Rozpłakał się dzień na zachodzie zmierzchem
otulił się sinością, niby szalem wspomnień,
a ja marznę w zadumie – w mgły patrząc dalekie
by mieć skrzydła – i ciche, jak zmierzch – i ogromne….
Jakżebym chciała samotnym być duchem
i ponad gór granatem przepływać wpółsennie
i w skrzydła się otulić cichym, miękkim ruchem,
aby wszystko – jak w zmierzchu – chiche było we mnie…
Ja wiem, że raczej w porankowych zorzach
powinnam dla mych skrzydeł nieba szukać blasku
lub rzucić je za siebie i pomknąć w przestworza
swobodniejsza niż ptaki, wolna od balastu….
A jednak nie chcę,aby były białe
i aby miały w sobie jasność porankową,
lecz pragnę aby na nich pyły gwiezdne drżały
gdy je w ciszy błękitnej rozwinę nad głową – -
Och, jakbym chciała samotnym być duchem
i skrzydła mieć tak ciche, jak wszystko naokół
a potem w dal błękitną sennym spłynąć ruchem
- bo taka w zmierzchu dobroć jest i taki spokój.
Łowicz, 12.8.38 Hejnał 1938, R.12, z.12
Facebook
Zwierzolubni