Historia jednej miłości – Adam

Jedyna duszy i serca pociecho, najśliczniejsza i najwdzięczniejsza Ivonne, dobrodziejko moja. Przeglądając onegdaj wczoraj w piwnicznej izbie swe literackie archiwum, natrafiłem na niepublikowane fragmenty powieści Dyzenterii Mnichówny ze Zgromadzenia Sióstr Nie(?)pomacanych w Kobyle Wielkiej o płomiennej, żarliwej,wielce tragicznej miłości Stefanii Ogórkówny do hrabiego Zenona de Funta XVI Lorda Coventry. Ów hrabia znalazł się na skrwawionej ziemi polskiej,  uciekając z rodzinnej Anglii przed surowym ramieniem sprawiedliwości. Tam, w dumnym Albionie położył trupem wystrzałem z Colta wzór 42 sir Josepha Schilinga, odwiecznego wroga swojego dostojnego rodu.

Jak się więc rzekło wcześniej, ów hrabia przybył do Polski i osiadł w Kobyłce Małej, nieopodal Kobyły Wielkiej. Prowadził spokojny żywot ziemianina, wspomagając od czasu do czasu sutymi datkami pieniężnymi Zgromadzenie Sióstr Nie(?)pomacanych. Tam też poznał zakonną pomywaczkę i dojarkę, wspomnianą Stefanię Ogórkównę. Miłość wybuchła między nimi straszna, niszcząca ale zarazem piękna. Razem bywali na balach, rautach, przyjęciach wzbudzając zazdrość, ale także niewybredne komentarze wśród okolicznych pobożnych chłopów i staroherbowej szlachty.

Niepublikowane fragmenty powieści s. Dyzenterii zaczynają się sceną na balu u księcia von Hochschtaplera, pochodzącego ze starej pruskiej szlachty spolszczonej jednakowóż. Ale najwyższy czas, aby przemówiła sztuka.

„Czy mogę panią prosić do brydża? – zapytał książę von Hochschtapler, stając przed Stefanią w pozie wyuzdanej. Lecz w tej samej chwili wyrósł jak spod ziemi niczym burak pastewny hrabia de Funt i zatrzymawszy ruchem koszącym nogę księcia wciskającą się między chude uda Stefanii, zagarnął swoim mocarnym ramieniem cienką jak lilija kibić swojej ukochanej. Podrzucił wątłe ciałko Stefanii do góry, chcąc rozpocząć wytwornego oberka, gdy nagle zaświstał mu w uszach niczym ryk lwa zjadliwy szept księcia von Hochschtaplera:

- Milcz! hrabio, jeżeli nie chcesz, by mnie względem ciebie zalała ma błękitna krew, bo wtedy może się to zakończyć dla pana w sposób arcyniemiły!

Mówiąc te słowa poderwał z posadzki Stefanię, która była spadła z łoskotem i zatoczył z nią szalonego hołubca, przyciskając ją mocno do swej włochatej piersi.

- Puść pan! – szepnęło dziewczę niewinne i blade jak nieleczona martwica.

- Nie! Nie puszczę, jedyna ma! – zabulgotał książę. – Oto teraz zespoleni w jedno, ty i ja, wykonamy taniec szalony godny naszych nagich ciał.

- Książę, to się nie godzi – odparła z błyskiem nadziei w szklanym oku Stefania.

- Tyś moja! moja, moja! – zaszumiał niczym stary bór książę.

Tak mocno zapatrzeni byli w siebie, tak boleśnie przeszywali swe wnętrza spojrzeniami ostrymi jak sztylety, tak zatraceni w uczuciu gorącym pląsali po cedrowej posadzce, że nie zauważyli, kiedy i w jaki sposób znaleźli się w pałacowej menażerii wśród niezliczonych wschodnich rozłożystych palmów, pterodaktylów, pirokaktusów, apokaliptusów, wśród których przechadzało się stado lwów, tygrysów, słoniów i antylopów. Stefania stanęła jak wryta oszołomiona tym cudownym zakątkiem i nagle padła zmęczona, zdyszana na poręcz kryształowego fotela w formie greckiej amfory.

- Bosko, bosko tu… – wychrypiała z rozkoszą.

Wtem nagle jakaś żelazna obręcz, jakby wąż pyton spadł z palmy kokosowej, objął jej ponętną kibić… To książę von Hochschtapler swym ramieniem otoczył drobną sylwetkę dziewczyny leżąc jak martwa padlina u jej stóp.

- O jakże cudną jesteś, Stefanio, rozkoszy moja. Szkoda, że nie jestem poetą, aby móc na papierze świętym dla sztuki poetyckiej inkaustem odmalować jędrność twoich ust.

Skamlając te słowa wtulił swą niegoloną od dawna twarz między oba stawy kolanowe Stefanii.

- Wargi mi spierzchły – jęknął książę.

Stefania zarumieniła się bezwstydnie. Nagle poczuła, jak wielki żar wpływa do jej niewinnego serca i rozlewa się po całym jej ciele osobliwie paląc okolice podbrzusza.

- Tyś mój, na wieki…

I oboje zastygli w majestacie miłości niczym piramida Cheopsa.

Po kilku minutach, które dłużyły się niczym epoka łupa kamiennego, czarna w krwiste monstra haftowana kotara wisząca w drzwiach prowadzących na taras uchyliła się nieco i na tle połyskującego w martwej poświacie księżyca,ukazała się postać ogromna o diabelskiej urodzie bożka Pana. Ubrana była w szatę koloru amarantowego szczelnie przylegającą do poszczególnych części ciała. Na szyi łabędziej żyrafową przypominającą wisiał łańcuch złoty, na którym zawieszony był obcinacz do paznokci, lusterko oraz gustowna,brylantami wysadza wykałaczka.

Postać ta to markiza von Longplay und Singel.Była jawna kochanka księcia Hochschtaplera i niejawna  de Funta.

- A…a…a… – szczeknęła bestialsko. – Co ja widzę? Książę nową panienkę porwał w swe pazury. Strzeż się samiczko niewinna, abyś nie stała się tym, czym ja jestem teraz – surogatem miłości niespełnionej ale w rzeczy samej szalonej. Zostaw to niewinne stworzenie, książe. Pamiętasz,jak w naszych licznych upojeniach miłosnych kąsałeś mnie niczym kocur swój ogon. Zaklinam cię, wyrzuć ją i tylko mnie kochaj! Całuj tylko mnie! – Mówiąc te słowa padła na kamienną posadzkę menażerii wijąc się w spazmatycznych drgawkach, w których znać było, że jej prapradziad należał do kozackiego zespołu pieśni i tańca „Kazaczok” i że w jej naczyniach krwionośnych płynie dzika, nieokiełznana krew potomków Czyngiz-Chana.

- Spadaj! – ryknął cichutko książę, wdeptując ją obcasem w kamienną posadzkę. – Odejdź, wynoś się. Ręce precz od mego szczęścia. Do budy!

Słów tych Stefania już nie słyszała, bowiem przy pierwszych słowach markizy jakaś gorącość ją oblała, jakby przy klimakterium i całym ciężarem swego wątłego cielska osunęła się na posadzkę, obok wijącej się nieprzytomnie Longplay und Singel.

Książę, całkowicie już bez zmysłów, wpadł do sali balowej, w której pląsano w takt szalonego kujawiaka, z wrzaskiem mrożącym błękitną krew w aortach dostojnej arystokracji.

- Stefania padła zemdlona! Ratuj się kto może w imię Boże!

Von Hochschtapler wbiegł na powrót do menażerii. Na posadzce leżały nieruchomo dwa ciała, a przy nich dwa lwy, które sposobiły się do rozpoczęcia uczty, jako że pora kolacji nadeszła. Jeden z lwów błogosławił markizę von Longplay und Singel jako danie główne. Widać, że Stefania przeznaczona została na przystawkę i wzbudzała namiętności u łagodnych kotków.

Książę potoczył wzrokiem po menażerii, a następnie wybiegł przez otwarte drzwi na taras spowity czernią nocy i jak wściekły pies rzucił się głową naprzód w srebrzystą w poświacie księżyca lustrzaną taflę jeziora.

Dało się słyszeć ekscytujące bul…, bul…, bul…

I po chwili zapadła cisza przerywana tylko mlaskaniem wieczerzających lwów.”

Ivonne, z powodu nieuniknionego Dnia Kobiet wszystkim niewiastom Bóg zapłać za cierpliwość okazywaną nam, mężczyznom i… do następnego święta, za rok. Będzie jeszcze uroczyściej, bo się parytety zmienią.

A poważnie, Ivonne, życzę Ci przede wszystkim zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia.

Adam.

Myślę, że właściwie oddam intencje Adama, który w Dniu Święta Kobiet nawiązał do  romansidła Mniszkówny „Trędowata” – polskiego symbolu kiczu.  Pokuszę się nawet o głębszą analizę, czyli o konstatację o niebywałej wprost popularności tejże historii miłosnej pomimo miażdżącej opinii krytyków i na tym tle o analogiczny fenomen marcowego święta, ustanowionego ponad wiek temu (na początku ubiegłego stulecia). Spauperyzowany niczym Dzień Czynu Partyjnego w czasach PRL-u nie dał się wyprzeć Walentynkom znajdując swoje miejsce we współczesnej pop-kulturze. Wątpię aby u podłoża tejże popularności leżał szacunek dla ofiar walki o równouprawnienie kobiet, upamiętnienie której symbolizował czy też wyrosły na tejże bazie Międzynarodowy Dzień Eliminacji Przemocy wobec Kobiet.  Za życzenia zdrowia bardzo dziękuję i za wszystkie inne życzenia również, oby się spełniły. A od siebie wszystkim paniom dedykuję uroczy wierszyk, który otrzymałam przed chwilą sms-em:

Dużo zdrowia i miłości
Mocy śmiechu i radości
Mało smutku oraz łez
Pełni szczęścia, jeśli chcesz…..

Tristan i Izolda – Frederick Blair  Leighton, 1853-1922; Pocałunek – Francisco Hayez 1859 oil on canvas 110 cm x 88 cm Pinacoteca Crera – Milan; Romeo i Julia, Victor Müller, 1869, olej na płótnie -via Wikimedia Commons; Amor i Psyche, Henryk Siemiradzki, 1894. Olej na płótnie. 51 x 33,7 cm.  Galeria Sztuki, Lwów.


Ten wpis został opublikowany w kategorii Listy cokolwiek psychiczne - Adam, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Historia jednej miłości – Adam

  1. Kandyd pisze:

    „Deszczyk świeci
    Słonko pada
    Wiosna ryczy
    Ach! Jak chciałbym z tobą… ”
    (z Tuwima)

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free