Strachy na Lachy

Marcowa „Polityka” ukazała się pod hasłem Świat strachu – nasze lęki prawdziwe i urojone. Wymieniła strachy dotyczące Kadafiego i powstania na Cyrenajce w kontekście wojny w szerokim tego słowa znaczeniu, wspomnienie o terroryzmie wbijającym się w Nowojorskie wieże World Trade Center 11 września 2001 roku, Japońską tragedię w kontekście populistyczno-histerycznej apokalipsy i Czarnobyla, matki zabijającej własne dziecko pod wpływem szoku poporodowego i już dalej wymieniać nie będę, gdyż ja straszyć nie chcę.

Faktem jest niezaprzeczalnym, że media zamiast wyciszać sieją popłoch w poszukiwaniu sensacji a w ślad za nią idącej oglądalności a do mediów tych zaliczam również Internet, pod wpływem którego mój znajomy zakupił ostatnio zapasy jodyny i… jedyny problem jaki miał, to w jakim stopniu ją rozcieńczać. Mój syn jest „dzieckiem Czarnobyla”, napatrzyłam się na dzieci urodzone w tym konkretnym czasie, kiedy to leżał w wieku kilku miesięcy na oddziale chirurgii w Centrum Zdrowia Dziecka na skutek przypadłości nie związanej z wybuchem a ja snułam się po tymże ośrodku zdrowia odwiedzając też sąsiedni oddział neurologii dziecięcej.

Skutki wydobycia się do atmosfery radioaktywnych składników chemicznych związanych z napędzaniem energii jądrowej  są straszne, to prawda. Ale jednocześnie jestem za  energią pochodząca z tychże źródeł, skoro, jak czytam,  sama woda, słońce  i wiatr nie wystarczy aby zaspokoić ciągle rosnąca konsumpcję. Co z tego, że poczynię konkretne oszczędności montując na swoim dachu solary i stawiając obok chałupy wiatrak napędzany powietrzem skoro walnie elektrownia jądrowa w sąsiedniej Rosji i moje oszczędności z tego tytułu a i zaciągnięte na ratowanie zdrowia kredyty odlecą wraz z wiatrem napędzającym wiatraki.

Powiem szczerze, że nawet mi się tego wydania Polityki czytać nie chciało z wiadomych względów oprócz artykułu pt.: „Stoliczku nakryj się” w aspekcie bliskiego mi, gastronomicznego tytułu i tematu, o którym nie miałam zielonego pojęcia. A temat dotyczył państwowych rezerw żywności na wypadek ogólnopolskiego kataklizmu…..rozumiem – czytaj minimum europejskiego kataklizmu, w końcu do Wspólnoty należymy.

Napisano m.in. tak: „według symulacji, na uruchomienie rezerw kryzysowych i dostarczenie ich do ludności potrzeba będzie około trzech dni (rezerw wystarczy na 1,5 dnia, przyp. mój). Na świecie zresztą też tak to wygląda. Tylko, że tam ludzie mają świadomość, że trzeba być przygotowanym na różne scenariusze i mieć żelazny zapas jedzenia na pierwszych kilka dni po zdarzeniu nadzwyczajnym.” – Juliusz Ćwieluch, Polityka 26 marca 2011.

Liczmy tydzień oczekiwania, żeby się najeść, biorąc pod uwagę problemy logistyczne. A potem to już o suchym pysku do końca świata wobec zaistniałego kataklizmu. Człowiek bez wody może przeżyć fizjologicznie rzecz biorąc cztery dni, bez jedzenia czterdzieści. Chociaż w obozach koncentracyjnych  na symbolicznej suchej pajdce chleba albo surowym ziemniaku dziennie więźniowie i kilka lat przeżywali. „Najdłużej bez jedzenia przeżył Irlandczyk Kieran Doherty, który podjął głodówkę i zmarł po 73 dniach. Jednak przy dostarczaniu organizmowi odpowiednich witamin oraz soli mineralnych można przeżyć dłużej – nawet do roku.” – www.narodowo.pun.pl

A ja mam na życie smak….

No proszę, tutaj krewetka a tu krab
Jeotgal jest słony jak Zółte Morze
A ja mam na to słone życie smak
Na ryby, ostrygi, ośmiornicy odnogi…

Na ryż, na soję z dodatkiem chili
Sfermentowaną energię mi dają
Niech z alkoholem nikt nie pomyli
Ferment tu sieje tylko kurczę i pająk…

Bo ja po prostu mam na życie smak
Kocham co zdrowe, kocham co nowe
Wszystkiego spróbuję, daj tylko znak
A na życie ciekawe jestem gotowa…

Tutaj kimichi, z ośmiorniczką pierożki
Samo zdrowie i smukła sylwetka
Imbir i czosnek na stole niech gości
I ryż, i ryż ….a do niego krewetka….

Zastanawiam się więc, po co są te rządowe tony zapasów żywności w postaci chleba w folii tracącego ważność po pół roku skoro są suchary, poza tym, jak pisze autor, magazynowana jest makrela w puszce, pasztety, pulpety i nieśmiertelna fasolka po bretońsku (wyprzedawana za grosze na końcu daty ważności przydatności do spożycia, przyp.mój).  Świetny artykuł, polecam. Nauczono mnie, że zapas magazynowy to koszt, który obciąża budżet hotelowy.  Mało tego, stosowna kombinacja zapasem wpływa istotnie na budżet a więc i na wynik. Czyżby więc w naszym państwie ekonomistów brakowało? Chyba tak. Zdecydowanie tak. Od kilku lat sami historycy nie ujmując nic historykom.

„W sumie agencja zakupi w tym roku 315 ton konserw. Biorąc pod uwagę to, co jest w magazynach plus jeszcze pakiet kilku SRG (Sucha Racja Gotowa), wojsko jest gotowe na kryzys….a i cywil się przy wojsku wyżywi” – źródło jak wyżej.

I to samo źródło jeszcze raz: tylko, że tam ludzie maja świadomość, że trzeba być przygotowanym na różne scenariusze i mieć żelazny zapas jedzenia na pierwszych kilka dni po zdarzeniu nadzwyczajnym.

Żywność magazynowałam za czasów PRL-u i to bynajmniej nie wobec zagrożenia kataklizmem. Kataklizm PRL-u został oswojony w tamtych czasach. Magazyny rządowe skróciłabym do zapasów wody pitnej, ryżu jak w Chinach i nasion zbóż do wysiania po…

A ludzie, a ludzie, którzy się przy wojsku nie wyżywią po prostu przejdą kurację odchudzającą. Wobec wszechobecnej, nadmiernej konsumpcji powinno wyjść im to tylko na zdrowie, w zależności od rodzaju i siły kataklizmu. Temat jest do rozwinięcia na przykład w postaci filmów na Discovery pt: jak przetrwać w buszu…

PS. słusznie wg mnie Kasia zauważyła, że superman dający lekcje na Discovery przeżycia w buszu, pożerający robale i rośliny niewiadomego pochodzenia jest codziennie ogolony i dźwiga plecak, w którym z całą pewnością ma zakipiszowaną fasolkę po bretońsku. A media….jeśli przyjdzie godzina zero nikt ich nie będzie słuchał wychodząc z założenia, że jak zwykle chodzi o sensację!

Zdjęcie: Elektrownia wiatrowa – Archiwum Jarzębiny; W koreańskiej restauracji – Katarzyna Wasielewska; Jeodgal – dania o charakterystycznym słonym smaku nie zawsze akceptowalnym przez obcokrajowców spoza kontynentu. Potrawa bazuje na naturalnie sfermentowanych krewetkach, rybach i ostrygach. Kimichi sporządza się z kapusty, ogórków i rzodkwi, które fermentują pod wpływem zalewy przygotowanej z czosnku, imbiru i chili. „Jak przetrwać w buszu”  – Amazonia, Archiwum Jarzębiny

Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Własne zdanie i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free