Dzisiejszy, niedzielny, mroźny i leniwy, gdyż wolny od zwykłych zajęć dzień, zdominowały w moim życiu dwie sprawy. Pierwsza z nich obchodzi mnie żywotnie i staram się jak mogę aktywnie w niej uczestniczyć. Dotyczy marszy protestacyjnych przeciwko znęcaniu się nad zwierzętami w powiązaniu z projektem ustawy w sprawie oraz nagłośnionymi procesami zbrodniarzy, tak, zbrodniarzy. To jest najbardziej odpowiednie, w mojej opinii, słowo odnoszące się do dramatycznych historii zwierząt, którym człowiek z wyjątkowym okrucieństwem i premedytacją zadał ból i śmierć w męczarniach. Druga, bardziej przyjemna i rozrywkowa odnosi się do programu JakaToMelodia, który to program zdominowała brazylijska samba, o której dopiero co pośrednio napisałam, prezentując w opowiadaniu „Sensacja w Rio” zdjęcia z Plataforma One.
Plataforma One jest typowym, turystycznym produktem, który pozwala odwiedzającym Rio de Janeiro posmakować atmosfery Karnawału w Rio w postaci dwugodzinnego Samba Show. Do obejrzenia, w mojej opinii, raz albo wcale, kiedy ma się szczęście zawitania do Rio w okresie karnawału. Pokaz przyrównać można do fast-food’u, który ma się nijak do steka, tym bardziej, że nie jest powiązany z konsumpcją. Z tego co pamiętam, zakupiłam colę w okienku gastronomicznym, zasiadłam w drugim rzędzie i obejrzałam show robiąc kilka zdjęć.
Historia karnawału w Rio sięga wieku osiemnastego, odnosi się do „odwróconego
porządku”, czyli okresu tuż przed Środą Popielcową, kiedy to można było robić wszystko, co w pozostałe dni roku po prostu „nie uchodziło”. Karnawałowa parada w rytmie samby prezentowana jest przez czternaście najlepszych, brazylijskich szkół samby i wyreżyserowana zostaje przez najlepszych choreografów.
W Plataforma One, niczym w McDonaldzie, panował wielojęzyczny tłok a ja od razu pomyślałam sobie, jakby to było fajnie, gdyby w moim hotelu też taki polskojęzyczny tłok zapanował w „Czarnym Kocie” (nocnym lokalu) a atrakcyjne i oryginalne brazylijskie „mulatas” zastąpiły na pewien czas polskie tancerki udające „mulatas”. Jeszcze na miejscu w Rio porozumiałam się z potencjalnymi sponsorami przedsięwzięcia i pod koniec roku Karnawał w Rio przyjechał do hotelu Victoria w Warszawie. Od początku organizacji projektu sprawy szły nie pomyśli. Brazylijczycy chcieli pokazać to co mają najlepsze, czyli stroje, które zajęły pierwsze miejsce w tamtegorocznym Karnawale w Rio Anno Domini 1994. Okazało się, że kostiumy są…za duże. Pokaz, biorąc pod uwagę gabaryty, nie mieścił się na parkiecie Czarnego Kota, przerzucony został więc na sale balowe, przez co zatracił wymyślony przeze mnie, swobodny i intymny charakter a także, siłą rzeczy nastawiony musiał być na większą ilość odbiorców, niż pierwotnie planowałam. Kuchnia również musiała się przestawić na bardziej wykwintne, bankietowe menu, stosownie do charakteru sali.
W przeddzień inauguracyjnego wieczoru „mulatas” stawiły się w Warszawie ale stroje się nie stawiły. Potężny bagaż, ważący dobre sto kilogramów, zaginął w transporcie lotniczym. Mnie się również kiedyś zdarzyło, że zagubiono mi bagaż gdzieś nad Atlantykiem i na jego odnalezienie czekałam trzy dni. Ważył niewiele, więc może dlatego. Sto kilogramów znalazło się do rana dnia następnego ale….ale…nawalił PR i brazylijska samba zniknęła z pierwszych stron lokalnych gazet, gdyż tego dnia rozpoczęły się strajki w kopalniach. Dziennikarze tylko o tym pisali, media tylko o tym mówiły. Jednym słowem śląska „Solidarność” położyła mi imprezę.
Szkoda. Naprawdę było co oglądać, czego posłuchać i co zjeść. Nie samymi sukcesami człowiek jednak żyje i z niejedną porażką też musi się pogodzić. Ja osobiście miałam wtedy okazję zatańczyć sambę z oryginalnymi, brazylijskimi tancerkami ze szkoły samby, mój syn został przez nie wciągnięty na scenę i też sobie dzielnie dał z tematem radę. A stroje? A stroje były po prostu oszałamiające. Każdy z nich ważył ponad dwadzieścia kilogramów a tancerki poruszały się na scenie z uśmiechem i lekko jak piórko.
Jutro poniedziałek, będę się zmagała na sali ćwiczeń ośrodka rehabilitacji z ponad
dwudziestokilogramowym obciążeniem i mam nadzieję, że jeszcze trochę a dojdę do takiej samej wprawy jak brazylijskie „mulatas”, żeby za jakiś czas móc wyjść na scenę z uśmiechem i lekka jak piórko. A samba? A Samba to już tylko Pa Ti….



Facebook
Zwierzolubni