Pan Franciszek Drewniok, autor opracowania o mojej babci – Jasnowidzącej z Wisły-
przymierzył się do wspomnień o wiślańskich ezoterykach z zacięciem nie tylko historyczno- gawędziarskim ale i poniekąd naukowym. Dlatego też poprosiłam autora aby pozwolił mi opublikować na stronce Jarzębiny całość opracowania a nie tylko fragment dotyczący mojej babci. Faktem jest, że moja babka i w tejże części opracowania występuje, oprócz tego, że występuje w niej wiele znanych mi i nieznanych mi postaci, w tym również portier hotelowy, bliski moim zawodowym doświadczeniom. Stanisława Hadynę miałam zaszczyt poznać będąc dzieckiem, kiedy to mama zaprowadziła mnie za kulisy Teatru Wielkiego bezpośrednio po występie Zespołu Śląsk, którym to występem byłam oczarowana i być może dlatego ze spotkania ze Stanisławem Hadyną pamiętam jedynie, że mama pozostawała z nim w bliskiej zażyłości, jak z przyjacielem.
Jan Hadyna
Jedną z najbardziej znanych postaci związanych z ezoteryką na Jarzębatej był Jan Hadyna. Nie był wprawdzie ani jasnowidzem ani spirytystą lecz ”żył” w tym świecie utrzymując osobiste kontakty czy to z Agnieszka Pilchową, czy z państwem Chobotów, czy z państwem Mańskich ale przede wszystkim prowadząc działalność wydawniczą w tej tematyce. Chociaż nie pochodził z Wisły i nie tutaj się kształcił, jakieś „tajemne moce” przywiodły go w te strony.
Jak podaje Zbigniew Pasek w III tomie Monografii Wisły, Jan Hadyna urodził się w 1899 roku w Zamarskach, niedaleko Cieszyna. Ukończył gimnazjum w Cieszynie, a następnie studiował filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie , a także w Warszawskiej Wyższej Szkole Handlowej. Lata 1917-1921 spędził w wojsku, najpierw austriackim, a od roku 1918 w polskim. Przez jakiś czas pracował w Akademii Teologii Wschodniej skąd wyniósł późniejsze zainteresowania kulturą Indii.
W roku 1929, kiedy dotarła do niego sława Jasnowidzącej Agnieszki Pilch, przeniósł się do Wisły gdzie, zapewne pod jej wpływem oraz innych ezoteryków zaczął wydawać od 1929 r. miesięcznik „Hejnał” – Miesięcznik Wiedzy Duchowej. W wydawnictwie tym Jan Hadyna publikował artykuły poświęcone zjawiskom paranormalnym. Były to zarówno wspomnienia Agnieszki Pilchowej, artykuły polskich uczonych jak np. K. Chodkiewicza, opracowania wielu autorów zagranicznych (widać stąd, że utrzymywał szerokie kontakty z wieloma środowiskami ezoterycznymi na świecie). Współpracował z Andrzejem Kajfaszem – szefem Polskiego Towarzystwa Teozoficznego w Nydku.
Jak pisze Stanisław Hadyna (bratanek Jana), zainteresowania Jana skupiły się głównie na trzech tematach:- kwestia ciągłości świadomości, a więc „życia po życiu”, o których bogato informowała Agnieszka Pilchowa ,po drugie – kontynuacja badań dr Ochorowicza i Dziadka, po trzecie – sprawa lecznictwa magnetyzmem, ziołami (homeopatia) i bioenergoterapeutyką. Jan Hadyna zgromadził w swym domu obszerną bibliotekę zawierającą księgi z zakresu wiedzy tajemnej, magii, orientalistyki, filozofii Indii, egiptologii – w różnych językach, większość po niemiecku i angielsku. Stanisław Hadyna w „Przez okna czasu” wspomina, że często „buszował” w księgozbiorze stryja.
Po zbudowaniu „Sfinksa” przez państwa Pilchów , Jan Hadyna zamieszkał w nim wspólnie z nimi i stamtąd redagował i wydawał „Hejnał”. W roku 1934 Jan Hadyna opuścił „Sfinksa” i przeniósł się do położonej niedaleko willi „Izyda” będącej własnością Tomasza Mańskiego. Tu założył i prowadził przez pewien czas, zanim przeniósł się do Krakowa, kolejne pismo ezoteryczne „Wiedza Duchowa” (później zmienioną na „Lotos”), redakcję „Hejnału” pozostawiając mężowi Jasnowidzącej, Janowi Pilchowi..
W roku 1937 Jan Hadyna wrócił do Wisły, gdzie kontynuował prace nad „Lotosem” do 1939 roku. Po wojnie próbował wznowić wydawanie tego pisma, ale ukazały się tylko dwa numery w 1946 roku.
Towarzyszką życia Jana Hadyny była jego żona Maria Florkowa, która od 1925 roku poświęciła się wyłącznie studiom nad okultyzmem. Przebywała w Wiśle 10 lat.
Jan Hadyna zmarł w Krakowie w 1971 roku.
Stanisław Hadyna
Stanisław Hadyna nie był wprawdzie jasnowidzem czy spirytystą ale był Wielkim Człowiekiem o wszechstronnym wykształceniu. Wśród jego licznych zainteresowań były zjawiska paranormalne z którymi zetknął się osobiście więc wzmianka o nim godna jest opisania w niniejszym cyklu.
Stanisław Hadyna urodził się w 1919 roku w Karpętnej (w dzisiejszych Czechach). Od urodzenia miał kontakt z muzyką, gdyż zarówno dziadek jak i ojciec byli nauczycielami muzyki. Kiedy Stanisław podrósł rodzina Hadynów przeniosła się do Cieszyna, gdzie Jerzy (ojciec) zostaje nauczycielem muzyki w tamtejszym gimnazjum a Stanisław pobiera nauki w cieszyńskim gimnazjum kończąc prawie równolegle cieszyńską średnią szkołę muzyczną i rozpoczynając studia w katowickim konserwatorium muzycznym.
Pod koniec lat trzydziestych XX wieku rodzice Stanisława przenoszą się do centrum Wisły. Na Jarzębatej, w bezpośrednim sąsiedztwie „Izydy” będącej własnością Tomasza Mańskiego budują drewniany dom letniskowy. Jak pisze Stanisław Hadyna w „Przez okna czasu” miał okazję obserwować stamtąd ”przez płot” urocze dziewczę o jasnych włosach – Agę, córkę państwa Mańskich, która w przyszłości została jego żoną.
Stanisław, jeszcze z czasów „karpętskich” w potem już „cieszyńskich” bywał często na Jarzębatej by tam spotykać się z jasnowidzącą Agnieszką Pilch oraz swoim stryjem Janem który, przez jakiś czas mieszkał najpierw w Sfinksie u Pilchów a potem poniżej, w willi Izyda u państwa Mańskich. Wtedy to rozbudziły się jego zainteresowania ezoteryką, które opisał potem w książce „Przez okna czasu” poświęcając ją przede wszystkim kontaktami z jasnowidzącą Agnieszką Pilchową. Tuż po wojnie wspólnie ze swoim ojcem Jerzym oraz Kazimierą Chobotową organizują w Wiśle gimnazjum, w którym Stanisław uczy języka angielskiego a jego ojciec muzyki.
Następne lata to okres burzliwego tworzenia Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, którego był twórcą, dyrektorem, kompozytorem – jednym słowem był duszą zespołu. Zespół pod jego kierownictwem odniósł ogromne sukcesy na scenach całego świata.
Wiślańskie Koło Przewodników zaprosiło w roku 1988 Profesora Stanisława Hadynę na 45
minutowe spotkanie podczas którego obiecał podzielić się wspomnieniami z działalności „Śląska”. Ze względu na skłonność Profesora do gawędziarstwa spotkanie to trwało ponad 3 godziny a wszyscy jego uczestnicy wyszli z niego oczarowani. W czasie spotkania przytoczył wiele wspomnień, których podłoże miało charakter paranormalny. Jedno z nich opisał zresztą w swojej książce „Droga do hymnu”.
W 1959 roku Stanisław Hadyna z zespołem „Śląsk” przebywał na tournee w USA. W czasie pobytu w Nowym Jorku zespół został umieszczony w ekskluzywnym hotelu „Buckingham”. W hotelu tym zatrzymywali się najwięksi artyści, którzy kiedykolwiek koncertowali w Nowym Jorku. Stanisław Hadyna otrzymał dobry apartament składający się z trzech pokoi a noszący numer 510. Jak wspomina Profesor: „ Mam zwyczaj pamiętać co mi się śni na nowym miejscu, bo zgodnie z ludowym przesądem wynikają z tego rozmaite wróżby”. W tę pierwszą noc nic mu się nie śniło – był bardzo zmęczony próbą z nowojorską orkiestrą wspólnie z zespołem. Profesor wspomina jednak: „ …choć jedno zostało i właściwie – jak i się wydaje – to mnie obudziło. Otóż śnił mi się, a raczej ‘słyszał mi się’ we śnie Mazurek Dąbrowskiego ale grany jakoś dziwnie, chorobliwie, z jakimś obsesyjnym charakterem nawrotu, jakby to był pośmiertny mazurek Chopina, ta jego ostatnia kompozycja w życiu, op.68 nr 4.(…) Ktoś grał obok w pokoju. Ale obok nie było fortepianu. Potem przerwał i rozległ się trzask zamykanego wieka klawiatury”.
(….) Następnej nocy po galowym koncercie, znów bez żadnych obrazów sennych i zwidów, dał się słyszeć we śnie ów dziwnie grany, jakby jednym palcem, Mazurek Dąbrowskiego (…) i zgasł przytrzaśnięty spadającym wiekiem fortepianu.
Profesor miał podejrzenie, że ów trzask to hałas powodowany zamykaniem drzwi windy. Kiedy zrobił wymówkę młodzieży mieszkającej na tym samy piętrze usłyszał, że drzwi windy nie mogły trzaskać, bo po prostu rozsuwają się automatycznie.
Apartament 510 był bardzo wygodny ale w jego atmosferze czuło się coś przygnębiającego i ciężkiego, choć bez żadnych określonych powodów. Profesor męczył się w tym apartamencie przez kilka dni i wreszcie, gdy po raz trzeci „przyplątał” się w nocy ten Mazurek Dąbrowskiego, Stanisław Hadyna poszedł do szefa recepcji z prośbą „aby zmienił mu pokój na inny. bo w tym pokoju trapią go jakieś ciężkie sny, ktoś gdzieś gra nade mną czy obok, łomocze wiekiem lub trzaska drzwiami.”
Szef recepcji spojrzał na Profesora dziwnym wzrokiem i powiedział” „Chciałem, żeby było panu jak najlepiej, bo sam mister Hurok (impresario zespołu – FD) interweniował aby miał pan najlepszy pokój maestro.”
- Rozumiem intencje i bardzo dziękuję. Jestem zobowiązany, ale nie mogę w tym apartamencie normalnie spać, duszno mi.
-Bardzo mi przykro ale to bardzo dobry i sławny apartament.
W najbliższych dniach pobytu zespołu w Nowym Jorku, w przerwach między koncertami wspominano sławnych Polaków przebywających w tym mieście. Wielokrotnie wspominano Ignacego Paderewskiego, który, po zakończeniu I wojny światowej bardzo ostro negocjował powstanie państwa polskiego. Jak dowiedział się prof. Hadyna apartament, który mu przydzielono miał dla Polaków wartość historyczną – w nim właśnie mieszkał kiedyś Ignacy Paderewski.
Zacytujmy od tego momentu Stanisława Hadynę:
- Good Morning, sir. Jaka była noc?
Uprzejmość szefa recepcji jest nawet wzruszająca i gdyby nie wątpliwości, dla jakich racji dano mi ten apartament, mógłbym się czuć zaszczycony.
- Tak jak poprzednio. Coś tam chyba zostało… w powietrzu… w ścianach
- Co?
- Czy był tam kiedyś fortepian?
- Oczywiście „Steinway”. Jak zwykle w Nowym Jorku.
- Czy pan tu był wtedy również szefem recepcji?
- Nie, skądże. Ale słyszałem o tym. Panu zależy na informacjach?
- Tak, zależy. Czy jest tu wśród personelu ktoś, kto pamięta?
- Sprawdzę.
Wyciągnął spod lady dość opasłą księgę, odgarnął połowę stron na chybił trafił, potem jeszcze kilkanaście, wodził przez chwilę palcem po pozycjach mamrocząc do siebie w skupieniu, wreszcie oznajmił:
- Jest jeszcze tylko jeden. Ale pracuje dorywczo. Nocny portier.
- Czy on może wiedzieć o Paderewskim coś więcej poza tym, że wchodził i wychodził?
- Może. On był w tamtych czasach boyem hotelowym i obsługiwał miedzy innymi piąte piętro.
- Czy on dziś jest tutaj?
- Będzie wieczorem.
- Jak się nazywa?
- Peter Tarby
- Dziękuję panu.
Wieczorem, po koncercie, zamiast dumać o minionych dziejach, wdałem się w pogawędkę z nocnym portierem.. Z początku nieufnie odburknął, że nic nie wie i nie pamięta, ale gdy mu powiedziałem, że mieszkam w tym apartamencie, że jestem rodakiem prezydenta i jakimś artystycznym powinowatym – odtajał z wolna, zwłaszcza, że mu to w pewnym sensie ułatwiłem w sposób praktykowany wobec portierów.
- To był wielki pan – powiedział, jakby podsłuchał Huroka – grand seigneur. Od razu widać było to po całym jego zachowaniu. Był jednak zawsze poważny, jakby udręczony i powiedziałbym, że na ogół w jego postawie i twarzy było coś kamiennego. Jakby posąg chodził. Ludzie usuwali mu się mimo woli z drogi. Mnie jakoś polubił. Usługiwałem mu.
- Między innymi?
- Nie. Żadne między. Dyrekcja przydzieliła mnie exclusively do jego osoby, bo nie chciał nikogo innego. Jego tu szanowano.
- No, to był ktoś.
- Tak, to prawda. Ale tu był wówczas inny hotel. Inna tu panowała atmosfera. (…) Najbardziej lubiłem jak grał. Pozwalał mi siedzieć w pokoju i słuchać. Co to była za gra!. On mnie nauczył słuchać muzyki. Mam płyty z jego muzyką. Puszczam czasem jak mnie coś najdzie. I wtedy sobie te czasy wspominam.
-Chwilę milczał jakby wracał wspomnieniami do tamtych nocy i dni, a ja ciszy nie zakłócałem. Wreszcie podjął znowu:
- Zwykle chodził do „Russian Tea Room”. (…) Nie zamawiał żadnych drogich potraw, choć bogaty to był pan. Najchętniej jadał naleśniki z serem i śmietaną. Kiedy grał to nie wychodził na posiłki. Nie lubił sobie przerywać grania. Wtedy ja mu przynosiłem naleśniki z serem. Drzwi były uchylone, więc cicho wchodziłem, stawiałem tacę na stoliku i albo słuchałem albo odchodziłem. No, ale przedtem mu się zawsze pokazywałem aby wiedział, że przyniosłem naleśniki i nie pozwolił im ostygnąć.
- A co się stało z meblami? Czy teraz w tym apartamencie stoją te same meble co wtedy?
- Och nie, nie te same.
- A co zostało z tamtych czasów?
- Ściany, sufit, podłoga no i… ja – uśmiechnął się blado.
- Co się stało z meblami?
- Zabrało jakieś muzeum, chyba z Chicago.
- Czy dużo ludzi go wtedy odwiedzało? Pamięta pan kogoś?
- Z początku dużo, potem coraz mniej. Zresztą nie chciał nikogo przyjmować. Chorował… (…)Raz przyniosłem mu z dołu plik listów. Były tam wiadomości, które otrzymał z Polski jakąś specjalna drogą. Bardzo przejęty opowiadał mi później o zamarzniętych dzieciach, o rozstrzeliwaniach, obozach. Pamiętam też jego ostatni dzień. Była jakaś przesyłka , więc poszedłem do góry, ale drzwi były zamknięte. Nie chciałem otwierać kluczem, bo mnie nie wzywał. Stałem niezdecydowany przed drzwiami. Ze środka słychać było granie. Coś grał, ale tak inaczej niż zwykle, jakby jednym palcem. Było to coś wesołego a zarazem bardzo smutnego..
- Jak to?
- No tak. Tak mi się zdawało, że to powinno być wesołe, a było smutne, jakieś dziwne. Miałem klucz i zdecydowałem się cichutko wejść do pokoju. Położyłem listy na stoliczku i na palcach wyszedłem zamykając znowu drzwi. Nie zauważył. Jeszcze krótko grał te melodię. Potem usłyszałem stuk zamykanego fortepianu i zapanowała cisza.
- To ciekawe.
- Raczej smutne, bo już go więcej nie zobaczyłem ani nie usłyszałem. Następny dzień miałem wolny. (..). Przed południem byłem na Jones Beach, a pod wieczór wróciłem do hotelu. Uderzył mnie jakiś niezwykły ruch w hallu i przed hotelem. Zbierali się ludzie. Było ich coraz więcej. Coś mnie tchnęło więc pytam bossa, co się stało. „Paderewski umarł” – odpowiedział. Ogarnął mnie wielki smutek.
- Czy zna pan te melodie , która słyszał pan graną przez niego po raz ostatni?
- Nie, nigdy jej nie grywał ale ja ją zapamiętałem. Takich melodii się nie zapomina – odpowiedział i następnie cicho ją zagwizdał. Trochę pomylił , ale melodie poznałem od razu. To był Mazurek Dąbrowskiego.
Zdarzenie to było jednym z kilku, z którymi Stanisław Hadyna spotkał się w swoim życiu,
które potwierdzały teorię, w którą wierzył a która mówiła , że „ściany, choć nieożywione, zachowują w sobie historię zjawisk których były świadkiem”.
Stanisław Hadyna zmarł w 1999 roku i jest pochowany na cmentarzu „Na Gróniczku” w Wiśle

Facebook
Zwierzolubni