Kiedy to zima złapała na całego pod koniec ubiegłego roku zmarła moja cioteczka w Wiśle.
Dziękuję Bogu, że mnie coś do Wisły w zeszłym roku wygnało i zdążyłam się z nią zobaczyć przed śmiercią (opowiadanie „Jadą wozy drabiniaste”). Do Wisły na pogrzeb z powodu warunków atmosferycznych i zamieszania na kolei nie dojechałam, dojechałam na początku tego tygodnia, kiedy to mrozy odpuściły na chwilę. Grób na Groniczku był jeszcze cały w kwiatach, zupełnie jakby ceremonia odbyła się przed chwilą. Mróz zakonserwował ostatnie kwiaty dla mojej ciotki Heleny.
Nie zaryzykowałam wjazdu na Jarzębatą moim „miejskim” samochodem. Wiem, jak gwałtownie potrafi się zmieniać pogoda w górach. Z godziny na godzinę. Na nocleg zatrzymałam się więc u podnóża Beskidów a o poranku, skoro świt, wyruszyliśmy z Korkiem spacerkiem pod górę.
Na Jarzębatą idzie się dzisiaj wygodnie, slalomem, szeroką, najpierw asfaltową a potem szutrową drogą, która zwęża się wraz z wysokością. W młodości nie bawiłam się w slalomy tylko podchodziłam przez las pionowo w górę i nie sądziłam, że tego słonecznego poranka mój pies mi zafunduje podobną wspinaczkę. Szliśmy więc spacerkiem, ja podziwiałam widoki a Korek wdychał zapach traw na halach.
„ Wyjątkowo malownicza i widokowa trasa. Wiedzie pod górę i wymaga pewnego wysiłku, za to widoki są niezapomniane……Stopniowo droga wyprowadza nas na grzbiet. Z lewej strony mijamy – na niektórych mapach szczyt ten jest niewłaściwie nazwany Czerhlą – (a po chwili) odsłania się nowa panorama, ukazująca otoczenie doliny Brennicy. W tle widzimy pasmo górskie – od prawej ku lewej: Magura, Klimczok (z masztem), Stołów (zalesiony), Błotny ( ze schroniskiem pod szczytem) oraz Wielki i Mały Cisowy. Bardziej w prawo widoczny jest szczyt z podłużną halą i wyraźnym barakiem – to Kotarz, a przed nim grzbiet Starego Gronia. Na pierwszym planie widać grzbiet łączący Trzy Kopce Wiślańskie z Orłową i Równicą” – Franciszek Drewniok, Wisła, Przewodnik Turystyczny.
Kiedy dotarłam do „rodzinnej” zagrody pies dalej hasał jak owieczka na halach. Otworzyłam furtkę i zanim się obejrzałam za siebie on tylko śmignął mi między nogami i wpadł jak burza pomiędzy stado kaczek i zawartość kurnika na wybiegu. Zakurzyło się, załomotało po czym rozbiegło we wszystkie świata strony. Weszłam czym prędzej do domostwa, porzuciłam ekwipunek standardowego turysty, czyli torebkę i aparat fotograficzny, złapałam smycz i pobiegłam na ratunek. Za późno. Zastałam głuchą ciszę, kury na grzędach w kurniku i otwartą stromą halę, wiodąca w dół za domem. Po prawej, tuż obok majaczyły szczyty gór a na horyzoncie rysowała się ściana lasu.
- Kaj Ty? Znalozłoś tego swojego pieska?
ratunek pojawił się nagle za moimi plecami. Z radości rzuciłam się Andrzejowi na szyję.
- Nie. Poszedł w las razem z Twoimi kaczkami
- To ja pójdę. Masz pewnie złe buty. Zostań.
- Idę z Tobą. W góry na szpilkach nie chodzę.
Widziałam panie w najprzeróżniejszym obuwiu zakładanym szpanersko na wycieczkę w góry a potem mniej szpanersko odziane w gips. Ja od zawsze w garderobie mam coś, co ma przeciwpoślizgową podeszwę, jest ze skóry, ciasno sznurowane i sięga za kostkę. W połowie hali, na której nie oglądałam się za siebie, żeby się na tym etapie nie martwić, czy będę w stanie wrócić inaczej niż wciągana dźwigiem, z dali echo przyniosło ujadanie.
- To on, to Korek! Ten głos poznam wszędzie.
Zanurzyliśmy się w las, przez który wartko płynął głębokim wąwozem górski strumień.
- Widzisz go?
- Tak
podbiegłam zdyszana do krawędzi wąwozu i daleko w dole ujrzałam taki oto widok: wielki, biały kaczor desperacko walczył o życie nurzając się w miarę sprawnie w lodowatym strumieniu a tuż za nim, następując mu na pięty, mój kanapowy pies walczył o swoje życie nurzając się mniej sprawnie w wodzie i błocie. Andrzej zsunął się po pionowej ścianie w dół. Ja stałam na górze i nie widziałam innego wyjścia z sytuacji jak tylko wezwać ochotnicze górskie pogotowie ratunkowe.
- Weź kaczora pod pachę
Wziął. Kiedy ptak znalazł się poza zasięgiem wzroku podtopionego psa, ten ochłonął.
- Wołaj go, wołaj
- Korek, Koreczku, choć tutaj psinko
ćwierkałam błagalnie nad przepaścią. A psinka niewiele myśląc wygrzebała się ze strumienia a potem chyżo wdrapała pod błotnistą, pionową ścianę. Kiedy przypięłam już karabińczyk zainteresowałam się Andrzejem
- Z kaczką pod pachą nie wejdziesz na górę
- Pójdę wzdłuż strumienia, Ty idź górą
Poszłam. Wdrapałam się jakimś cudem – nawet bez wielkiego problemu, tak mnie stres pchał pod górę, w dodatku z obciążeniem, gdyż Korek z tęsknoty za kaczorkiem ciągnął mocno w dół. Mój mały pieseczek jest niesłychanie silny. Umięśniony jak kulturysta ćwiczący codziennie na fitness. Trzeba pary w rękach, żeby go utrzymać na smyczy jak już sobie coś upatrzy. Ponownie weszłam w obejście a tutaj przywitał mnie pies i dwa koty. Czarne, psie bydlę zjeżyło się na grzbiecie po czym dopadło resztek ogona Korka. Swojego psa podciągnęłam pod górę ale tamten nie puścił. Koty przyglądały się obojętnie. Stałam więc jak sierota z dwoma psami dyndającymi w powietrzu na smyczy. I znowu ratunek pojawił się nagle w postaci Darka:
- Puszczaj, poszedł ty, do budy!
Przycumowałam Korka w bezpiecznym miejscu i poszłam się witać. Edi popatrzył na mnie
z troską w oczach i kiedy poprosiłam o herbatę postawił na stole butelkę czerwonego wina….
Była jedenasta rano i cały dzień przed nami.
Popołudnie spędziłam „po kominach” , przyjmowana byłam ciepło i serdecznie. W jednym z domostw przywitały nas z Korkiem ponownie dwa koty, które tym razem nie patrzyły obojętnie na mojego psa.
Pan Paweł Szarzec, lat dziewięćdziesiąt z okładem, który chadzał do szkół z moją brazylijską cioteczką, Janką Pilchówną, włożył w moje dłonie Śpiewnik Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego Andrzeja Wantuły, wydanie III, a mnie jakaś klapka odskoczyła w głowie. Ks.bp Andrzej Wantuła, ur. 1905 w Ustroniu, zm. 1976 w Warszawie. Biskup Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w PRL – Wikipedia. Ksiądz biskup Wantuła był zaprzyjaźniony z moją rodziną, w moim warszawskim domu wspominano o nim a mama się z nim widywała. Pamiętam jak przez mgłę, jak przez mgłę, więc nie będę zmyślać. W Śpiewniku odnalazłam dwie pieśni o numerach 231, 397 autorstwa Janki Pilchówny:
Pieśń 231
Przed Twym tronem, Boże w niebie
Aniołowie chwalą Ciebie
I na ziemi wiernych rzesza
Z nimi przed Twój tron pospiesza
Cześć i dzięki Twej miłości
Że z ojcowskiej Opatrzności
Nad Twej wiernej trzódki kołem
Z aniołami czuwasz społem
Tyś mi kazał mieć na pieczy
Nieudolny ród człowieczy
Stąd więc miejsca nie dam trwodze
Na niepewnej świata drodze
Pewien będąc ich pomocy
W niebezpiecznej przygód mocy
I ufając Ci serdecznie
Patrzę w przyszłość swą bezpiecznie
Niewidzialnie pośród gromów
Strzeże anioł naszych domów
I wśród wielkich nieszczęść toni
Wiernych Pańskich zawsze broni
Dziatek małych on istnienia
Już od chwili urodzenia
Jak źrenicy oka strzeże
I w opiekę swoją bierze………
Drugą pieśń i inne wiersze Janki Pilchówny można odnaleźć w zakładce „wiersze – Janka Pilchówna” niniejszej strony.
Z Jarzębatej nie zeszłam o własnych siłach tylko zostałam zwieziona, ja i mój utytłany w błocie pies. Trochę mi szkoda, gdyż tym razem wiele mnie ominęło, tego, co już bardzo dobrze znam i kocham i ciągle odkrywam od nowa:
„ Schodząc pomiędzy domami Jarzębatej podziwiamy panoramę grzbietu granicznego: od
Czantorii przez Soszów, Cieślar, Stożek (widać polanę ze schroniskiem) aż po Kiczory (z wyrębem lasu w partiach podszczytowych). Między Stożkiem a Kiczorami, na pierwszym planie widoczna jest Kobyla. Po lewej stronie widnieje szczyt Kozińce z masztem TV (na tle lasu) i charakterystycznym obok niego dachem Bruclika. Na lewo od Kozińców wyłania się górna część doliny Wisły. Pod nami, po lewej stronie widać dolinę Gościejowa, a za nią masyw Czupla. W dole, przed nami, otwiera się dolina Dziechcinki” - Franciszek Drewniok, Wisła, Przewodnik Turystyczny.
Facebook
Zwierzolubni
Korek robi furorę :] i widać znajdzie się w każdej sytuacji, nawet jako ‘Góral’