Niesłychanie piękna i dostojna, wzbudza emocje wszędzie tam, gdzie się pojawia. Z
nastroszoną blond fryzurą i kunsztownym makijażem jeszcze nie tak dawno była niedoścignionym ideałem olśniewającej gwiazdy dla dziewczyn i ideałem kobiety dla chłopców, którzy wieszali plakaty z jej podobizną nad swoimi łóżkami i kochali się w niej skrycie.
Jej znakomite piosenki przez lata okupowały szczyty list przebojów w Europie i na świecie. Tajemnicą sukcesu był m.in. jej charakterystyczny głos – pełen żaru i uczucia, który ujmował słuchaczy swym pięknem i wzbudzał wielkie emocje.
Świat oszalał na punkcie Kim Wilde, gdy miała zaledwie 20 lat. Jej debiutancki singiel „Kids in America” zrobił furorę na listach przebojów i do dzisiaj jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i cenionych utworów w historii muzyki rozrywkowej. Powstał parę lat wcześniej, w pokoju o rok młodszego brata Kim, Ricky’ego. Początkowo to on – nie ona – miał zostać gwiazdą. Zaczął odnosić swoje pierwsze sukcesy już na początku lat 70, kiedy jako młody chłopiec zachwycił Europę kilkoma przebojami.
Jednak los chciał inaczej, gdy w 1980 roku szef wytwórni RAK odkrył młodziutką Kim i zaproponował jej kontrakt. Ricky stanął u boku siostry, ale jako producent i kompozytor. Większość piosenek jakie Kim nagrała w ciągu 30-letniej już kariery, wyszły właśnie spod pióra jej brata.
W ciągu kolejnych kilku lat Kim wydała kilkanaście do dzisiaj rozpoznawanych przebojów, takich jak: „Cambodia”, „View from a bridge”, „Love Blonde”, „The Second Time”, „You Keep me Hangin’on”, „You Came”, „Never Trust a Stranger” czy „Four Letter Word”.
W początkowych latach jej muzyka była dość nowatorska, charakteryzowała się niezwykłymi klimatami, tworzonymi na analogowych syntezatorach, z mrocznymi tekstami, często inspirowana legendarną grupą Pink Floyd. Jej twórcami w większości byli ojciec – popularny w latach 60 wokalista i wspomniany już brat, Ricky. W późniejszym okresie coraz więcej do powiedzenia miała sama Kim, która zaczęła pisać dla siebie piosenki. Z młodej, szalonej i „dzikiej” dziewczyny zaczęła przeistaczać się w piękną, dojrzałą kobietę czego odzwierciedleniem była jej muzyka w późniejszym okresie.
Jednak pomimo odnoszonych sukcesów na całym świecie, Kim Wilde nigdy nie przypominała typowej gwiazdy muzyki pop. Sława nie uderzyła jej do głowy. Zawsze trzymała się z dala od narkotyków i alkoholu, nie wdawała się w głośne romanse. Nigdy także nie wywoływała skandali, które dla wielu gwiazd były warunkiem utrzymania się w show biznesie.
To co osiągnęła, zawdzięcza jedynie swojej muzyce i nieprzeciętnej osobowości scenicznej, jaką wykreowała ciężką pracą.Niewątpliwie jej wielkim atutem, dość rzadko spotykanym w świecie muzycznym, była wrażliwość. Nie zawsze pomagało jej to w karierze, a na początku lat 90 spowodowało także wiele problemów, także tych osobistych.
Na szczęście szybko wyszła z tego obronną ręką, a dotychczasowe doświadczenie pomogło jej patrzeć z większym dystansem na biznes muzyczny i swoją karierę. Także coraz częściej marzyła o stabilizacji, znudzona show biznesem, szukała dla siebie nowego miejsca w świecie.
I wtedy otrzymała propozycję zagrania jednej z głównych ról w popularnym musicalu „Tommy”, który w 1996 roku był wystawiany na deskach londyńskiego West End-u. Tam poznała Hala Fowlera, swojego przyszłego męża i ojca dwójki jej dzieci. Wkrótce pochłonięta swoją nowa rolą żony i matki, porzuciła na dobre muzykę, zniesmaczona wydarzeniami, jakie zaistniały między nią a wytwórnią fonograficzną, z którą wówczas współpracowała.
Kim poświęciła się swojej nowej wielkiej pasji – ogrodnictwu. Wkrótce stała się szanowaną ekspertką w dziedzinie projektowania ogrodów. Wystąpiła w wielu programach telewizyjnych, zdobywała nagrody, a także wydała 4 książki o tej tematyce, z których dwie to bestsellery.
Ogrodnictwo stało się dla niej sposobem na życie a także rodzajem terapii. Ogród – to było miejsce, gdzie mogła się wyciszyć a jednocześnie wychowywać swoje dzieci, zastępując im bajki w telewizji zabawami w ogrodzie.
Tak więc w połowie lat 90 Kim Wilde porzuciła, jak się mogło wydawać, na zawsze muzykę i powiedziała, że nigdy do niej nie wróci. Czas pokazał jednak, że „nigdy” nie należy mówić „nigdy”. Kim nie potrafiła uciec przed tym, co w jej życiu wciąż było najważniejsze, na czym się wychowała i co sprawiło, jakim stała się człowiekiem. Muzyka od najmłodszych lat była obecna w jej domu, potem stała się jej życiem, a paroletnia rozłąka jedynie uświadomiła Kim, jak dalece się myliła wierząc, że potrafi bez niej żyć.
Już w 2002 roku dobra koleżanka po fachu, Nena, pomogła jej wyjść z domowych pieleszy i przypomniała smak sukcesu. Niemiecka wokalistka zaproponowała Kim, by nagrała z nią jedną z piosenek z okazji 20-lecia swojej kariery. Obie zaśpiewały piosenkę „Anyplace Anywhere Anytime”’ która w 2003 roku niespodziewanie podbiła europejskie listy przebojów. To był początek tego, co nastąpiło w 2006 roku, kiedy to Kim zapowiedziała powrót z nową płytą, pierwszą po 11- letniej przerwie. Płyta zatytułowana wymownie „Never Say Never” (‘Nigdy nie mów nigdy’) była nowym początkiem, nie tylko dla Kim ale i dla jej najwierniejszych fanów, którzy nigdy nie przestali wierzyć w jej powrót na scenę.
Album nie stał się światowym bestsellerem, ale tego nikt nie oczekiwał. Składający się po części z dawnych przebojów gwiazdy na nowo zaaranżowanych, został jednak zauważonym i docenionym „krążkiem” w świecie muzyki a samą Kim utwierdził w przekonaniu, że warto było wracać.
W 2007 roku wyjechała w swoją pierwszą od 13 lat trasę koncertową i na scenie pozostaje do dziś dnia wciąż koncertując.
Po kolejnej, odbytej w 2009 roku trasie koncertowej, podbudowana wielkim sukcesem tych występów, wraz ze swoim bratem ponownie weszła do studia.
Pod koniec sierpnia 2010 roku świat muzyki otrzymał 11. studyjny album Kim Wilde: „Come out and Play”, który zaskoczył nawet najwierniejszych fanów. Pełen klimatów lat 80 i mocno zanurzony w stylistyce pop-rockowej, także puszczał oczko w stronę młodszej publiczności. Kim pokazała, że ma wciąż w sobie tą zadziorność rockową, a przy tym jest zupełnie dojrzałą artystką, której walory głosowe są nieocenione. Wśród fanów pojawiła się opinia, że jest to jeden z najlepszych albumów w jej karierze i okazał się wielkim sukcesem artystki.
Płyta wyszła niedługo przed 50 urodzinami Kim, a w tym roku artystka obchodzi swój
jubileusz – 30-lecie kariery. Gdy piszę te słowa, Kim przygotowuje się do swojej kolejnej trasy koncertowej, promującej nie tylko nowy album, ale także i będącej podsumowaniem wspaniałych 30 lat pracy artystycznej.
Jaka Kim Wilde jest dzisiaj? Taka, jaka była zawsze. Skromna i zachwycająca zarazem. Prostolinijna i naturalna, co udało się jej zachować, pomimo tak długiej kariery. Sodówka nie uderzyła jej do głowy. Pamięta o osiągniętych sukcesach, jednak nie patrzy za siebie, a jeśli, to tylko po to, aby korzystać z doświadczeń niegdyś zdobytych.
Gdy staje na scenie przed swoją publicznością, nie zdaje się być wielką gwiazdą, która niegdyś zdobyła pierwsze miejsce listy amerykańskiej i była niekwestionowaną ikoną lat 80. Żywi ogromny respekt dla fanów zgromadzonych pod sceną i za każdym razem dziękuje im, że wciąż są z nią.
Scena jest jej żywiołem, miejscem, gdzie czuje się najlepiej, i która daje jej wiele radości. Pełna temperamentu staje się znowu młodą, rockową dziewczyną, szalejącą na estradzie, którą kiedyś pokochał świat. Spontaniczność jest jej atutem i niewątpliwym darem, który znakomicie wykorzystuje na scenie, dodając do tego ogromne poczucie humoru i ogromny dystans, jakim darzy własną osobę.
Kim Wilde jest dowodem na to, że muzyka nie jest tylko sposobem na zarobienie pieniędzy i nie trzeba być szokującą Lady GaGą, by świat docenił i zauważył to, co w artyście jest najcenniejsze.
Wychowała się w muzycznej rodzinie, w której już rodzice śpiewali i swoją pasję przenieśli na dzieci. Obok brata Kim, który jest nieocenionym animatorem jej kariery, piosenkarką jest także jej o 19 lat młodsza siostra, Roxanne, a bratanica, Scarlett, śpiewa obecnie w zespole ciotki i niedługo wyda swoją pierwszą płytę.
I tak, jak jej rodzice niegdyś, teraz Kim swoją pasję przenosi na swoje dzieci. Obecnie 13-letni syn Harry z powodzeniem gra na gitarze i zadebiutował niedawno na płycie swojej mamy, grając solówkę w jednej z piosenek. Natomiast jego o 2 lata młodsza siostra, Rose, uczy się śpiewać i chce kiedyś iść w ślady swojej mamy… Kim wciąż żywi nadzieję, że kiedyś zdąży jeszcze wystąpić na scenie ze swoimi dziećmi.
Powrót Kim na scenę w 2006 roku stał się także szansą dla jej oszalałych ze szczęścia fanów, którzy w czasach Internetu, otrzymali możliwość zobaczenia ją w końcu na żywo, po latach zwątpienia, że to kiedyś nastąpi. Niewątpliwie i ja byłam wśród nich, kiedy 5 lat temu niespodziewanie Kim zagrała koncert w naszym kraju i moje trwające wówczas przeszło 17 lat marzenie spełniło się. Znowu oszalałam…
Wraz z grupą przyjaciół jeździmy na kolejne koncerty Kim i wraz z nią przeżywamy drugą młodość. Odcinamy się wówczas od szarej rzeczywistości, która nas otacza i wciąż spełniamy kolejne marzenia.
Kilka razy mieliśmy to niebywałe szczęście spotkać się z Kim, osobą niesamowicie ciepłą, sympatyczną, skromną i jakże naturalną, która sprawia, że zaciera się granica, dzieląca nas fanów, od niej, idolki…
Gdyby 5 lat temu ktoś powiedział mi, że zobaczę Kim tyle razy na koncertach i spotkam ją osobiście, uznałabym, że jest niewydarzonym wróżbitą o wisielczym poczuciu humoru.
Myślę, że podobnie zareagowałaby Kim kilka lat wstecz, gdyby wywróżono jej tak wspaniały powrót na scenę. Życie czasami potrafi nas niebywale mile zaskoczyć… I dotyczy to nie tylko nas, zwykłych ludzi, ale i takich gwiazd jak Kim Wilde.
Niech to stanie się puentą dla innych, wciąż marzących 30,40,50-latków, że na marzenia i ich spełnianie nigdy nie jest za późno.
Facebook
Zwierzolubni
Kate w swoim opowiadaniu całkowicie pominęła, moim zdaniem istotny aspekt z życia Kim Wilde związany z koncertami charytatywnymi m.in. na rzecz Greenpeace i Earth Love. Uzupełniam więc…
Nastroszony nieco czytałem Twój tekst z dużą dozą nieufności do Gwiazdy. Ale gdy dowiedziałem się, że Wilde była zafascynowana Pink Floydami, zapałałem do niej sympatią. Ja także często powracam do wielkiego Iana Gillana. Ciekawy tekst…