Witaj Droga Ivonne.
Nieprzyzwoicie długo kazałem Ci czekać na mój list, ale przyczyny obiektywne jak i subiektywne nie pozwoliły mi doznać niewątpliwej przyjemności jaką jest świadomość, że piszę właśnie do Ciebie.
Tydzień temu przebywałem na audiencji u koleżki – o którym Ci już pisałem – w Aleksandrze, wsi cichej i spokojnej. A w tzw. tygodniu czasu także nie starczyło, a właściwie starczyło jedynie na wczytywanie się w to, co młodziankowie mili – przyszłość narodu – na generalnej próbie maturalnej raczyli napisać. Ciężko mi było „złapać” sens tych enuncjacji, tym bardziej że niektórzy maturzyści mają problem ze znajomością liter oraz z logicznym przekazywaniem swoich myśli na piśmie. W pewnym momencie zapragnąłem nawet parę słów napisać na temat czytania – czynności ważnej, ale jak się okazuje – niezwykle trudnej, zwłaszcza jeśli chodzi o zrozumienie tego, co się czyta. Jednak „odłożę” ten temat na później, aby zyskać trochę dystansu do problemu.
Przygotowując się do wykładu na temat motywów kobiety w literaturze polskiej natrafiłem na, moim zdaniem, bardzo ciekawe fraszki, facecje i anegdoty na temat kobiety pochodzące z tej nieoficjalnej, dawnej literatury polskiej. Kilka z nich chciałbym przytoczyć dla radości a także i refleksji.
Oto Ignacy Piotr Legatowicz w „Epigramatach bezimiennych pisarzów polskich” wydanych w Wilnie w 1854 r. [reprint 1983] odnotowuje takie złote myśli: „Ten, kto szpetną całuje, podwójnie on grzeszy: // Bo i Boga obraża i ludzi też śmieszy”.
Ale dopuszczalna jest sytuacja odwrotna: „Ten, kto szpetną całuje, swą duszę zbawi:// Albowiem w samym grzechu pokutę odprawi”. Legatowicz nie zapomniał także o starej babie: „Kochać się w starej babie, to ciężko zgrzeszyć://Jest to Boga obrazić i diabła rozśmieszyć”.
Kochana Ivonne, trzeba Ci wiedzieć – zresztą Ty o tym doskonale wiesz – że dawna poezja
polska obfitowała w teksty pisane dla dobrych przyjaciół i znajomych ku ich uciesze a często „nerwacji” i rozpowszechniane były [także anonimowo] w rękopiśmiennych kopiach, dzięki czemu przetrwały do naszych czasów na przekór cenzurze kościelnej i obyczajowej. Popularne były rady przedmałżeńskie, którymi dość obficie raczono młodzieńców stadło małżeńskie zamiarujących założyć. Przede wszystkim zwracano uwagę, aby panna posiadała pięć P, to jest aby była: pulchna – piękna, pudica – wstydliwa, prudens – roztropna, pia – pobożna i pecuniosa – bogata: „Panna, którą chcesz pojąć, niechaj pięć P liczy://Pobożność, Baczność, Piękność, Posag, Wstyd dziewiczy”.
Do tej staropolskiej rady dla kawalerów pragnących wstąpić w związek małżeński nawiązał Włodzimierz Zagórski w swoim „Poradniku dla konkurentów” z roku 1894,
z tym że do istniejących pięciu P dodał szóste – parva [mała]: „Jest parva – małą żonkę bierz;//Jeżeli bowiem prawdą to,//Że, jako liczni mędrce chcą,//Płeć piękna jest szkaradnie złą,//Toć lepiej na wypadki wszelkie,//Wybierać małe zło, niż wielkie!…”
Ale nie tylko te pięć P miało być gwarantem udanego związku. Jeśli stadło miało żyć w zgodzie, wszystko musiało być na swoim miejscu. Dał to do zrozumienia Wespazjan Kochowski w wierszyku „O kornutach za żonami”. Kornut oznaczał kiedyś rogacza.
„Często mężowie niewinne żony winią,//Że im rogi na łbie jako capom czynią.//Niech się każdy swej spyta, a pewno mu powie://”Niech róg będzie, gdzie trzeba, a nie będzie na głowie!” Zwracam uwagę, Ivonne, na ponadczasowość tego wierszyka.
Dla porządku należy dodać, że białogłowy nie zawsze cieszyły się szacunkiem swoich „ślubnych szczęść” i często były obiektami różnych żartów i uszczypliwości. Pewien szlachcic na Mazowszu miał strasznie złośliwą i jędzowatą żonę, aż mu życie zbrzydło i nawet obwiesić się próbował. Pewnego razu szlachta z jego wioski zagoniła do głębokiego dołu wilka, który wyrządzał wielkie szkody. Powodowani zemstą szlachcice radzili, jaką śmiercią go ukarać. Wtem odezwał się ów nieszczęśliwy szlachcic: „Na co go zabijać? Ożenić go, ożenić!”
I jeszcze jedna anegdota, która w (nie)sprawiedliwym świetle ukazuje pewną żonę. Umarł pewien szlachcic. Nieutulona z żalu małżonka zamówiła pogrzeb i z wielką pompą przewieziono nieboszczyka na cmentarz. W czasie drogi woźnica zawadził kołem o stos kamieni. Karawan się przechylił, trumna wyleciała, wieko odpadło i… cud! Umarły ożył! Okazało się, że był w letargu. Niedoszły nieboszczyk wrócił z żonką do domu i żył jeszcze parę lat. Gdy ponownie, tym razem skutecznie, kostucha machnęła go kosą i wynoszono trumnę z domu, troskliwa żona upomniała woźnicę: „Tylko ostrożnie koło tych kamieni, żeby znowu jakiegoś nieszczęścia nie było”.
Oj, dworowali sobie, dworowali poeci z płci nadobnej! Ale trzeba przyznać, że robili to z klasą i sympatycznie. No cóż, nie na darmo mówimy o przysłowiowej staropolskiej rycerskości wobec dam.
A jaki był ideał kobiecej urody? Olbrycht Karmanowski tak opiewa najskrytsze uroki niewieściego ciała parafrazując wierszyk Ottona Melandra a zamieszczony w „Słowniku prawdy i zdrowego rozsądku” Kazimierza Bartoszewicza z roku 1905.
„Trzydzieści sztuk mieć winna każda białogłowa,
Chce-li być gładka jako córa Tyndarowa.
Biała płeć, zęby jak śnieg, taż farba warkoczy,
Czarne brwi, gdzieś jak Murzyn, a sokole oczy.
Wargi, pazur rumiane, jak koral jagoda,
Włos długi, ręka także, wspaniała uroda,
Ząb drobny, uszko, nóżka, a przestronne
Piersi i pani niestara, więc brwi niespojone.
Krok ciasny, usta równe, wcięte w pas jak łątka,
Nos mierny, głowa mała, niewielkie drażniątka,
Zad i udy subtelne, cyc jak najjędrniejszy,
Warga, palec, włos im cieńszy, tym piękniejszy.”
Rozmarzyłem się, Ivonne. Gdzież taką usidlić w XXI wieku, gdy „płeć piękna męskie przybrała żylety, a świat się przewrócił na nice: żonom dał majtki, a mężom spódnice”.
Pa, kochana Ivonne! Jutro wiosna – niech uśmiech nigdy nie schodzi z Twej twarzyczki.
Adam.



Facebook
Zwierzolubni