Kot w telewizorze – Adam

Witaj Malutka Ivonne…
Tak długo do Ciebie nie pisałem, więc rozsądnym jest przypuszczenie, że wyrzuciłem Cię ze swego serca. Otóż śpieszę donieść, Kochana Ivonne, że teza to nad wyraz śmiała i nieznajdująca  potwierdzenia w otaczającej Ciebie i mnie rzeczywistości. Nigdy nie zrobiłbym czegoś równie potwornego!     (akapit)
Jak dawniej zaczynano listy…? Aha, już wiem. Leciało to mniej więcej tak:   (akapit)
„W pierwszych słowach mego listu zapytuję, czy wszyscy u Ciebie zdrowi, bo u nas wszyscy zdrowi, czego i Wam życzę”. Z dalszych fragmentów listu wynikało, że to wcale nieprawda, ponieważ wuj cierpi na hemoroidy (tu następował dokładny opis dolegliwości wuja), wujenka przestała trawić (też opis), a syn wujostwa znarowił się niczym młody ogier i skopał ślubną (brak opisu).  Koniec listu też był charakterystyczny: „Kończę już i przesyłam ukłony dla Stryja, Stryjenki oraz Marusia, Czarusia, Romusia, Walusia i Zochy. Nie kłaniajcie się Irce, bo to zdzira i nic dobrego Was przy niej nie spotka. Może przyjedziecie na żniwa, bo roboty u nas huk. Odpoczniecie se u nas a i mlika prawdziwnego od krowy popijeta. Wasz kuzyn Józkowy”.
Tak, z rozrzewnieniem wspominam tamte listy – to była epistolografia podniesiona do rangi sztuki najwyższej próby.     (akapit)
Dzisiaj zostały nam esemesy i maile. Oto otrzymałem bardzo ważnego esemesa od Prezesa: „Co robisz”. Odpowiedziałem wyczerpująco: „Nic”. Zaraz potem(!) wystukałem na klawiaturze: „A co” z nadzieją na atrakcyjne  popołudnie. „Nic kurwa”- otrzymałem po chwili satysfakcjonującą mnie niekoniecznie w pełni odpowiedź.  Zwracam uwagę, Ivonne, na fakt nieobecnych w tych esemesach wielkich liter i znaków przestankowych, bo któż by się takimi drobiazgami przejmował!? Za to „byków” zatrzęsienie. Piszę o tym ze łzami w oczach, „bom miłośnik polszczyzny okrutny”. Oj, upadają w Najjaśniejszej zwyczaje oraz obyczaje, oj, upadają! I nie dotyczy to tylko techniki picia wódki.      (akapit)
A propos Prezesa. Mój koleżka, o którym poniekąd już Ci donosiłem, jest żywym exemplum  na to, jak Opatrzność potrafi czuwać nad nami. Otóż na początku lipca roku ubiegłego (jak ten czas leci!) dotarło do mnie za pośrednictwem służb (nie)specjalnych zaproszenie do złożenia wizyty w dobrach Prezesa.  Wziąłem ze sobą oprócz „towaru” dwie moje wnuczki. Pomyślałem, niech się dzieciaki wyhasają na łonie natury, może opierzoną kurę zobaczą, bo jak dotąd, to tylko bezwstydne nagie kurczaki widują, może krowa się jaka żywa trafi albo inny koń. Tym bardziej, że wizyta miała trwać kilka dni, a więc szanse na zobaczenie żywego schabowego były dość duże.      (akapit)
Na miejscu okazało się, że Prezes nabył od pewnego plebana za 50 zł telewizor, którym przedtem nie dysponował. A więc miało to być uroczyste, inauguracyjne, wspólne oglądanie telewizji ze szczególnym uwzględnieniem meczów mistrzostw świata w piłce kopanej.   (akapit)
Kiedy wnuczki już spały, zasiedliśmy przed tajemniczą skrzynią. Prezes zdjął z niej serwetę czy inne prześcieradło, którym była nakryta i przed naszymi oczami ukazał się w całej dostojności  On, telewizor! Był piękny, czarny, z dużym ekranem, stereofoniczny… po prostu wspaniały, cudo! Przez prawie 10 minut zachwycaliśmy się pięknem telewizora. Prezes z zachwytu zaczął przechodzić powtórną mutację opowiadając, jakim to hartem ducha musiał się wykazać, aby wejść w posiadanie tego cudownego wytworu myśli technicznej człowieka.   (akapit)
I oto nadszedł od dawna wyczekiwany moment. Prezes ujął w swe czcigodne dłonie urządzenie zwane pilotem. Nacisnął odpowiedni guzik i… Nic. Nacisnął ponownie… Znowu nic się nie stało. „Musi się nagrzać” – rzekł. „Nagrzany to ty jesteś” – pomyślałem, ale zaraz zaświtała mi myśl prosta niczym wystrzał z Aurory – być może Prezes został szczęśliwym posiadaczem telewizora lampowego, co podniesie jego wartość jako zabytku, a samemu Prezesowi umożliwi założenie muzeum techniki w jego mieszkaniu.    (akapit)
Tak czy inaczej dość długo czekaliśmy na chociaż najmniejszy rozbłysk na ekranie. Prezes zaczął naciskać nerwowo pozostałe guziki pilota, ale nic się nie wydarzyło. „Kurwa, przecież wczoraj chodził!!!” – zawył Prezes i w dalszej części wypowiedzi popisał się dogłębną znajomością łaciny. Nic nie pomogło, telewizor pozostał niemy i głuchy.
Jak wykazało późniejsze, wielotygodniowe śledztwo oraz cała seria ekspertyz przyczyną zgonu telewizora był sam Prezes.  Otóż nabył on telewizor od pewnego, jak wspomniałem, starszego i bogobojnego księdza proboszcza. Ale to nie był błąd. Błędem Prezesa i to kardynalnym był fakt, że przed włączeniem odbiornika nie padł na kolana, nie przeprowadził rachunku sumienia, nie przeprosił za przeszłe i przyszłe grzechy a grzesznik z niego że ho, ho…! Śledztwo wykazało jeszcze jedną okoliczność. W przeddzień feralnego dnia wieczorem Prezes pofolgował swoim chuciom, oglądając polskie suczki czy foczki na kanale „Polonia 1”. Opatrzność nie mogła milczeć!        (akapit)
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Prezes wypatroszył telewizor, a w jego wnętrzu schronienie znalazł prezesowski kot.     (akapit)
Przez kilkanaście tygodni nic się nie działo. Nagle, na przełomie września i października doszła do mnie informacja, że w dobrach Prezesa nastąpił groźny wybuch. Okazało się, że mój koleżka nabył drugi telewizor, ale Niebiosa dalej nie były mu przychylne. Kiedy wieczorem oglądał program delektując się wspaniałym odbiorem, coś zaiskrzyło, zadymiło i w potężnym wybuchu ekran telewizora zapadł się. Prezes doznał szoku i przez parę dni trzęsła mu się ręka jak u pewnego dyktatora znanego z historii. Śledztwa już nie przeprowadzono, ale wieść gminna niesie, że Prezes oglądał w tym feralnym momencie film na „Discovery Geographic” o życiu małych foczek.     (akapit)
Trzecie podejście Prezesa do zatrzymania przy sobie w jakim takim zdrowiu telewizora także zakończyło się niepowodzeniem. Tym razem w roli Niebios wystąpił prezesowski kot, który nasikał z góry na włączony odbiornik, a to co wydobyło się z wnętrza prezesowskiego kota skutecznie dokonało zwarcia i telewizor zgasł. Na amen.     (akapit)
Obecnie Prezes nie dysponuje urządzeniem do odbioru programu telewizyjnego. Codziennie odwiedza sąsiadkę, starszą panią i razem oglądają program telewizji „Trwam”. Trwa w wierze niezachwianej, że w końcu Opatrzność zwróci się do niego przodem, tym bardziej, że zamierza kupić kino domowe z ekranem wielkim jak ściana. Ciekawe tylko, co zrobi prezesowski kot, który od pewnego czasu ma chory pęcherz.      (akapit)
Kochana Ivonne, w ostatnich słowach mego listu pozdrawiam Ciebie i Twego psa  o bardzo działającym na wyobraźnię imieniu Korek. Ale, zaklinam Cię, nie pozwalaj mu włazić na telewizor!
Całuję i pa, pa, pa…
Adam.

Zdezorientowanym w kwestii „akapitów” spieszę wyjaśnić, że podyktowane zostały moją ortograficzną i literacką niesubordynacją. Po ukończeniu szkoły średniej dwukrotnie zdawałam na Uniwerek Warszawski na filologię orientalną i dwukrotnie umoczyłam z gramatyki języka polskiego. Nie mogłam przeskoczyć partykuł i tym podobnych dziwolągów niezmiennie zasypiając nad podręcznikiem. Adam wlał w moje serce nadzieję, że może nareszcie znalazł się na tym świecie belfer, który sprzeda mi temat inaczej, niż nucąc kołysankę do snu. Na orientalistykę już zdawała nie będę. Orient Expressem to bym się przejechała…..

Zdjęcia: Katarzyna Gardyńska

Ten wpis został opublikowany w kategorii Listy cokolwiek psychiczne - Adam, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free