Witaj Kochana Ivonne.
Mam nadzieję, że znajduję Cię w dobrym zdrowiu i zadowalającej kondycji psychicznej,
czego, niestety o sobie powiedzieć nie mogę. „Achilles” znowu mi dokucza, a otaczająca mnie tzw. rzeczywistość napawa moją duszę smutkiem i bezradnością. Związane jest to, jak mniemam, z moim rocznym biorytmem, który w najbliższych dniach zatoczy, po raz pięćdziesiąty któryś, pełne koło. Fakt ten oraz zbliżające się święta skłaniają mnie do różnych refleksji… wcale nie radosnych bynajmniej.
Ivonne, czy widzisz tę zwariowaną gonitwę za dobrami konsumpcyjnymi, to kretyńskie polowanie za wszelkiego rodzaju badziewiem, które za kilka dni pod choinką będzie udawało oczekiwany, drogi prezent… nikomu zresztą w sumie niepotrzebny, czy dostrzegasz to człapanie (bo sił już brakuje) z rozwianym włosem i z obłędem w oczach od sklepu do sklepu, aby wydać tę ostatnią setkę, która cudem uchowała się na dnie torby? Ivonne, czy widzisz to wszystko? Widzisz i nie grzmisz? Zaciągamy kredyty, kupujemy całe góry jedzenia, a potem zostajemy z pełną lodówką psujących się „smakołyków” i boleśnie realną perspektywą spłat promocyjnych lub świątecznych kredytów. I pojawia się pytanie: „Skąd wziąć na to wszystko?” i zaraz potem konstatacja godna wielkiego filozofa: „Przecież ja tak mało zarabiam. Wszystko to wina rządu!”
No i, kochana Ivonne, ta cholerna telewizja. Co dzień na ekranie pojawiają się pieczone gęsi, kaczki, schaby, wędliny a lalkowate dziennikarki wespół z przedziwnymi facetami udających zwolnionych z roboty kucharzy opowiadają jak to wszystko łatwo zrobić… ŁATWO, TANIO I PRZYJEMNIE.
„Nie wyobrażam sobie świąt bez uduszonego indyka. (znowu to bezkrytyczne małpowanie Jankesów – przyp. mój) To takie pyszne, że będziecie państwo tęsknić do KOŃCA ŻYCIA za smakiem i zapachem uduszonego indorka” – powiedziała nie tak dawno z infantylnym uśmiechem na twarzy pewna gwiazdka, bynajmniej nie z nieba, w TVN. Szkoda tylko, że nikt nie poradzi, jak „zrobić” święta, mając do dyspozycji 300 zł i parę „gębulek” do wyżywienia. No tak, ale w naszej miodem i mlekiem płynącej ojczyźnie w tych dniach nie ma biednych ludzi. Są tylko zaradni, zapobiegliwi. A jeśli trafi się jakiś biedny, to św. Albert pomoże, prawda?
Chyba się starzeję, najmilejsza Ivonne, ale coraz częściej sięgam pamięcią do minionych czasów sprzed pół wieku. Już od początku grudnia wyczuwało się to jedyne w swoim rodzaju sacrum, które lada tydzień miało nadejść. Adwent, roraty… Ulice były ciemne, bez kolorowych lampionów, sklepy szare, ale my, dzieci, wyczuwaliśmy, że oto nadchodzi coś NIEZWYKŁEGO. W połowie miesiąca zaczynaliśmy robić choinkowe ozdoby – gwiazdy, różne zwierzątka, łańcuchy z kolorowego papieru, szopki. Ja, mały „gniotek”, raczej przeszkadzałem w tej „produkcji”, ale od czasu do czasu coś mi ładnego wyszło. Z czasem przybywało długich cukierków w błyszczących kolorowych papierkach, koksów (mało kto wie, że były to jabłka – pychota!), orzechów, do których wiązaliśmy specjalne pętelki do zawieszenia na choince. Bombki zawsze były te same, piękne, kolorowe, ale stare – na nowe nie było stać Rodziców – cudem uratowane jeszcze z czasów wojny. Nie wszystkie ozdoby były piękne, ale miały niezaprzeczalny walor – były własnoręcznie przez nas wykonane.
I wreszcie przychodziła Wigilia. W mieszkaniu unosił się zapach jodły, makowca, smażonego karpia, kapusty z grochem, suszu… Stół nakryty białym obrusem, na nim kilka wigilijnych postnych(!) potraw, sianko, opłatek, choinka rozświetlona prawdziwymi świeczkami. Wszyscy odświętni z zewnątrz i z wewnątrz, bo, a jakże, po obowiązkowej spowiedzi. Zawsze byliśmy bardzo głodni, przecież w Wigilię należało pościć, aby, jak mówiła moja Matka, mieć dobrego męża lub dobrą żonę. Byliśmy więc głodni, ale nikomu nie przyszło do głowy, zwłaszcza dzieciom, aby usiąść do stołu. Czekaliśmy na Ojca.
Stawał u szczytu stołu, odczytywał stosowny fragment Ewangelii wg św. Łukasza, brał w dłonie opłatek i mówił: „Życzę wszystkim, abyśmy przy tym stole za rok spotkali się znowu w zdrowiu w tym samym gronie, aby przy tym stole było tylko jedno puste miejsce”. Przez wiele lat było tylko jedno puste miejsce
A później zaczęło ich przybywać…
Kolebie się, kolebie
Pierwsza gwiazdka na niebie.
Co się zdarzy, co będzie
Po śniegu, po kolędzie.
Może jakiś wędrowiec
Przyjdzie, siądzie, opowie
Co na świecie zobaczył, gdzie był.
I wywróży nam z siana
Wszystko, co jest pisane
Od dziś, od dziś.
Wieczór świeczki zapali
Staną duzi i mali
Klasną w dłonie jak zawsze od lat,
Wzniosą toast za siebie,
Za tę gwiazdę na niebie,
Za świat, za świat.
Kulig ruszy z kopyta,
I niebieski woźnica zajedzie przed dom.
A gdy sanie podjadą pod sam próg zimnym gwiazdom,
Biała manna się sypnie na bruk.
Może manna ta z nieba
Spadnie tym, co potrzeba
Do stóp, do stóp.
My dzieci, podchodziliśmy do Ojca, całowaliśmy Jego rękę. Potem do Matki, Ciotek…
Były także prezenty – symboliczne, taniutkie… Ileż radości nam sprawiały!!
Kiedy zasmakowaliśmy wigilijnych potraw, Ojciec intonował „Wśród nocnej ciszy”. Miał piękny głos, tenor liryczny. Po chwili wszyscy włączaliśmy się do śpiewu. Fałszowaliśmy niemiłosiernie, ale przecież nie o to chodziło. Byliśmy razem. Byliśmy szczęśliwi.
Ivonne kochana, kiedy sięgam pamięcią w lata minione, kiedy przypominam sobie białą, wykrochmaloną koszulę Ojca, zatroskaną twarz Matki, nucące kolędy Ciocie, kiedy smakuję w myślach choinkowe cukierki w czekoladowo-podobnej polewie, zadaję sobie pytanie, co się takiego z nami stało, że dziś nie odczuwamy tamtej radości, że wcale nie czekamy z utęsknieniem na przyjście małego Jezusa, że wolimy być z dala od rodziny, a wspólną Wigilię traktujemy jak jeszcze jeden przykry obowiązek? I nie wiem, czy wypada nam śpiewać „Bóg się rodzi, moc truchleje”. Może powinniśmy raczej:
„Ciemno tej nocy betlejemskiej było,
Gdy się Boże Dziecię dla nas narodziło.
W jakiej pościeli my tę noc przespali,
Żeśmy Bożego Syna nie witali?”
Ivonne, życzę Ci przede wszystkim zdrowia, jasnych cudownych dni, abyś zawsze była taka, jak dziś: dobra, współodczuwająca, z otwartym sercem i abyśmy za rok znowu mogli sobie złożyć życzenia.
A wszystkim odwiedzającym tę stronę – Wesołych Świąt!
Adam
P.S. Cytowane słowa kolęd kiedyś śpiewali „moi” Skaldowie.
Facebook
Zwierzolubni