Witaj Ivonne.
Jak zwykle z radością piszę do Ciebie tych kilka zdań, ufając, że nie zanudzę Cię doszczętnie swoimi wynurzeniami na temat naszej, polskiej szkoły.
Do ponownego podjęcia tematu sprowokowała mnie (w dobrym tego słowa znaczeniu) „Katrina” a także „Jarzębina”, którym dziękuję za komentarze do mojej wypowiedzi zawartej w opowiadaniu „Zmiana planów”.
„Katrina” ma rację oczywiście pisząc, że „[…] świat się zmienia – truizm.[…] Totalny brak czasu rodziców poświęconego dzieciom i ich wychowaniu. A nauczyciele? […] Z łezką w oku wspominam swoich nauczycieli, którym zależało na tym, żeby nauczyć i… wychowywać młodzież.”
Mimo, że osiągnąłem już dość dawno wiek męski, nie mylić z wiekiem klęski, także z niejakim wzruszeniem wspominam czasy, kiedy jako małe pacholę chadzałem do pierwszych klas szkoły podstawowej.
To była straszna szkoła! Komunistyczna! Już w pierwszej klasie kazano mi mozolnie kreślić kółeczka, wężyki, kwadraciki oraz kreski pionowe, poziome ołówkami, które bez przerwy się łamały. Tę katorżniczą pracę musiałem wykonywać w specjalnych zeszytach ćwiczeń – jeden na dwa miesiące. A po pół roku z kaligraficzną dokładnością kreśliłem pierwsze litery. I ten cholerny elementarz ze swoją „Alą, która miała kota”. Ciężkie było cholerstwo… i do tego jeszcze musiałem dźwigać w tekturowym tornistrze piórnik, kredki, kolorowy zeszyt, patyczki do nauki matematyki, bibułki, jakieś farfocle do tzw. prac ręcznych, bloki rysunkowe oraz drugie śniadanko. My, uczniowie, wyglądaliśmy wszyscy tak samo w granatowych fartuszkach z dopinanymi białymi kołnierzykami. Brr…! Na lekcjach i przerwach czuwała nade mną niczym kwoka nad swoim pisklęciem – MOJA PANI – ogromna kobieta, której ja, krasnoludek, ledwie dostawałem do kolan. Było dla mnie jasnym i oczywistym, że tylko udawała troskę o mnie, bo zaraz po zakończeniu lekcji schodziła na dół do sekretariatu, aby dzwonić, jestem przekonany, że do wiadomej „fabryki” i składać meldunki o mojej i moich rodziców „nieprawomyślności”.
A w razie trudności w nauce złośliwie zostawała ze mną „po godzinach” i uczyła, uczyła, uczyła… Jakby nic innego nie miała do roboty! Nie istniały dla niej żadne dyslekcje, dyskografie i inne dziwy. MUSIAŁEM po trzeciej klasie umieć czytać i pisać… ze zrozumieniem. Pamiętam także, z jakim obrzydzeniem napawały MNIE portrety Gomułki i Cyrankiewicza – idoli moich – o Boże! Ty patrzyłeś i nie grzmiałeś – nauczycieli. MOJA PANI pouczała, instruowała, przestrzegała regulaminu komunistycznej szkoły z najwyższą gorliwością. Pamiętam, z jakim drżeniem dziecięcego serduszka odczuwałem Jej głaskanie po głowie i stanowczy tembr głosu: „Adasiu, może wreszcie zaczniesz myśleć.” Kiedy próbowałem poskarżyć się rodzicom, że jestem wręcz prześladowany przez MOJĄ PANIĄ, okazało się, że Oni zostali już tak „przekabaceni” na komuszą stronę i tak zastraszeni, że natychmiast kazali mi iść do spowiedzi, abym zdał rachunek ze swoich niecnych podejrzeń. Pewność siebie MOJEJ PANI i jej brak litości spowodowały, że uczyłem się na pamięć bzdurnych wierszyków, w tym tekstu hymnu narodowego i brałem udział w comiesięcznych przedstawieniach teatrzyku małego aktora mimo rażącej wady wymowy. Nic nie pomogło. Byłem więc Jasiem, który z Małgosią znalazł w lesie chatkę z pierników, troszczyłem się o sierotkę Marysię jako jeden z siedmiu krasnoludków, a nawet udawałem niedźwiedzia w inscenizacji bajki Mickiewicza „Przyjaciele”. Wreszcie poddałem się. Nie miałem siły już dalej walczyć – przestałem się jąkać, zacząłem płynnie czytać, sensownie pisać i nawet zapisałem się do pierwszej w moim życiu biblioteki.
Jeszcze dzisiaj widzę przed sobą triumfującą twarz MOJEJ PANI, która mówi do Mamy: „Adaś zrobił postępy, samodzielnie rozwiązuje równania.” (czwarta klasa!!). Wstydziłem się. Zdałem sobie sprawę, że uległem komunistycznej szkole i z niepokojem myślałem, jak mnie potraktuje za niespełna 50 lat IPN.
Perfidia „komuszej” szkoły i jej nauczycieli w całej pełni objawiała się w Boże Ciało. Organizowano (oczywiście, że robili takie rzeczy ci wstrętni komuniści) seanse filmów Disneya (tak wtedy pisano), a my, uczniowie szliśmy na procesję, narażając się na ciosy rozwścieczonych milicyjnych zupaków. Na drugi dzień, w piątek, nikogo nie wyrzucono ze szkoły! Zaiste, dwulicowość połączona z prymitywnym myśleniem władzy była porażająca.
Zmuszany byłem także przez nauczycieli do uczestnictwa w różnych kółkach zainteresowań: modelarskim, teatralnym, sportowym, botanicznym, plastycznym, a raz w tygodniu wkładałem mundurek zucha i śpiewałem bzdurne komunistyczne pieśni m. in. o tym, że wszystko co mam, Polsce dam, która jest umiłowanym krajem i ukochanym krajem. Moja Matka przyprowadzała mnie na te swoiste „rekolekcje” i niejedną łzę uroniła nad losem swojego syna tak nikczemnie poddawanemu komunistycznej indoktrynacji.
Na nic nie miałem czasu, nawet spokojne zapalenie „fajki” graniczyło z cudem – wszędzie szpicle i donosiciele w postaci nauczycieli i Rodziców. No cóż, ulegli presji silniejszego – nie mieli siły walczyć z komunistycznym bezprawiem.
Ówczesna szkoła to także bezmiar fizycznego cierpienia. Przynajmniej raz w miesiącu przychodziła po mnie w czasie lekcji pielęgniarka i prowadziła do tzw. gabinetu dentystycznego. Tam, na środku stał fotel i maszyna do zadawania bólu. Dentystka z sadystycznym uśmieszkiem borowała moje młode i wrażliwe ząbki, wkładała do ich wnętrza szkodliwy na wskroś amalgamat i uczyła prawidłowego szczotkowania. MOJA PANI nie protestowała, była w zmowie z dentystką, udawała, że nie rozumie wyższości cierpienia intelektualnego nad cierpieniem fizycznym.
W innym gabinecie pozornie troszczono się o prostotę mojego kręgosłupa i płaskie stopy. Ból fizyczny zadawany przez dentystkę-sadystkę był niczym w porównaniu z bólem psychicznym, gdy komuszy lekarz z ironicznym uśmieszkiem typowym dla komunistów ordynował wkładki ortopedyczne. Wtedy budziło się we mnie święte poczucie własności – nikt nie będzie dysponował moimi stopami! Niestety, komunistyczna idea sprawiła, że nie mogłem swobodnie dysponować nawet swoim podbiciem.
W tym wszystkim nie dziwne stało się dla mnie to, że Rodzice współpracowali z pozbawionymi skrupułów oprawcami.
Inną psychiczną katuszą były raz w miesiącu „wyjścia” do filharmonii i teatru. Wiedziałem o co chodzi. Tymi prymitywnymi metodami starano się nas, dzieci, do wschodzących roślinek podobnych, na komunistyczną stronę pozyskać, zmuszając do słuchania rosyjskich utworów. A jeśli trafił się jakiś Mozart, to zaraz po nim Czajkowski, a jakże!
Straszna to była szkoła… Ivonne. Tylko dlaczego ją ciągle wspominam? Dlaczego, jakaś nieodparta siła niczym nakaz moralny, wzbierająca się we mnie z upływem lat wdzięczność każe mi przynajmniej raz do roku postawić na grobach MOJEJ PANI światełko pamięci. Na GROBACH MOJEJ PANI. Tak, bo MOJA PANI to śp., śp. P. Skupin, P. Morawska, P. Gruszczyńska, P. Pojawska, P. Żakowa… Im, wspaniałym nauczycielom i przyjaciołom zawdzięczam to, że dzisiaj potrafię wzruszać się bez wstydu Mickiewiczem, Kochanowskim, Beethovenem, Pendereckim, Rolling Stonesami, umiem zadumać się nad naszymi pokrętnymi dziejami, wiem na czym polega piękno obrazów Rubensa, z szacunkiem i podziwem patrzę na stare mury Krakowa i Warszawy. Zawdzięczam to wszystko także Rodzicom, gdyż na szczęście nie dawali wiary swojemu synowi, który uparcie próbował odgrywać rolę pokrzywdzonego i prześladowanego przez szkołę ucznia.
„Z łezką w oku wspominam swoich nauczycieli, którym zależało na tym, żeby nauczyć i … wychowywać młodzież”. Pod tym stwierdzeniem „Katriny” podpisuję się obiema rękami. Szkoda, że teraz jest inaczej, szkoda, że na szkołę nie ma już pieniędzy. Cóż, pantha rei i już nic nigdy nie będzie takie samo.
Ivonne, uśmiechnij tak, jak Ty tylko potrafisz… O! właśnie tak. I bądź zawsze taka.
Adam.
W mojej podstawówce na ścianach, oprócz godła PRL, wisiały portrety jej patrona Stefana Czarnieckiego, herbu Łodzia, hetmana polnego koronnego, znanego przede wszystkim z prowadzenia wojny partyzanckiej w czasie potopu szwedzkiego oraz pacyfikacji powstania Chmielnickiego w trakcie wojny polsko-ruskiej 1654-1667. Czarniecki zasłynął także jako wyjątkowo okrutny i bezwzględny dla wroga dowódca. Nie był człowiekiem wykształconym a cała jego wiedza wynikała ze zdobytego doświadczenia bojowego, co w wielu wypadkach okazywało się dla ojczyzny bezcenne. Nie wiem jak to zrobił ale nasz szkolny patron skutecznie wymiótł z klas zdjęcia Gomułki i Cyrankiewicza przez co pozytywnie wpłynął na nasz stosunek do komunizmu. Twarzowe fartuszki oczywiście były grane i niebieskie tarcze też. Dentysta urzędował przy wejściu do szatni a w czasie długich przerw wlewano w nas tran. I ten tran odbija mi się do dziś. Co do ciała pedagogicznego, to umożliwiło mi kontynuację nauki po pomyślnie zdanym egzaminie do liceum i głównie za to jestem mu wdzięczna. Mama specjalnie się moimi postępami w szkole nie interesowała, raczej nie było takiej potrzeby wobec przyjęcia mnie z marszu do drugiej klasy, bo do trzeciej się nie dało a tata za bardzo był zajęty słuchaniem Wolnej Europy. A co do Czarnieckiego, to ma pomnik w polskim hymnie narodowym.
Jak Czarniecki do Poznania
Wracał się przez morze
Dla ojczyzny ratowania
Po szwedzkim rozbiorze – Józef Wybicki, Pieśń Legionów Polskich we Włoszech
Ta zwrotka Mazurka Dąbrowskiego przypomina zimową przeprawę morską wojsk Rzeczypospolitej pod dowództwem Czarnieckiego (przekroczenie cieśniny morskiej pomiędzy Jutlandią a wyspą Als) zmierzających na pomoc Królestwu Duńskiemu.




Facebook
Zwierzolubni