Opowiadanko o Aleksandrze napisał dla mnie Adam w połowie listopada zeszłego roku. Być może, żeby się wytłumaczyć ze swoich nagłych, przedłużających się nieobecności, gdyż nie po raz pierwszy a i zapewne nie ostatni, zdarzyło mu się zniknąć z mojego pola widzenia. Przez pole widzenia rozumiem brak nowości a, że u Adama ciągle się coś dzieje, nowości tych jestem, co tu dużo pisać, spragniona.
Ivonne Kochana.
Byłem, zobaczyłem, wróciłem… Jestem jeszcze lekko oszołomiony, nie tyle świeżym powietrzem (to też!) wiejskim, co bardziej spotkaniami i dyskusjami z mieszkańcami pewnej wsi leżącej z dala od głównych szlaków komunikacyjnych i wielkich siedzib ludzkich.
Ivonne, do Aleksandry wyruszyłem w sobotę rano z moim koleżką od ponad 30 lat. Kolega ten pochodzi z Białogona (kiedyś to była podkielecka wieś, dzisiaj dzielnica), o którym, kiedym był pacholęciem, krążyły ponure opowieści. Białogon bowiem słynął jako matecznik zakapiorów, słynnych kieleckich scyzoryków. Jeśli ktoś chciał zarobić w mordę, w Białogonie miał mordobicie jak w banku.
Kiedy – była i ukochana skądinąd – małżonka kolegi pewnego słonecznego poranka dowiedziała się, że jej matka pochodzi ze starego, znanego rodu szlacheckiego spod Lwowa, mojemu przyjacielowi całkowicie odbiło. Zapragnął ze swej rodziny, kiedyś małorolnych chłopów, na siłę także zrobić szlachtę, a z Białogona siedzibę najznamienitszych rodów arystokratycznych II Najjaśniejszej. Jego„Fioł” byłby niegroźny, gdyby nie doprowadził do ostygnięcia uczuć do małżonki, której miał za złe, że jest udokumentowaną szlachcianką, a nie chłopką i zaczął ją traktować jak chłopkę, co doprowadziło do spektaklu, niemal antycznego, przed marsowym obliczem Wysokiego Sądu. Niestety, będąc biernym widzem przedstawienia, nie doznałem katharsis, a konflikt tragiczny stał się konfliktem komicznym. Nawet śladu fatum nie było. Lubię tego mojego koleżkę,, zwłaszcza w ostatnim stadium wspólnego picia wódki, kiedy zaczyna snuć opowieść o szlacheckiej proweniencji swojego rodu.
I tak właśnie z rzeczonym kolegą w pochmurny sobotni ranek, zaopatrzywszy się przezornie uprzednio w podstawowe artykuły spożywcze, udałem się do kolegi z czasów studenckich – Władka. Kiedyś wspomniałem Ci o nim. To ten mężczyzna, który ma na stanie ponad 100 sztuk różnego ptactwa domowego, dwie krowy, dwa psy i kota. Władek do niedawna parał się procesami dydaktycznymi, ale od pewnego czasu poświęcił się bez reszty wyżej wymienionemu ptactwu oraz wygódce, którą buduje z godną podziwu zażartością i determinacją.
Do wsi Władka, odbiwszy od głównego szlaku, mieliśmy około 10 km piechotą. Słońce, chociaż była to prawie połowa listopada, przygrzewało coraz bardziej – wisiało w połowie drogi między wschodem a południem, nad lasami, tak że krzewy i nieliczne drzewa, hen! daleko na zaoranych polach na pagórkach niewielkich kładły się cieniami. Cicho było, ciepło, sennie nieco… bosko! Na wysokim błękicie leżały bezładnie porozrzucane białe chmury, postrzępione, barany przypominające…
Kiedyśmy dochodzili do wsi, spotkaliśmy znanego nam z poprzednich niezapowiedzianych wizyt gospodarskich Czcigodnego Dobrodzieja miejscowego. Dobrodziej jest ewenementem na skalę powiatu, ponieważ na początku wakacji pobił się z wikarym o kasę. W kilka dni po tym wydarzeniu bawiliśmy w Aleksandrze i w niedzielę w przypływie nadmiaru uczuć religijnych udaliśmy się do miejscowego Domu Bożego. Kościół był pełny, nawet najstarsi chłopi nie pamiętali takich tłumów na niedzielnym nabożeństwie. Wszyscy z napięciem (kudy tam religijne przeżycia!) oczekiwali słów:
„Przekażcie sobie znak pokoju”.
Słowa te padły z ust proboszcza, obok stał wikary. Zaległa cisza… Przekażą sobie ten znak, czy nie? Po chwili wahania… obaj odwrócili się do siebie plecami. Kościołem zatrząsł taki śmiech, jakby ludzie niesieni wszechogarniającym patriotyzmem, zaczęli ryczeć „Boże, coś Polskę”. Należy, w gwoli sprawiedliwości, podkreślić, że Ksiądz Dobrodziej jest przykładnym ojcem dwóch dorodnych córek oraz kochającym prawie-mężem fajnej kobitki, która na plebani sprząta, gotuje, mieszka i pociesza Pasterza.
Z Dobrodziejem wymieniliśmy serdeczne „Niech będzie pochwalony…” (księdzu się coś pomyliło, bo odpowiedział „Bóg zapłać”), chowając za plecy otwarte flaszki „Tyskiego”, które popijaliśmy po drodze, albowiem temperatura wzrosła okrutnie i bardzo chciało nam się pić.
Już dochodziliśmy do siedziby rodowej Władka, gdy spotkaliśmy byłego sołtysa – znanego nam – który onegdaj zabłądził we własnej wsi, poszukując w nocy meliny oraz natknęliśmy się na Andrzeja zwanego Lalusiem. Parę lat temu po zatargu z Ruskimi na kieleckim bazarze Laluś zmuszony był ze łzami w oczach opuścić stolicę województwa i osiąść w rodzinnej Aleksandrze. Bezskutecznie poszukuje żony, grywa na giełdzie i upycha worki z pieniędzmi w starej ziemiance (jedyny obiekt muzealny we wsi!). Laluś zraził się do banków, gdy pewnego dnia kazały mu spłacać zaciągnięte kredyty. Zresztą nienawiść jest obopólna.
Tak więc czwórką wkroczyliśmy w dobra Władkowe, śpiewając „Przybyli ułani pod okienko”. Co było dalej? Nie pomnę dokładnie. W pewnym momencie Władek postawił na stole bimber żurawinowy własnej produkcji. Gwarzyliśmy o latach naszej młodości, wspominając chwile spełnione i te niespełnione. Czysta żołądkowa wzmocniona żurawinowym bimbrem wspaniale masowała nasze trzewia i zwoje mózgowe.
Kiedy Władek z koleżkami wyszedł na gumno zadać gadzinie, ja usiadłem wygodnie w fotelu. Wtem coś mignęło, zaszumiało, błysnęło i coś mignęło tuż koło mnie jak wicher, wywracając w pędzie, o zgrozo, butelkę wspomnianego wyżej napoju. Ciecz poczęła spływać powoli, oblewając złotawo-amarantowym strumieniem karty otwartych ksiąg, leżących, jak przystało – majestatycznie, ku pokrzepieniu serc – na stole polskiego domu o wielkich tradycjach patriotycznych. Spojrzałem: był to „Sienkiewicz”…
Nagle usłyszałem dziwne szmery, stukoty, ktoś jakby śpiewał…”Gdybym ci ja miała skrzydełka jak gąska…”
W ubogiej chacie Kiemliczów za wsią żyje z pensji nauczycielskiej pani Horpyna na kocią łapę z Piastem Kołodziejem i dwiema córkami: Ligią i Marynią Połaniecką z pierwszego małżeństwa. Wracając z nocnej wycieczki Krzyżacy w otoczeniu wiernych Litwinów, wiozących w kulbakach złoto MacKenny, dostrzegli Stasia Tarkowskiego, którego ujeżdżała śliczna jak obrazek Nel gibając się w charakterystycznym wyżej – niżej, niżej – wyżej, w lewo – w prawo, w prawo – w lewo. Nagle Staś dostrzega Ligię bez wstydu ale za to w majtkach(?!), zajeżdża przed ganek jako młody panek i zakochuje się w niewinnym dziewczątku. Ale zawistny sąsiad, Maćko z Bogdańca sprowadza okrutnego, ale za to o gołębim sercu, Azję Tuchajbejowicza, który ją zniewala ku uciesze gminu, a ten okiem i szkiełkiem dostrzega dziwy, o jakich nie śniło się waszym filozofom.
Przy współudziale Orszulki co to właśnie wielkie pustki uczyniła ojcu swym zniknieniem nagłym, postanawia zawieźć Ligię w darze okrutnemu Neronowi. Ligia ma nago ukazać się na arenie ogromnego stadionu narodowego – w budowie będącego – na grzbiecie schłodzonego żubra. Ale ofiarny poganin, Winicjusz, poświęca się i na szczęście w ubraniu zajmuje jego miejsce, ratując go z opresji.
Wspólnie uciekają…
Rozwścieczony Neron wysyła w pogoń swych wiernych pretorian na czele z pułkownikiem Wołodyjowskim i podpala Rzym, aby oświetlić ścigającym drogę. Koń pułkownika biegł stępa aż stępiał do reszty! Mały Rycerz zakochuje się w Ligii i po kilku upojnych minutach pozwala jej częściowo ujść cało przy widocznej konfuzji pięknej Ligii, a Neronowi pokazuje w wymownym geście dwa nagie miecze.
Nareszcie w rodzinnym Soplicowie nad Niemnem! Schodzą się woje, wuje, boje, buje, koje, kuje, chu…(przepraszam, cenzura!), aby wysłuchać małej i wielkiej improwizacji o straszliwych przygodach Ligii. Nagle jedną z sąsiadek, p. Telimenę, oblazły mrówki niczym robactwo świeżego trupa. Od nich starają się po sąsiedzku uwolnić ją panowie Wokulski i Zagłoba.
A oto radosny happy end – Bar wzięty! Staś Tarkowski prowadzi do ołtarza spłonioną Ligię, p. Zagłoba Telimenę wraz z mrówkami, które w sile jednej chorągwi przeszły w intymne okolice ciała tegoż pana Onufrego, Piast Kołodziej w przebraniu (dla niepoznaki) Ulryka von Jungingena – prowadzi przed oblicze przeora Kordeckiego rozpłonioną Zosię, co się Oleńką okazała. Maćko z Bogdańca ulega prawicowemu przełomowi i zaślubia Danuśkę. Jurand, tocząc łzę ze wzruszenia z ciemnego oczodołu bierze za żonę pana Podbipiętę, który w międzyczasie sześć łbów kozaczych strącić raczył i właśnie popijał z tej okazji Kosher Vodkę z królem Władysławem.
Wszyscy się cieszą, a Jankiel gra na rogach Wojskiego, które mu przyprawił p. Skrzetuski.
Nagle szmery i szepty ucichły. Widocznie bohaterowie Sienkiewiczowscy odzyskali
równowagę duchową, zachwianą na chwilę paroma kieliszkami czystej żołądkowej wzmocnionej żurawinowym bimbrem.
Władek sposobił się do wyjścia na poranną Mszę… Mój koleś szczekał, kaczki ujadały, krowy piały… mnie też zachciało się piać…
Podniosłem się z fotela i uczułem, że nogi mi się cokolwiek plączą…
Wróciłem do domu we wczorajsze niedzielne późne popołudnie z „Sienkiewiczem” pod pachą. Kolega plątał się obok mnie lekko nieczynny.
Spieszę donieść, kochana Ivonne, że czuję się dobrze.
…i znowu zostaję sam!
„Całuję Twoją dłoń”… Kretyn to napisał! Całuję Cię… Ivonne.
Adam.
Postacie literackie, wymienione przez Adama, skąd inąd są mi znane, łącznie ze złotem McKenny. Wiem więc, na szczęście, o kim pisze, choć do jego wiedzy mocno mi daleko. Nie mogę się zgodzić z Adamem jednakże, że Telimenę oblazły mrówki, niczym robactwo świeżego trupa.!!! Mnie kiedyś też oblazły i w związku z tym wzięłam powyższy tekst, jak to się mówi, do siebie.
Jak piorun w mrowisko
Czule dotknąłeś. Pod dłoni zgięciem
W uśpione mrowisko piorun uderzył
Miliony obudził maleńkich żołnierzy
Do marszu ruszyły różdżką muśnięte
Błyskawicą nóg wielu stawiały kroki
Mrówka za mrówką na przedramieniu
By na ocean szybko wpłynąć szeroki
Rozproszyć fale bystrym strumieniem
Pod górę wspiąć się marszu rozpędem
Tempo spowolnić szalone przypływu
Rozlać się miękko aż fala przybędzie
W dolinę drżącą od długiego odpływu
Fazy księżyca razem z ziemi obrotem
Burzą wodę w oceanach bezmiernych
Piorun rozbudza robotnic dom sennych
Gdy uderzy w mrowisko przelotem….


Facebook
Zwierzolubni