Na początku listopada wybrałam się z Olkiem na Podlasie do wsi na totalnym zadupiu, gdzie, jak to się mówi „psy dupami szczekają”. Jajka tam bywają obsrane przez grzebiące kury (patrz opowiadanie „Grzyby z jajami”), twaróg cedzony jest z mleka prosto od krowy a dżemy i konfitury godzinami miesza w garnku Szyszka. Palce lizać. Szyszka, czyli Małgośka, była dyrektor orbisowskiego hotelu, wywalona z tegoż hotelu i jednocześnie z Orbisu za niesubordynację i odmowę służenia nowym, francuskim właścicielom, przeniosła się na kurpiowską wieś, żeby mieć nareszcie święty spokój i robić to co lubi a w czym jest po prostu genialna, czyli gotować, piec, marynować, zasmażać, nastawiać (nalewki na przykład)…i biesiadować z przyjaciółmi. Przyjaciele z przyjemnością walą co i rusz na Podlasie, żeby pobiesiadować przy akompaniamencie wyrobów Szyszki, samej Szyszki, jej męża, kota i psa. Niczym się w tym względzie z Olkiem nie wyróżnialiśmy. Może tylko tym, że Olek przywiózł nalewki własnego, mazurskiego wyrobu. Tym samym miało miejsce coś na kształt degustacji nalewek i wymiany poglądów odnośnie technologii produkcji poszczególnych produktów. Intelektualnej wymiany przemyśleń na tematy różne również nie brakowało, skąd prosty wniosek, że i na głuchej wsi można się i to nieźle podciągnąć intelektualnie.
Wracając do kwestii niesubordynacji i kończąc miniony, orbisowski temat, Szyszka, jako jedyna z naszego dyrektorskiego grona, po prostu odmówiła likwidacji hotelu, w którym pracowała od lat. Dokładniej mówiąc, odmówiła bycia likwidatorem, ponieważ likwidacja została postanowiona przez zarząd spółki niezależnie od niej i po prostu przekazana uchwałą do wiadomości bez zbędnych konwenansów. Olek wykonał inny, bardziej dyplomatyczny manewr uciekając od likwidacji swojego macierzystego hotelu przed czasem na emeryturę. W szczegóły nie będę się wdawała. Jeszcze inny z dyrektorów stwierdził, że nie będzie się kopał z koniem, zrobił co do niego należało po czym został wykopany przez konia z firmy na cztery dni przed wpadnięciem w ochronę wynikającą z wieku emerytalnego. Nie wtajemniczonych informuję, że likwidacja polega m.in. na zwolnieniu wszystkich pracowników, „rozprowadzeniu” lub jak kto woli, „zagospodarowaniu” majątku i pozostawieniu skorupy budynku, z którą się dzieją w następnej kolejności różne rzeczy, w zależności od okoliczności i planów właściciela.
Kiedy kilka lat temu dowiedziałam się o miejscu pobytu Szyszki miałam mieszane uczucia. Kurpie były mi obce oprócz jednej chałupy kurpiowskiej, przeniesionej do podwarszawskiej miejscowości, w której mój syn w wieku przedszkolnym spędzał wakacje oraz jednego z moich przełożonych, który miał kurpiowskie korzenie ( w dziewiętnastym wieku Kurpie uważani byli za lud porywczy i na wpół dziki). Pooglądałam okolicę w internecie, zachwyciłam się samotną kapliczką na skarpie w nowogrodzkim skansenie i dopiero potrzeba było Olka, żeby mnie zdyscyplinował w kwestii znalezienia czasu na wyprawę na Kurpie. Mieszane uczucia wzięły się stąd, że o pracę na Kurpiach trudno do tego stopnia, że większość mieszkańców Podlasia zarabia na życie w ……USA. A Małgośka jakby zmieniła w tej kwestii kolej rzeczy.
Cytowane powyżej powiedzenie o psach ma swój dalszy, niecenzuralny ciąg, który nie mam pojęcia skąd się wziął. W każdym bądź razie spotkałam na Kurpiach psy ale niczego z tych niecenzuralnych rzeczy psy te nie wykonywały. Może kiedyś, dawno temu jakiemuś biednemu psu coś takiego się przydarzyło. W odległej przeszłości Puszcza Kurpiowska zwana także puszczą Zieloną składała się z ubogich gleb i bagien. Ze względu na jałowość ziemi oraz bliskie sąsiedztwo Prus stanowiła wtedy teren bezludny. Pierwsza parafia powstała na tych terenach dopiero w XVII wieku.
Ja i Olek jechaliśmy na Podlasie różnymi trasami i nie umawiając się wcale spotkaliśmy się z dokładnością co do sekundy pod domem Szyszki, żeby na podjazd domostwa wjechać już zespołowo. Niebywałe ale jak widać się zdarza. Listopad klimatem nam nie sprzyjał, padał ulewny deszcz, drzewa stały nagie pod sinym niebem a pod stopami chlupotało błoto. Nie zważając na pogodę wyciągnęłam Olka do skansenu, żeby porównać sobie internetowe wrażenia ze światem realnym a Olkowi, wrażliwemu na piękno przyrody, zaprezentować inny niż jego ukochane Mazury, cud natury. I stało się. Olek przyznał, że cuda się zdarzają również na Kurpiach.
Na skarpie wysokiej, daleko od miasta
Gdzie Pisa z Narwią łączy swe wody
Stoi kapliczka jak skromna niewiasta
Dziewczyna stoi niezwykłej urody
Spogląda z oddali na Puszczę Zieloną
Na wzgórzu pradawnym Ziemowita
Stareńka lecz wiekiem nie pochylona
Wschody słońca od lat tutaj wita
Bywa, że święci na wieży wysokiej
W świata strony swoje oczy zwracają
A ona głowę ma przykrytą obłokiem
Jej oczy w jedną stronę zerkają
Tam wody leniwie przez puszczę toczy
Dwóch rzek spotkanie nad rozlewiskiem
Kochanków dwoje patrzy tam sobie w oczy
By jedną już rzeką popłynąć bystrzej
A ona wysoko głowę trzyma w obłokach
Na jednej nodze do nieba się wspina
I marzy, że kiedyś też ktoś tak pokocha
W kapliczkę zaklętą samotną dziewczynę..
Wiem, że wyglądam idiotycznie na powyższym zdjęciu, chroniąc się pod parasolem w tym magicznym miejscu, objuczona w torebkę i aparat fotograficzny, który w dodatku nie działał. Ale taka była rzeczywistość i nie mam zamiaru jej przekłamywać. Nie mnie tu należało podziwiać tylko Narew, Pisę i Puszczę Zieloną. Czuję się więc usprawiedliwiona.
„Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie ma charakter parku etnograficznego. Nie odtwarza układów przestrzennych wsi, a tylko prezentuje tradycyjne budownictwo drewniane. Celem, jaki stawiał sobie Adam Chętnik (założyciel skansenu – przyp. mój) było pokazanie typowego „drewnianego osiedla puszczańskiego” na tle miejscowej przyrody. Brak odpowiedniego terenu z konieczności zminiaturyzował te zamierzenia. Efektem są mini ogródki, zagonki, kępki drzew i krzewów oraz nienaturalne skupienie obiektów” – http://www.skansenkurpiowski.republika.pl/
To nienaturalne skupienie obiektów pozwoliło nam na dokładną penetrację kurpiowskich chałup i innych obiektów użyteczności publicznej w czasie wystarczającym aby zdążyć na obiad uwarzony przez Szyszkę. Cieśle kurpiowscy tworzyli ongiś niespotykane arcydzieła w drewnie, domy zwieńczone ciosanymi sterczynami z drzwiami i oknami zdobnymi w misterne detale o wyszukanych formach oraz z urodziwymi gankami. Po prostu śliczne. Szkoda, że Ameryka zaszumiała kurpiowskim cieślom w głowie. Nie minę się z prawdą jeśli napiszę, że przewróciła w głowie przestawiając rozumowanie na betonowe bunkry w miejsce drewnianych perełek. Na szczęście biały barszcz i żeberka w wykonaniu Szyszki nie straciły przez lata nic ze swojego smaku.
Cieśle kurpiowscy zasłynęli również z budowy drewnianych, przydrożnych kapliczek. Ta
na skarpie nie jest kapliczką przydrożną, gdyż jedną, wysmukłą nogą wyrasta na łące. Chroni się pod drewnianym daszkiem przed deszczem, tak jak ja pod parasolem. W głębi skansenu stoi jednakże ta właściwa, przydrożna kapliczka ze skupionym świętym w środku.
Codziennie stajemy na rozstajach
Tu się coś kończy a tam zaczyna
Jedna z dróg drogą przemijania
Inny trakt drogę tą przecina
Lub rozwidlają się drożyny
I wybrać trzeba co przed nami
Różne są skutki i przyczyny
Już nie będziemy tacy sami….
Przy wielu drogach krzyż rozpięty
Krzyżową stacją nasza ścieżka
Przy innych zasmucony święty
W białej kapliczce zamieszkał
Wspomina porę objawienia
Obrzędu czas i czas modlitwy
Pątników próby rozgrzeszenia
Gdy grzechem drogi im zakwitły….
Przez krótką chwilę zamyślenia
Pielgrzym dla siebie brał kierunek
W poszukiwaniu przebaczenia
Święty przychodził na ratunek
I zostawała w tyle droga
I przeszłość naznaczona grzechem
W kapliczce na twarzy przestroga
Wędrowca żegnała z uśmiechem…
Spaliśmy z Olkiem w agroturystyce po sąsiedzku, gdyż Szyszka mogła nam oddać do dyspozycji jeden pokój gościnny a Olek uczciwie się przyznał, że chrapie. Wybór nie do końca okazał się właściwy. Agroturystykę okupowali w tym czasie myśliwi wyruszający skoro świt z wielkim hałasem na polowanie. Myśliwym towarzyszył wielce nam przyjazny myśliwski pies. Swojego Korka po raz pierwszy zostawiłam w domu. Pod opieką Kasi. Ta decyzja z kolei okazała się trafiona, gdyż Korek mógł zakończyć żywot jako zwierzyna łowna a tak po prostu trochę porozpaczał w Warszawie ale uszedł z życiem. Wiedliśmy więc z Olkiem na Podlasiu sielski żywot delektując się jesienią, ciszą, przyrodą, wypiekami Szyszki i własnym towarzystwem. Trzy dni temu Podlasie zasypało śniegiem a mnie przypomniał się tekst z internetu o pewnej zasypanej śniegiem wsi. Ponieważ nie znam autora sparafrazuję fragmenty na własna modłę:
Pamiętnik pisany na Podlasiu
Sierpień….przeprowadziliśmy się na głuchą wieś do naszego nowego domu. Mamy mały biały domek na głuchej wsi. Boże jak tu pięknie. Wprost nie mogę się doczekać,
kiedy wszystko pokryje się śniegiem i nie tylko domek będzie biały ale i całe nasze życie upływało będzie niczym w białej, puchowej pościeli.
Biały domek
Gdzieś biały domek na głuchej wsi
Strzechą pokryty, z dala od ludzi
Gdzieś biały domek czasem się śni
Nostalgię w sercu uśpionym budzi
Na co dzień miasto męczy hałasem
Sznur samochodów, klaksonu głos
Karetka z wyciem przemknie czasem
Śmieci przed domem piętrzy się stos
Tam gdzie nas nie ma cisza i spokój
Tam gdzie nas nie ma tam nasze sny
Błękitne niebo, pierzyna z obłoków
Na miękkim posłaniu spoczywasz Ty
A tutaj wieżowce strzelają w niebo
Szklanych pułapek rozpina się sieć
W pułapce tkwię nie wiem dlaczego
Zamiast przy sobie Ciebie tam mieć….
Październik……Podlasie jest najpiękniejszym miejscem na ziemi! Tyle tu lasów a w nich grzyby, jagody, maliny i dzika zwierzyna. Najwspanialsze są jelenie dumnie noszące poroże. Jestem pewna, że to najpiękniejsze zwierzęta na ziemi, nie tylko na Podlasiu. Tutaj jest jak w raju. Boże, jak mi się tu podoba.
Listopad……rozpoczął się sezon polowań na jelenie. Myśliwi są wszędzie. Wprost nie mogę sobie wyobrazić, że ktoś może zabić tak wspaniałe zwierzę. Mam nadzieję, że wreszcie zacznie padać śnieg.
Grudzień…..wreszcie spadł śnieg. Obudziłam się i wszystko było przykryte białą pierzyną. Odgarnęliśmy śnieg ze schodów i odśnieżyliśmy drogę dojazdową. Przyjechał pług śnieżny, zasypał to co odśnieżyliśmy i znowu musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdową. Mimo wszystko kocham Podlasie. Znowu napadało. Dłonie mam w pęcherzach od łopaty. Jestem przekonana, że pług śnieżny czeka tuż za rogiem, dopóki nie odśnieżę drogi dojazdowej.. Nie rozumiem, dlaczego nie posypią drogi solą, żeby rozpuściła to gówno.
Boże Narodzenie…. Nigdzie nie mogę dojechać. Samochód został pogrzebany pod Białą Górą, która nie odtaje do lata. Pług śnieżny ugrzązł w zaspie a kierowca przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę!
Styczeń…. Wreszcie wydostałam się z domu. Pojechałam do sklepu. Pod samochód wpadł mi jeleń i zniszczył blacharkę. Naprawa kosztowała trzy tysiące. Wszystkie jelenie należy wystrzelać.
Wiosna: samochód mi zardzewiał od soli, którą w zimie posypywali drogi. Sprzedajemy dom na Podlasiu! Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś kto ma odrobinę zdrowego rozsądku, może mieszkać na takim zadupiu.
A ja mogę sobie wyobrazić, ponieważ widziałam na własne oczy. Szyszka wygląda na zadowoloną, wyprowadzać się nie ma zamiaru, jej pies szczeka normalnie. Poza gotowaniem Małgośka oddaje się jeszcze ulubionym lekturom, ponieważ ma na nie czas oraz rękodziełu. Komu i czemu oprócz tego się oddaje pominę milczeniem.
Gdzieś palmy daleko i podniebny lazur
Słońca pieszczoty na zmęczonej twarzy
Plaże gorące nad morzem przejrzystym
Igraszki z wiatrem od Gór Błękitnych…
Gdzieś Afryka w sawanny trawę ubrana
Ląd pełen tajemnic, wciąż niepoznany
Zwierzęta podchodzą tam do wodopoju
Lew z zebrą w parze wodę piją w pokoju..
A tutaj za lasem, gdzie mieszka Małgosia
Palmy rozkwitły kurpiowskiego Podlasia
Jasną pochodnią palma w domu płonęła
Ciepła przy kominku Wielkanoc minęła…
Byle do wiosny……





Facebook
Zwierzolubni
I ja tez tam bylam,jadlam i pilam……….