atmosfera była taka sobie, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, starannie unikając tematów zdrowotnych. W pewnym momencie, jak to w takich sytuacjach bywa, nasza rozmowa zeszła jednak na tak starannie przez nas omijany temat. Jagoda, tak ma na imię znajoma, stwierdziła dość dramatycznie, co w tych okolicznościach było zrozumiałe, że trudno jest jej się pogodzić, gdy młodzi ludzie z wyrokiem choroby nieodwołalnie odchodzą z tego świata.
Słowa te skłoniły mnie do pewnych refleksji. Otóż w „Księdze Hioba” można przeczytać taki czterowiersz:
„Człowiek zrodzony z niewiasty//ma krótkie i bolesne życie,//wyrasta i więdnie jak kwiat,//przemija jak cień chwilowy.”
Daleko mi do żarliwości religijnej, ale tak sobie myślę, że cierpienie niekoniecznie jest karą za grzechy, że jest nieodłącznym składnikiem ludzkiego losu.  Cierpienia mogą także doznawać ludzie szlachetni, dobrzy, uczciwi, młodzi. Czyni ono człowieka bardziej
lepszym, ludzkim, wyrozumiałym. I dotyczy to nie tylko tego, który cierpi, ale też tego, który na to cierpienie bezradnie patrzy. Starożytni Grecy życie człowieka utożsamiali
z teatrem, ze sceną, a ludzi porównywali do aktorów. W pewnym momencie wchodzimy na scenę z gotową rolą do odegrania.

Odgrywamy i… znikamy. Ta rola to fatum, ale nie we współczesnym złowrogim rozumieniu tego słowa. To los i tyle. Nie mamy na niego wpływu. To oczywiście rodzi bunt, tym bardziej, że zawsze posługujemy się kategoriami czasu i przestrzeni oraz myśleniem przyczynowo-skutkowym, a one często zawodzą,  gdy pragniemy odpowiedzieć na pytanie: dlaczego?

Niechaj puentą tych refleksji będzie króciutka rozmowa ks.Tischnera z pewnym
dziennikarzem:

„Czy ks. prof. często kłóci się z Bogiem, często ma do Niego pretensje?”

„Niemalże codziennie, nawet krzyczę na Niego”.

„I co księdzu odpowiada?”

„Józek, dałem ci rozum. Kombinuj.”
Ale żeby nie kończyć tak cholernie poważnie, bo to przed snem niezdrowe
- parę słów o kopulowaniu, bo to przed snem zdrowe. Otóż Immanuel Kant, który badał istotę rzeczy samej w sobie, znany był także z nieprawdopodobnej awersji do kobiet i, żeby było śmieszniej, także do mężczyzn. Pewnego dnia jego uczniowie postanowili zrobić mu kawał. Wprowadzili chyłkiem do jego pokoju dziewczątko niezbyt ciężkich obyczajów.
Po kilkunastu minutach z pokoju wypadło rzeczone dziewczę roztargane i lekko obnażone, a za nią wyszedł dostojnym krokiem i kompletnie ubrany Kant. Popatrzył na studentów i powiedział:

„No cóż, rzecz sama w sobie jest przyjemna, ale ruchy a priori niegodne niemieckiego filozofa”.

I zaraz dodał:

„Niebo gwieździste nade mną i prawo moralne we mnie.”

Głupek, cholera. Zwłaszcza w kontekście…

Dzisiaj rano stwierdziłem, Droga Ivonne, że kończy mi się chleb. Biedny miś, musiałem w taki ziąb udać się do pobliskiego magazynu spożywczego w celu nabycia rzeczonego artykułu. Czy chwytasz, Ivonne, moją determinację i poświęcenie, tym większą i zupełnie niewytłumaczalną, że chleb nie jest mi potrzebny, albowiem na śniadanko piję kawę, wypalam dwa papierosy i już.
Cwany jestem oczywiście, bo mam klasę przyszłych fryzjerek i kucharek, same dziewczyny. Oprócz tego, że na lekcjach malują ślipia i piłują szpony, to jeszcze biesiadują. Przynoszą kanapki, sałatki, herbatki. Pozwalam im na to, byle tylko nie mlaskały i nie siorbały. Zawsze się przy nich pożywię!
Mają dziewczynki Boga w sercu! Odżywiam się w sposób niezdrowy, nieracjonalny
i przede wszystkim po południu dopiero opycham się. Służy mi to chyba, bo do Flapa mi daleko.
Niektórzy ludzie, nienormalni zapewne i z wyprostowanymi zwojami mózgowymi, piją rano mleko. Na widok mleka w mojej czaszce powstaje obraz pawia z rozpostartym i różnokolorowym ogonem. Zostanę więc przy kawie, papierosach… no, ewentualnie pajdka suchego chleba z jakimś smarowidłem.
Księżniczko – zaśnijże spokojniutko i niech Ci się przyśni bardzo wykwintne śniadanko, może ja coś z niego uszczknę…
Baj, malutka, do zobaczenia rychłego.
Adam.
Pisane z przerwą na rozmowę telefoniczną z Tobą 5 grudnia 2010r. w godz.18-20.

Nie będę komentowała listów Adama, gdyż otwarta konfrontacja nigdy nie wychodzi nikomu na zdrowie.  Faktem jest, że nie urosłam za duża ale z tą „malutką” to Adam zdecydowanie przesadził.  Dorzucę tylko, że ja śniadania spożywam – może nie wykwintne ale z całą pewnością na tyle obfite, że dają mi energię na cały dzień. Muszę się troszczyć sama o siebie (klasy kucharek brak),  służy mi to chyba, bo do Flipa mi daleko.

Śniadanie na trawie

Słońca dziś obłok nie ma skryć odwagi
Niebo nie uroni z deszczu ani kropelki
Wiatr od niechcenia z liściem się pobawi
A pająki zaczęły delikatną snuć mgiełkę

Zielony trawy obrus w pałacowej jadalni
Na cienistej polanie stół obficie nakryty
Szynka, pasztet, chleb z domowej piekarni
Pieczone mięsiwa, ser i miód smakowity

Po środku stołu bukiet leśnych konwalii
Białymi płatkami serca dzwonów okryte
Obok słodkie ciasto z nadzieniem bakalii
I pierniczków rząd czekoladą pokrytych

Owoce prosto z malinowego chruśniaka
Truskawka z ogrodu a z lasu poziomka
W marynacie kapelusz rosłego maślaka
Na nim przysiadła czerwona biedronka

Wstawaj! Na śniadanie budzę kochanka
Chodź, na zewnątrz trawa taka soczysta
Poranną rosę dziś nalewam ze dzbanka
Kawy aromat, z mleka pianka puszysta


Fragment śniadania z rybą, szynką i czereśniami; Jacob van Hulsdonck, 1614, olej na desce, 65.4 x 106.8 cm,The Bowes Museum, Barnard Castle; Półmisek – Archiwum Jarzębiny

Ten wpis został opublikowany w kategorii Listy cokolwiek psychiczne - Adam, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free