Krajobraz po bitwie….Adam

Liścik, który dostałam od Adama pod koniec sierpnia ubiegłego roku zaczynał się jak następuje:

„Przed paroma minutami przeczytałem Twój list. Bardzo spodobała mi się „przestroga” pewnej zdesperowanej białogłowy, tak dokładnie w Twojej łaskawości zacytowana. No cóż, intymne spotkanie w cztery oczy z psychiatrą wedle najnowszych zdobyczy medycyny wskazane jest dla każdego. Jest tylko jeden problem: czy psychiatra nie potrzebuje też pomocy innego psychiatry? I tak możemy sobie tworzyć łańcuszek niekoniecznie św. Franciszka.
Ale ja o czym innym. W poprzednim liście napisałem, że ostatni weekend spędziłem poza miastem. W pięknych okolicznościach przyrody, nad brzegami jeziora przypominającego do złudzenia Mickiewiczowską Świteź odbyło się zakończenie wakacji, lata, sezonu i Bóg jeszcze wie czego… A tak… dwie osoby obchodziły urodziny i to był ten zasadniczy powód sporego party. Wszyscy doskonale znani, jeszcze z czasów studiów.

To, co przeczytasz jest właściwie dowodem na to, że  wszystkim nam czasami przydałby się pobyt w pokoju bez klamek. Dostojne party przerodziło się bowiem w bitwę… Ale, ale dla doskonalszego zrozumienia przesłania opowieści ukrytego między wierszami, kilka słów o niektórych osobach dramatu. A więc, niejaki „Kudłaty” – to ja, „Puzon” to koleżka, który w Filharmonii  gra właśnie na puzonie; „Joanna Oszalała” – nazwana tak ze względu na swoją urodę, tuszę i bezgraniczną miłość do ojczyzny; „Tomcio Paluch” – szczęśliwy (bo nie ma innego wyjścia) małżonek rzeczonej Joanny o wzroście 1,60 w kapeluszu i wadze 65 kg pod warunkiem, że w kieszeniach będzie miał kilka odważników kilogramowych; ostatnia chyba osoba dramatu występująca w roli głównej,  a którą dość dobrze zapamiętałem to………”

Poprosiłam Adama, żeby ze względu na wymienioną przez niego poniżej ustawę, troszkę zmienił tekst, który cytuję w całości. Dokonał zmian – a i owszem – nadając głównej bohaterce moje imię! Muszę się z tym faktem pogodzić, podobnie jak z przykrą rzeczywistością, że pierwotnie główna bohaterka opowiadania trzymała w zębach różę.

Ivonne, niezwykła ma Pani.
Jak się orientujesz, jestem człowiekiem wiekowym, który niejedno w życiu widział i niejedno przeżył. Ale jedno wydarzenie utkwiło mi w pamięci niezwykle silnie, do którego wracam myślami w długie zimowe wieczory, kiedy już napełnię me trzewia przepisanymi przez konsylia lekarskie ziółkami. Mimo, że upłynęło od tamtych wydarzeń sporo czasu, wspomnienie ich niezmiennie wywołuje we mnie dreszcz przerażenia i moje ciało, znoszone już i nadgryzione zębem czasu, oblewa się zimnym potem. Nakrywam się wtedy cały kołdrą, gryzę szpony i szepczę cichutko: „Odejdź ode mnie maro przeklęta…”
Niestety, nie mogę ujawnić imion i nazwisk uczestników wydarzeń, ponieważ ustawa o ochronie danych osobistych istnieje i nie chciałbym spędzić resztę życia w lochu, chociaż dla Ciebie, Kochana Ivonne, jestem gotowy złamać każdą ustawę, nawet uchwaloną  przez dzisiejszą opozycję. Mogę tylko powiedzieć, że wszyscy uczestnicy wydarzeń żyją, choć niektórzy po stosownym leczeniu już nie uczestniczą w tym podobnych przedsięwzięciach.
A więc przed Twoimi ócz wyobraźni bitwa straszliwa moim narządem wzroku zobaczona i opisana kończyną prawą na pamiątkę i ku przestrodze następnym pokoleniom.
motto: „Wiały, wiały proporce i zawiewały na siebie,
Jak namioty ruchome wojsk koczujących po niebie.”   /z Norwida i nieco później też/

Tymczasem pierwsze wojska zagnieździły się przy polu Chańcza w znanym odjeździe imć pana Malarza herbu Pędzel już wczesnym wieczorem. Jak każe odwieczny obyczaj uświęcony pamięcią bohaterskich przodków naszych, wojska nie czekały po próżnicy, zaczęły pierwsze harce i wtrąbiły pierwsze lufy. Dziwne ciepło rozeszło się po trzewiach wojów, co jeszcze bardziej podniosło ich morale bojowe. Strzały świstały po polu idealnie trafiając w cel. Tylko jeden, Kudłaty, koniuszy niezbyt dużej księżniczki won Ivonne z nacią pietruszki w zębach próbował ustrzelić dzielnych mężów, miotając pociskami na odlew. Grozą powiało. Dopiero kolejny granat, podany usłużnie przez jednego z przerażonych wojów, ostudził nieco zapędy siejącego strach i sromotę niebezpiecznego łucznika, który od tej pory zaczął wodzić swoimi krwawymi ślipiami za księżniczką won Ivonne z nacią pietruszki w zębach.
Wojsk tymczasem przybywało. Już serca w nich biły jak młoty, ale trąby nie dawały jeszcze znaku do ostatecznej rozgrywki. Nastała cięższa od samej bitwy chwila oczekiwania. Przybywające ciągle zastępy wojsk uprzednio koczujących na niebie, wręczały dwóm najważniejszym rycerzom miecze, lufy, granaty i palemki pokoju, wywołując entuzjazm wśród rozsierdzonych  a podnieconych okrutnie aniołów wojny.
Tylko Kudłatemu coś się nie podobało. Stał na uboczu, odbezpieczał pomniejsze granaty i wodził swoimi krwawymi ślipiami za księżniczką won Ivonne z nacią pietruszki w zębach.
Nagle chorągwie, zniżywszy kopie, poczęły z początkiem iść wolnym krokiem ku okopom, na których stały baterie dział ustawionych w rzędach podwójnych, potrójnych jako mórz brzegi. Lecz jak skała stoczona z góry spadając coraz większego nabiera pędu, tak owe hufce z kroku powolnego przeszły w rysi a potem w cwał nieposkromiony i biegły straszne, niepohamowane jako lawina, która musi zetrzeć i zdruzgotać wszystko przed sobą. Rozległ się szczęk naczyń, chrzęst rozrywanych nakrętek, huk wybuchających granatów…
Tylko Kudłatemu coś się wciąż nie podobało. Stał na uboczu obok kłębiącego się tłumu i wpatrywał się swoimi krwawymi ślipiami w księżniczkę won Ivonne z nacią pietruszki w zębach.
Bitwa miała lada chwila rozpalić się na całej linii, więc zastępy boga Marsa pomieszane z zastępami boga Bachusa poczęły śpiewać starą bojową pieśń. Wiele dymiących czaszek i wiele par zamglonych oczu podniosło się ku niebu a z prężnych piersi wyszedł jeden olbrzymi ryk do grzmotu niebieskiego podobny:
Sto lat, sto lat
Niech żyją, żyją nam…
Tylko Kudłatemu ciągle się coś nie podobało, wodził krwawymi ślipiami za księżniczką won Ivonne z nacią pietruszki w zębach i smakował obleśnie jęzorem wodę „źródlaną” podaną usłużnie przez Tomcia Palucha, rycerza osobistego potężnej Joanny Oszalałej, która onegdaj przybyła na pole bitwy.
I moc wielka wstąpiła w rycerstwo. Była w ich głosach niezmierna siła, jakby grzmoty poczęły się rozchodzić po niebie. Zadrżały szable i miecze w rękach zacnych rycerzy, zadrżały kielonki, zadrżało powietrze, zadrżała powała  namiotu. Przeogromna chorągiew, co się wśród wrzasków kolebała, włóczni ostrzem o łuki, rzekłbyś, oparła się podniebne… Echa zgiełku jęły się odzywać w głębinach przestrzeni – hen daleko! – za lasy i wody, za którymi wieża kościelna dumnie stała:
…jeszcze raz, jeszcze raz
Niech żyją, żyją nam!
Tylko Kudłatemu ciągle się coś nie podobało i z drugim Kudłatym, co to niedawno przybył, jęli coś po cichu knować, łypiąc swymi krwawymi ślipiami za księżniczką won Ivonne z nacią pietruszki w zębach.
A rycerze ryczeli dalej:
Niech im gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie
A kto z nami nie wypije, niech go piorun trzaśnie!
Echo powtórzyło w odpowiedzi: „Trzaśnie” – a tymczasem na prawym skrzydle wrzała już bitwa zacięta i zbliżała się ku środkowi coraz bardziej siejąc popłoch, zgrozę i zadowolenie niezmierne.
Łoskot, kwiki, krzyki dzielnych mężów mieszały się z pieśniami. Ale chwilami krzyki cichły, jakby ludziom zasychało w gardłach, a wtedy zraszali je czystą polską, podtrzymując w ten sposób patriotyczne tradycje oręża polskiego. W takich chwilach można było dosłyszeć grzmiące głosy wyrażające podziw i uznanie: „O kurwa! Ja pierdolę!”
Tylko Kudłatemu ciągle się nic nie podobało i wodził swoimi – trwogę siejącymi – krwawymi ślipiami za księżniczką won Ivonne z nacią pietruszki w zębach.
Bitwa zmieniła się w rzeź i pościg. Na pole bitwy ciągle wnoszono nowe działa z lufami skierowanymi ku gardłom rycerzy. Kto nie chciał się poddać – pił.
TRZY GODZINY PÓŹNIEJ…
Księżyc wyszedł zza chmur i oświetlił pole walki. Wielu znamienitych rycerzy leżało pokotem. Rozbite działa walały się po ziemi zroszonej krwią, potem i wodą ognistą. Młody woj., brocząc obficie z rozlicznych ran, podskakiwał na ławie śniąc o następnych bojach. Tomcio Paluch wtłoczony na siłę w kąt i dociskany kolanem mocarnej Joanny Oszalałej, pojękiwał z cicha. Puzon popłakiwał nad zranionym osobistym puzonem…
Tylko Kudłatemu ciągle się coś nie podobało i toczył straszliwymi krwawymi ślipiami za księżniczką won Ivonne z nacią pietr… Nagle wstał, walnął lufę i do księżniczki zwrócił się chrapliwie aż mu nozdrza nadęły się jak balon: „A gdzie twa nać, o boska?” Wzrok księżniczki zaczął jakby ratunku szukać. „Tyś już nie księżniczka, tyś Ivonne” – rzucił krwawo. Zapadła cisza…Sławni mężowie utkwili wzrok w nieszczęsnym Puzonie, w ustach którego tkwiła, niczym oszczep w cielsku niedźwiedzia, biała pietruszka z zieloną nacią. „O rzesz ty…” – mruknął złowrogo Kudłaty, po czym dodał najkrwawiej jak potrafił: „Nic to, kupię ci jeszcze piękniejszą i jeszcze większą”.
Ulżyło dzielnym wojom, padli sobie w ramiona, ściskali się i poklepywali. Pękła następna bateria ku uciesze wszystkich i zagrała jak wicher niewstrzymanym dechem, aż triumfu hymn uderzył w chmury!
A Kudłaty chwycił za rękę księżniczkę won Ivonne, co to w zwykłą Ivonne ją przeistoczył, powiódł krwawym wzrokiem po wojach i rzekł krwawo: „Ostańcie z Bogiem ludzie kochane.”
Ivonne, to wszystko. Mam nadzieję, że zimny pot nie będzie oblewał Twego ciała i ze strachu nie będziesz gryzła paznokci, a jeśli tak się stanie, to polecam krople „Nervosol” na uspokojenie – lek tani, smaczny i zdrowy.
Ivonne, moje pozdrowienia dla Ciebie osiągnęły temperaturę wrzątku i takie właśnie Tobie przesyłam.
Pozdrów (niekoniecznie w temperaturze wrzenia) także Korka i przekaż, że nie zapomniałem -  niebawem do niego napiszę.
Adam.

Przez dobrą chwilę zastanawiałam się nad pietruszką Adama i przypomniałam sobie popiersie Igora Strawińskiego w Kielcach. Skojarzenie z baletem Diagilewa „Pietruszka” do muzyki Strawińskiego nie było już trudne. Główna bohaterka baletu – Pietruszka – to kukiełka z wędrownego teatrzyku…….na tym skojarzeniom dałam koniec a zainteresowanych, kto u Diagilewa tańczył partię Pietruszki odsyłam do zasobów internetu.

Bitwa pod Waterloo – Robinson, ca. 1820; Rycerz wśród kwiatów – Leon Wyczółkowski, 1904, Biblioteka Polska w Paryżu;  Rycerz i Muza – Jacek Malczewski (1854-1929); Emoticon: The dancing rose

Ten wpis został opublikowany w kategorii Listy cokolwiek psychiczne - Adam, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free