Król Maciuś Korczaka – Adam

Ivonne, jakże przyjemnie znowu do Ciebie wystukać parę słów.
Od kilku dni korzystam z dzikiej swobody, bo to ferie i tzw. procesy dydaktyczne zostały zawieszone, a dziatwa szkolna zajęta jest ładowaniem akumulatorów na następny semestr nauki.
A ja? No cóż, staram się urzeczywistniać ambitny plan uporządkowania mojego belferskiego archiwum. Zebrało się różnych „papierzysk” zatrzęsienie, niemal z co drugim wiążą się miłe i niezbyt miłe wspomnienia. Jak to w życiu…
Oto biorę do ręki pożółkły już nieco dokładny protokół z posiedzenia Szkolnego Komitetu Korczakowskiego. W pierwszych latach mojej kariery nauczycielskiej pracowałem w szkole podstawowej, której wcześniej nadano imię Janusza Korczaka.  Działał w niej wspomniany komitet. Mnie, początkującego nauczyciela, z urzędu „wciągnięto” na listę członków. O samym patronie szkoły miałem mgliste pojęcie i przyznam się, że wówczas wcale nie miałem zamiaru rozwiewać tej mgły. Dopiero, gdy na szefową szkoły awansowała nieoceniona Małgosia Dachowska,  zostałem „zarażony” postacią Starego Doktora. Małgosia miała „bzika” na jego punkcie i tego bzika starała się z mniejszym lub większym powodzeniem przekazać nam, młodym nauczycielom. Stałem się jej celem i muszę przyznać, że trafiła nieźle.
Był to czas pogłębiającego się kryzysu wartości wśród młodzieży i Dyrektor Małgosia wzięła sobie na ambit, aby patron szkoły stał się rzeczywistym patronem uczniów i ich rodziców. Zadanie to było karkołomne, ponieważ Korczak był postacią niemodną, nudną, wzbudzającą lekkie zainteresowanie tylko u starych nauczycieli-ramoli. A jednak się udało! Okazało się bowiem, że Stary Doktor może wzbudzać zainteresowanie, ba! w pewnym sensie nawet fascynację. Przez wiele lat w „Dziesiątce”(numer szkoły) odbywały się liczne spotkania, imprezy, konkursy, a nawet sympozja naukowe poświęcone Korczakowi, który nie tylko był postacią tragiczną, ale też dowcipną, pogodną, wielobarwną, zdolną zafascynować młodzież lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.
Korczak to przede wszystkim mit człowieka, który poświęcił swoje życie dla dzieci. Koniec. Kropka. Ale mity mają to do siebie, że mogą człowieka wynieść na wyżyny, albo strącić w otchłań niepamięci. Mity lubią niemiłosiernie upraszczać. A prawda nie znosi uproszczeń.
Mam przed sobą zapomnianą zupełnie książkę o koloniach letnich pt. „Jaśki, Mośki i Srule”.
W zakończeniu opowieści Korczak napisał:
„A może nie wracać do Warszawy? Może ustawić się parami, wziąć chorągiewki, zaśpiewać marsza i ruszyć w drogę?
- Dokąd?
- Do słońca. Będziemy szli długo, długo – będziemy szli, szli, szli…
- No i co? – niecierpliwią się dzieci.
Ale rozległ się nagle dzwonek wzywający na ostatnią kolację i bajka została bez zakończenia”.

Ta bajka, niestety, została dokończona na małym odcinku kamiennej drogi, prowadzącej od kolejowej rampy do komór gazowych w miejscowości Treblinka. Tę drogę zbóje z SS nazwali – „Himmelfahrtstrasse” czyli „Ulicą Do Nieba”.
W 1991 roku, w czerwcu, byłem wraz z moimi uczniami na wycieczce właśnie w Treblince. Tak, szedłem „Ulicą Do Nieba” i pod wpływem wstrząsającej opowieści przewodnika zadałem sobie banalne pytanie, które przede mną zapewne zadawali sobie inni: dlaczego Korczak dwukrotnie powracał z Palestyny do Polski? Nawet wtedy, gdy było wiadomo, że wojna tuż i że pierwszymi, na których wyładuje swą nienawiść Hitler, będą Polacy i Żydzi…? Dlaczego? Wydaje się, iż musiał i nie tylko dlatego, że był przywiązany do swoich domów sierot. Właściwą odpowiedź daje nam sam „Stary Doktor” w rozpoczętym w getcie „Pamiętniku”:
„Kocham Wisłę warszawską i oderwany od Warszawy odczuwam żrącą tęsknotę. Warszawa jest moja i ja jestem jej. Powiem więcej: jestem nią.”
Był ŻYDEM, ale przede wszystkim POLAKIEM, jak wiele znaczących w naszej historii postaci nauki, kultury, polityki. Nie znał jidysz, ani hebrajskiego. Myślał, pisał, mówił i marzył tylko po polsku, nawet wtedy, gdy w czasach II Rzeczypospolitej tzw. „prawdziwi patrioci” brutalnie „przypominali” mu żydowskie pochodzenie, gdy krzyczeli za nim „ty parchu”. I ten „parch” nie opuścił płonącej Warszawy. Zamiast dożywać spokojnie swoich dni gdzieś pod rozłożystymi palmami i gwiaździstym niebem Judei, przywdział mundur polskiego oficera i stanął do walki z nadludźmi z Zachodu w obronie SWOJEJ OJCZYZNY.
W czasie wspomnianej wycieczki do Treblinki, w trakcie naszego „spaceru” Ulicą Do Nieba jeden z uczniów przeczytał fragment książki „Jośki, Mośki i Srule”:
„Tu na wsi, mowa polska uśmiecha się do nas zielenią drzew i złotem zboża, tu mowa polska splata się z wesołym śpiewem ptaków leśnych, mieni się perłami gwiazd, oddycha powiewem rzecznego wietrzyka; wyrazy polskie podobnie jak kwiaty polne same układają się w łąki radosne […]”


Najpiękniejsza polska bajka Król Maciuś Pierwszy
Janusz Korczak : pomnik w Warszawie;  Korczak z personelem kuchni w Ein Harod; Korczak dzieckiem; pobrano: http://www.pskorczak.org.pl/strony/korczak_foto.htm – strona poświęcona pamięci Janusza Korczaka
Emoticon; The Golden Crown

Oto odpowiedź na pytanie: dlaczego? Dlaczego nie opuścił Polski, aby złożyć swe kości gdzieś w Palestynie. Już na wiele lat przed Tuwimem, tęskniącym w Wolnym Świecie za ojczyzną, doktor Janusz Korczak ułożył bukiet kwiatów polskich… dla mowy ojczystej i dla Polski. Już wtedy obalił mit, który miał się dopiero narodzić…
Przyjęło się w naszej mitologii: poszedł świadomie z wychowankami na śmierć, poszedł, by ich nie zostawić samych w chwili śmierci. Zawiść ludzka podpowiedziała i to: odrzucił niemiecką ofertę wolności dla sławy, bo był dumnym megalomanem. Czegóż to ludzie nie wymyślą!
Odbiciem tego mitu są liczne dzieła malarskie. Przedstawiają one Korczaka niosącego na ręku dziecko i trzymającego drugie za rączkę. Z tyłu łopoce zielony sztandar, a za nim czwórkowa kolumna dzieci… dumnie maszerują.
Mit. Legenda. Wątpić należy, czy beznadziejnie chory, wycieńczony, słaniający się na nogach stary człowiek mógł nieść w ramionach dzieci. Sam potrzebował oparcia.
Powraca jednak uporczywe pytanie: dlaczego zdecydował się iść z dziećmi? Może dlatego, aby walczyć o ich przetrwanie?
W pewien marcowy wieczór 1942 roku przeprowadził rozmowę z pewnym przedstawicielem organizacji zajmującej się ratowaniem Żydów z warszawskiego getta:
„- Dajecie gwarancje, że wyjdziemy, no dobrze… A potem?
- Niestety, panie doktorze, potem będziemy musieli rozdzielić dzieci na grupy, może na jednostki… Po wsiach, po zakonach, przyjaciołach… Pan też nie będzie z nimi.
- Czyli dzieci osobno, każde z nich osobno, dorośli osobno, ja oddzielnie, tak?
- Tak to się przedstawia.
- Widzisz, tutaj jestem ciągle ja, odpowiedzialny za te dzieci, broniący, mogący interweniować i upominać się o nie… Jestem ja – wychowawca, strzegący, by te dzieci miały ciepło uczuć, serdeczność, by pewien proces wychowawczy, mówiąc po profesorsku, postępował dalej. Mimo wojny, Hitlera, Himmlera, im na przekór. Czy nie sądzisz, iż w ten sposób przyczyniam się do zwalczania zła, jakie Niemcy nam przynieśli? Że pracuję dla przyszłości?”
Na kilka dni przed fatalnym 5 sierpnia Stary Doktor powiedział: „Dzieci pójdą na końcu, ja z nimi, żeby je wybronić… W obozach są selekcje… Mikra to szansa, ale szansa… Nie dla mnie, dla nich. Ja za stary. Chory. Zielona u mnie gęba. Trupia… Ale jeszcze coś pozostało, jakaś walka”.
Korczak wierzył, że w ten sposób uratuje dzieci, że diabelski pragmatyzm hitlerowców da jego dzieciom szansę przeżycia. Staną się tylko siłą roboczą, ale PRZEŻYJĄ!  Nie wiedział tylko jednego, iż Treblinka to nie „zwykły” obóz, że tam nie ma selekcji, tam zabija się „z marszu”. Dopiero po 8 sierpnia dotarła do Warszawy wiadomość, czym jest Treblinka. Ale wtedy Janusz Korczak, wychowawcy, dzieci już nie żyli.
Dręczy mnie pewna wątpliwość już od ponad 20 lat, gdy pomyślę o tych wydarzeniach.
Czy nadszedł taki moment – może już na Umschlagplatzu, może w zatłoczonym bydlęcym wagonie, czy dopiero w Treblince w drodze do komory gazowej – w którym doktor Korczak zrozumiał, że żadnej selekcji nie będzie, że tylko śmierć… Szybka i nieodwołalna. Co wtedy Stary Doktor pomyślał? A może – jak chce legenda i wtedy stałaby się prawdą – zaczął dzieciom opowiadać bajki o wycieczce, jeździe w zielone, że las, że pole, że świeże powietrze, że to droga do słońca…
Wielki mit o Korczaku, który poszedł na śmierć ze swoimi wychowankami, aby ich nie zostawiać samych i zyskać dla nich i siebie tragiczną sławę – to tylko nasz wymysł. Jeśli tak by było, to Korczak powinien być oskarżony o to, że nienawidził dzieci i w imię jakiejś niepojętej pychy świadomie skazał je na śmierć. Na szczęście, to tylko mit! Doktor wierzył, iż swoją obecnością przy dzieciach ratuje je fizycznie, czuwa nad nimi i w obliczu śmierci kreuje je na szlachetnych ludzi. Dlatego też odrzucenie „wielkodusznej” propozycji Niemców było HEROIZMEM najwyższej próby, jest dowodem, iż ODPOWIEDZIALNOŚĆ jest znakiem szczególnym CZŁOWIECZEŃSTWA.
O czym myślał Korczak w ostatnich minutach, sekundach życia? Nikt tego nie wie. Opisy śmierci pochodzą od żyjących. W cytowanym wyżej „Pamiętniku” Stary Doktor napisał:
„Przyjdą małe krzywdy – nie warto płakać.  Przyjdą wielkie krzywdy – zapomniałeś płakać.
A pokolenia płyną, płyną…”
Ivonne kochana, w obliczu dzisiejszych gorszących sporów, czyja i jaka śmierć jest bardziej tragiczna, dramatyczna, heroiczna, czyja śmierć zasługuje na specjalne upamiętnienie i łez fontanny – przypomniałem postać „tylko Żyda”, który nie zginął w katastrofie ani na wojnie strzelając do wroga, który nie wykrzykiwał wielkich słów idąc na śmierć – który po prostu obrócił się w popiół.
Z pół roku temu dyskutowaliśmy w gronie znajomych o osobach, które zginęły w katastrofie w Smoleńsku. Niektórzy zastanawiali się, co też mogli czuć pasażerowie samolotu w ostatnich sekundach życia. I wtedy wspomniałem Korczaka. Jeden z grona, nieznany mi młody człowiek (około 35 lat), jak później się dowiedziałem, wykształcony działacz młodzieżowy  pewnej partii spojrzał na mnie jak na idiotę i rzekł: „Aaaa, Korczak, tak… Szkoda, że był Żydem.”
Ivonne, czasami są takie momenty, w których chciałbym przyznać rację Andrzejowi Bursie, który w wierszu „Modlitwa dziękczynna z wymówką” dziękuje Bogu za to, że nie uczynił go ślepym, garbatym, karłem, itd. aby na końcu zgłosić pretensję: „A dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?” ( w oryginale: polakiem przez małe „p”)
Ivonne, jak zwykle pozdrawiam Cię niezwykle serdecznie i przepraszam za smutny list.
Ale tuż, tuż wiosna, jeszcze dwa miesiące. Całuję i kiwam łapką pa, pa, pa…
Ukłony dla Korka.

Zdjęcie: Korek, Katarzyna Gardyńska 2011

Ten wpis został opublikowany w kategorii Listy cokolwiek psychiczne - Adam, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free