Raz na milion

- Świat jest mały…..

powiedziała do mnie wczoraj Kasia prezentując mi na laptopie zdjęcie jakiegoś mężczyzny.

- Niespodzianka!! Niech Pani popatrzy..

Miała za sobą  noc spędzoną na pogawędkach z przyjaciółmi, podczas których – od słowa do słowa – okazało się, że mamy wspólnych znajomych.  Naprowadzała mnie na trop bezskutecznie, twarz młodego człowieka nic mi nie mówiła dopóki nie padło nazwisko.  Upłynęło raptem dziesięć lat a Piotrek się zmienił nie do poznania. Chyba po prostu wydoroślał. Ciekawe, co by powiedział, gdyby zobaczył moje zdjęcie po tych dziesięciu latach. Już sobie to wyobrażam:

- ale się postarzała!

Kiedyś, dawno temu, jeszcze w szkole podstawowej,  w jakimś nadmorskim kurorcie spotkałam Rysię. Spędziłyśmy razem dwa tygodnie po czym nasza wakacyjna znajomość ciągnęła się dalej listownie. Rysia mieszkała w Tarnowie. Tuż przed maturą, kiedy to otworzyła się dla Polski pierwsza granica – do NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna) natychmiast wyjechałam posługując się tylko dowodem osobistym do Berlina a potem do Poczdamu oglądać Sanssouci i do Drezna zwabiona Zwingerem.  W  berlińskiej drogerii na Alexander Platz, gdzie zaopatrywałam się w dezodorant, artykuł w Polsce egzotyczny, spotkałam przypadkowo Rysię. Lat  minęło około sześciu od tamtych pamiętnych wakacji, urosło nam tu i tam i przybyło tu i tam również ale rozpoznałyśmy się natychmiast. Rysia od wielu lat mieszka w Stanach. Ostatnio doniosła mi, że „tak późno ale jest”, krótko mówiąc, po wielu perypetiach życiowych spotkała miłość swojego życia. Podziwiałam na zdjęciach, cieszę się razem z nią i stwierdzam jednoznacznie: niewiele się zmieniła. Rozpoznałabym Rysię natychmiast w pierwszym lepszym Rossmanie na jakiejś zabitej dechami wsi.

W pierwszą w życiu podróż poślubną wyruszyłam autostopem po Polsce.  Czasy były jakie były a pomysł sam w sobie był niezły. Natychmiast na niego przystałam, chociaż dzisiaj już nie pamiętam od kogo wypłynął. Nie wykluczam, że ode mnie, gdyż często posługiwałam się tym środkiem transportu przed ślubem.  Z weselnych kopert po oczepinach nazbierało się trochę walorów. Zbyt mało na własny samochód ale wystarczająco, żeby mieć fantazję.  Spakowane zostało minimum i gitara. Pierwszym celem podróży były góry, jakże by inaczej.

Góry mnie nie przekonują, co do własności pomysłu, gdyż Maryś również był pół krwi góralem jak ja.  Udaliśmy się więc na drogę wylotową z Warszawy na południe i od razu zatrzymał się przy nas  Polski Fiat 125p w kolorze białym.

Ku naszemu zaskoczeniu w polsko-włoskim, luksusowym wynalazku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku  podróżowało dwoje Finów. W podróży rozmawialiśmy moim i ich  połamanym Niemieckim ale dobrze nam szło. Rami zachowywał przytomność umysłu za kierownicą a Marjatta dzieliła z nami piersiówkę. Pamiętam. Dobrego koniaku!

My w podróży poślubnej po Polsce a Finowie, studenci żyjący na kocią łapę (poznali się 21 lipca 1971 roku), zrobili sobie wypad na Węgry pod namiot tranzytem przez Polskę. Koniak miał miejsce na pusty żołądek, więc gdy trafiła się przydrożna, PRL-owska gospoda, zatrzymaliśmy się na wspólny posiłek. Z posiłku Maryś nie był w stanie wyjść o własnych siłach. Choroba lokomocyjna!

Niewiele myśląc Finowie wyciągnęli swój turystyczny ekwipunek, rozbili na trawie przy drodze i odjechali. Ja zostałam czuwając przy mężu. Kiedy objawy lokomocji minęły złapaliśmy właściwy  kierunek  na  Krynicę Górską, znaną z Palmiarni i hokeju na lodzie. W Krynicy mieszkała babcia mojego męża po kądzieli, która to z racji wieku dojechać na ślub nie mogła a mama Marysia…a mama Marysia…już nie żyła od kilku lat.

Powłóczyliśmy się po górach, My Górale, i wróciliśmy autostopem do Warszawy na przepierkę „minimum”. Gitara była w formie. Po czym, następnego dnia,  wzięliśmy kierunek na Łódź. Zabawiliśmy chwilę z łódzkimi przyjaciółmi i tak nam minęła połowa miodowego miesiąca. W którymś momencie zatęskniliśmy za morzem.  Od spotkania z Finami minęły dwa tygodnie. Wypadliśmy więc z Łodzi  na drogę wylotową na Gdańsk.

Autostop był w tamtych czasach niesłychanie popularną formą transportu nie tylko wśród młodzieży. Drukowano kupony, którymi płaciło się za przejazd a kierowca mógł odebrać należność za podwózkę od państwa w postaci  ulgi na coś tam…nie pamiętam. Książeczkę autostopowicza miałam ale Finów ona nie dotyczyła.

Jedziemy autostopem, jedziemy autostopem.
W ten sposób możesz bracie przejechać Europę.
Gdzie szosy biała nić, tam śmiało bracie wyjdź.
I nie martw się co będzie potem.

Autostop, autostop, wsiadaj bracie dalej hop.
Rusza wóz, będzie wiózł,
Będzie wiózł nas dziś ten wóz…przebój Karin Stanek z lat siedemdziesiątych ub. wieku

Słońce tego dnia przygrzewało nienatarczywie,  przyjemnie. ‘Stopków’ na wylotowej przy polu owsa stało multum, jakby cała Łódź się uparła aby w to piękne, ciepłe przedpołudnie zanurzyć stopy w morzu. Szansa na złapanie czegokolwiek wynosiła „mniej niż zero”.  Wymościłam sobie gniazdko w owsie i ułożyłam się wygodnie wystawiając twarz do słoneczka. Maryś, w dzikim tłumie na poboczu usiłował złapać nam transport i nagle….

- Hallo, hallo, to niemożliwe, to Ty?!!!!

Głośne okrzyki wyrwały mnie z drzemki. Przez pole owsa biegli do mnie….Rami i Marjatta. Przetarłam oczy, jeszcze raz przetarłam oczy i jeszcze raz….

Opowieść Marjatty wyglądała następująco:

Wracaliśmy z Węgier na prom do Gdańska. Tuż za Łodzią Rami powiedział do mnie:

- tak fajnie minął nam czas w tamtą stronę, może weźmiemy kogoś do auta z trasy?

Słońce świeciło nam w oczy, przy drodze stał tłum młodych ludzi, zatrzymaliśmy się na „chybił trafił” przy Twoim mężu, nie zdając sobie sprawy z tego, że to nasz „stary” znajomy!

Nie mogąc nadziwić się przypadkom, które „chodzą po ludziach”  pojechaliśmy razem do Gdańska, wynajęliśmy wspólną kwaterę i spędziliśmy wspólnie czas. Tym razem wymieniliśmy adresy i pisywaliśmy do siebie regularnie. Raimo i Marjatta pobrali się, urodził im się synek Tommi a potem córeczka Piritta. Po około dziesięciu latach spotkaliśmy się w Warszawie, przyjechali na moje zaproszenie, znowu spędziliśmy wspólnie czas ciesząc się ze spotkania. Marysia, niestety, już nie było wtedy z nami.

Ostatni raz byliśmy w kontakcie wymieniając korespondencję przez internet cztery lata temu i nagle coś się stało…kontakt się urwał. Wina leży po mojej stronie i bardzo tego żałuję. Była niezamierzona, spowodowana okolicznościami zewnętrznymi…. nie mam do nich adresu a oni do mnie.

Nie wiem, na którą drogę wylotową z miasta dzisiaj wyjść z nadzieją, że zatrzyma się przy mnie auto a w nim dwoje roześmianych Finów, żeby mnie podrzucić do celu podróży.  Na ostatnim zdjęciu oglądam Pirittę z mężem i synkiem…i tęsknię za jej rodzicami.

Zbieg okoliczności, jak ten, który zdarzył się nam w lipcowy poranek 1977 roku….chyba się zdarza, statystycznie rzecz biorąc, raz na milion innych zbiegów okoliczności. Przyjemnie spędzony przez kilka godzin czas zaowocował przyjaźnią na lat kilkadziesiąt dzięki przypadkowi, wytrwałości i konsekwencji w utrzymywaniu szczerej i otwartej korespondencji. Ostatni raz widzieliśmy się wtedy, w Warszawie i wcale nie jestem przekonana, że poznałabym moich przyjaciół w pierwszym lepszym Rossmanie na jakiejś zabitej dechami wsi. A kolejny przypadek? Raz na milion. Szansa „mniej niż zero”!.

Zdjęcia: Raimo i Marjatta, 1982; Autostop 1977; Warszawa, Żelazowa Wola ok. 1986; Rami i Tommi,1979; Archiwum Jarzębiny


Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Pamiątki z podróży i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free