W drugiej wojnie punickiej, Hannibal, dowódca wojsk antycznej Kartaginy, przekroczył Alpy na słoniach dźwigających jego 40-to tysięczna armię. . Wyruszył z Hiszpanii przez Pireneje i Alpy do Italii przeciwko Rzymowi. W Internecie wyszperałam, że słoni było 37. Najprawdopodobniej były to afrykańskie słonie leśne, obecnie całkowicie już wytępione. Te „niewielkie” słonie dosiadali jedynie kornacy (powożący), na kły zakładano im specjalne ostrza a tratowanie przez słonie, niczym czołg przeciwnika, było wynikiem tresury. Każdy ze słoni posiadał własną eskortę w sile 50 człowieka, która zapewniała bezpieczeństwo. Nie o bezpieczeństwo słonia tu chodziło, niestety, ale o własne szeregi. Zraniony słoń tratuje wszystko, co napotka, w tym własną frakcję.
Ostra zima i związany z nią brak pożywienia dla słoni czyli ogromem paszy, które zwierzęta te spożywają stosownie do swojej wagi ciała, spowodowała śmierć słoni Hannibala. Ostatni „z pokładu” zszedł Surus, słoń indyjski : „W książce Hansa-Christiana Hufa „Sfinks – Tajemnice historii” podano, iż po bitwie pod Trebią z 37 słoni bojowych, które przeszły Alpy pozostał jeden pochodzący z Syrii o imieniu SURUS „– napisano na jednym z forum. Zakładam, że źródło jest wiarygodne.
“According to Plautus, Surus wore a red cloth, and may also have carried a red shield and a howdah” – Wikipedia (według Plautusa, Surus nosił czerwone szaty a i prawdopodobnie „tarczę” w kolorze czerwonym i howdah).
Przekraczałam Alpy kilkakrotnie. Na szczęście nie w charakterze słonia a tym bardziej Hannibala (który kojarzy mi się z Hannibalem Lecterem z filmu „Milczenie owiec”) a także nie wspinając się stromymi szczytami na włoską stronę. Podróżowałam wygonie autostradami, podziwiałam zapierające dech widoki lub przeciskałam się tunelami pod masywem górskim. Jedną z historyjek związanych z przekraczaniem Alp autostradą niniejszym opowiem a wiąże się ona przede wszystkim z Tunelem du Frejus. Jest to tunel liczący 13 km, który łączy Francję z Włochami a dokładniej przebiega pod przełęczą Col du Frejus (trasa Lyon-Turyn) w Alpach Kotyjskich. Wjazd do tunelu od Francuskiej strony dostępny jest z autostrady A43 idącej od Chambery.
W owym czasie zaprzyjaźniona byłam i blisko współpracowałam z Agencją Motoryzacyjną, która miedzy innymi realizowała programy dla TVP. Powyższe sprawiła osoba mojego przyjaciela, Waldka Śmiałowskiego – znanego dziennikarza, varsavianisty i nie tylko, który ułatwiał mi kontakty z innymi dziennikarzami na „obrabianym” przeze mnie zawodowo poletku PR. Waldek miał „swoją działkę” w Agencji a ja znałam jej pracowników.
Któregoś dnia zadzwonił do mnie Prezes tejże Agencji w niecierpiącej zwłoki sprawie.
- Iwona, wpadnij do nas jak najszybciej. Mamy prośbę nie odrzucenia
Wpadłam. Jak „śliwka w kompot”. Agencja otrzymała zaproszenie do zrobienia reportażu z re-otwarcia Tunelu Alpin du Frejus po pożarze, który strawił tę podziemną cześć autostrady w 2005 roku. Zginęły dwie osoby. Sześć lat wcześniej pod Mont Blanc w podobnym pożarze zginęło osób 39. Przez Tunel co roku przejeżdżają dwa miliony pojazdów a opłaty za przejazd autostradą są „słone”. Na czas remontu komunikacja pomiędzy Francją a Włochami tą trasą została wstrzymana. Nic więc dziwnego, że żywotną sprawą dla budżetów obu państw stało się podanie do powszechnej wiadomości, że tunel jest już drożny i przede wszystkim bezpieczny.
Dostałam legitymację dziennikarza, operatora kamery z kamerą i…pojechałam robić reportaż. W Agencji nikt nie mówił ani po Francusku ani po Włosku a mój Angielski najwyraźniej się nadawał. W podróży towarzyszyła mi żona Prezesa, nie władająca żadnym z powyższych języków ale jako zatrudniona w Agencji na stanowisku Dyrektora, mająca pojęcie o Agencji jako takiej, byłaby pomocna, gdyby nastąpiły krępujące mnie pytania. Wsparcie miałam więc znakomite.
Przeprowadziłam wywiad z Ministrem Komunikacji i Transportu Francji na tle wjazdu do Tunelu w kontekście programu budowy polskich autostrad, który w tym czasie się rodził w bólach. Obejrzałam cud techniki w postaci centrum dowodzenia Tunelu oraz urządzeń zapewniających wentylację, oświetlenie i bezpieczeństwo. Przy okazji zahaczyłam o Genewę, która jakimś cudem znalazła się na trasie i wróciłam do domu.
Nie raz byłam wrzucana na tak zwaną „głęboką wodę” z dnia na dzień i z godziny na godzinę. Cele były mniej lub bardziej zaszczytne, mniej lub bardziej inspirujące, wymagały mniej lub więcej wysiłku z mojej strony. Tym razem przekroczyłam Alpy bez wysiłku, miałam kilka zabawnych przygód, o których kiedy indziej, coś zobaczyłam i czegoś się dowiedziałam. Przeżyłam niczym Surus, indyjski słoń, kolejną, alpejską przeprawę. A na mojej dziennikarskiej legitymacji czytam tekst, który mówi sam za siebie:



Facebook
Zwierzolubni