Zagłębić się w historię Cesarstwa Rzymskiego to jak błądzić w labiryncie wzajemnych
koligacji rodzinnych, spisków i zbrodni, wypraw wojennych i awantur w senacie do mianowania konia senatorem włącznie. To również labirynt afer miłosnych i rozpusty, w której ponoć pierwsze skrzypce wodziły kobiety pokroju Messaliny czy Julii, córki Oktawiana, drugiej żony Tyberiusza. Cesarz Tyberiusz zaś (Tiberius Claudius Nero – 42 p.n.e.- 37 n.e.) to z kolei czasy namiestnika Judei Heroda, inicjatora biblijnej rzezi niewiniątek, który objął w posiadanie (po bitwie pod Akcjum) ziemie wcześniej zawładnięte przez egipską Kleopatrę…i tak dalej i tak dalej……
Po prostu czasami chciałoby się uciec od tego całego zamieszania ale się nie da, jeśli chce się pojmować z dystansem historię współczesną, nawet tę w skali mikro własnego podwórka a na dodatek posiadać jako taką wiedzę, by z przyjemnością oglądać produkcje filmowe, które z reguły fantazjują nieco historię starożytnego Cesarstwa na korzyść akcji zawartej w scenariuszu.
Ja w tenże labirynt specjalnie się nie zagłębiałam, podróżując po nim głównie za sprawą Roberta Gravesa w opowieści o Klaudiuszu i norweskiej pisarki Elisabeth Dored w opowieści o Julii, która kochała Tyberiusza. Kilka produkcji filmowych w stylu „Kleopatra” czy „Gladiator” również coś tam wniosło do mojej wiedzy a najwięcej, i taka jest prawda, podróże, które stały się moim udziałem. W opowiadaniu „Perfidia komuszej szkoły” nadmieniam, że „można się uczyć z różnych źródeł” a ja na to swoje sformułowanie nałożę jeszcze truizm znany od lat pt.: podróże kształcą oraz opowiem zdarzenie ze szkolnego podwórka.
W pomaturalnej szkole hotelarskiej zdawałam egzamin na certyfikat pilota wycieczek zagranicznych (oznacza pilota prowadzącego wycieczki również w kraju). Wylosowałam dwie lokalizacje, Paryż i wąwóz Homole. Przez Paryż, naszpikowany historią, architekturą i sztuką jakoś przebrnęłam ale rozwinęłam się dopiero przy naszych Homolach, które w owym szkolnym okresie życia, pozostawały w zasięgu moich zasobów materialnych. Opowiadałam o tradycji łemkowskiej, o turystycznych bryczkach pokonujących pienińskie wzniesienia i o skarbach ukrytych w wapiennych skałach. Widziałam na własne oczy i dobrze mi poszło. Zdałam.
Być może dlatego do dzisiaj, gdzie nie postawię nogi, sięgam głębiej niż plaża i szerzej niż
pizza. Weźmy na przykład wspomnianego wyżej Tyberiusza, który pod koniec życia przeniósł stolicę cesarstwa na wyspę Capri. Piękna widokowo wyspa o kamiennej plaży i nazwie wywodzącej się od Bogu ducha winnej kozy. August uciekał tutaj na wakacje a Tyberiusz schował się na stałe. Dlaczego? Nitka historyków wiedzie do Julii, rozpustnej żony i ladacznicy, którą Tyberiusz poślubił z nakazu Cezara rozwodząc się z ukochana żoną, Wipsanią Agrypiną. Tutaj ponoć Tyberiusz również pławił się w uciechach seksualnych związanych u mężczyzn z kolejną w życiu andropauzą. A Julia? O Julii nic nie wiadomo. Jej imię zostało przeklęte a pamiątki po niej zniszczone. Zostało zaledwie kilka wypowiedzi, bystrych i odważnych.
Ucieknijmy na chwilę od doliny Targara i Ogrodów Augusta na Capri i przenieśmy się do
Tyberiady założonej przez Heroda Antypasa w Dolnej Galilei. Nazwa miasta wywodzi się od Tyberiusza a swoją działalność mocno koncentrował tutaj Jezus Chrystus. Dzisiaj jest znanym uzdrowiskiem i jednym z czterech świętych miast judaizmu. Nitkę Tyberiusza w Judei pozostawiam historykom lub turystom, którzy cenią sobie coś więcej niż plażę i pizzę. Podpowiem, że ślad jest jak zwykle w pytaniu, kto kogo popierał i finansował i dlaczego.
Na Capri zawitał nawet Lenin po upadku rewolucji 1905 r. Też się tutaj schował idąc w ślady rzymskich cezarów. Czyżby powodem był rozwiązły tryb życia Nadieżdy Krupskiej?
„Chcesz wytłumaczyć, żeś wyjechał na Capri pracować? Nie da się. Na Capri pracować nie jeżdżą. Robotą zajmują się tylko miejscowi, myjąc, karmiąc, wożąc na łódkach najbogatszych turystów Europy. Ale miejscowej ludności Bóg tak przykazał: urodziwszy się w raju, do grobowej deski odpłacaj za swój bajkowy fart.” – Dmitrij Bykow, „Kapriczczijo”,tygodnik „Ogoniok” nr 45, listopad 2001r., źródło „www.dziennikarze-wedrowni.org
„…właśnie na Capri w latach 1907-1910 ważył się los rosyjskiej rewolucji i Rosji jako takiej. Właśnie tu w dni pogromu tak zwanej kapryjskiej herezji rosyjska socjaldemokracja przeżyła wewnętrzny przełom i nieodwracalnie ruszyła najgorszym z możliwych torów.” – źródło jak wyżej.
A Ogrody Augusta na Capri? Gardini di Augusto. Śladu po Auguście tu nie ma ale za to są ślady Friedricha Alfreda Kruppa, który tu mieszkał w XIX wieku i sfinansował budowę ogrodów. Potomek twórcy niemieckiej metalurgii postawił tutaj nawet pomnik…nie, nie Cezarowi tylko Leninowi, dla upamiętnienia pobytu Wodza Rosyjskiej Rewolucji na Capri, na koszt gospodarza..i tak dalej..i tak dalej….
No to został już mi tylko chyba wątek Incitatusa, wyścigowego konia Kaliguli. Hiszpański rumak i rzymski senator zarazem antycypowany do roli konsula, trzymany w marmurowej stajni ze żłobem z kości słoniowej, towarzyszący cesarzowi w wystawnych kolacjach, niczym mnie towarzyszy dzisiaj mój pies, Korek. Gaius Iulius Augustus Germanicus, czyli Kaligula (Bucik) przebywał na Capri wraz z Tyberiuszem a po jego śmierci wyniesiony został na cesarskie ołtarze. Nie dlatego, że był potomkiem Tyberiusza ale głównie dlatego, że sypiał z Emmą, żoną Makrona, pomimo, że sam był w tym czasie ożeniony z Jonią. Kaligula zasłynął, podobnie do Messaliny i Julii ze swojej rozwiązłości, do kazirodczych stosunków włącznie. Tak więc do wątku, kto kogo popiera i finansuje należy jeszcze dorzucić watek, kto z kim śpi.
Kaligula przeszedł ciężką chorobę i na skutek prawdopodobnie uszkodzenia mózgu jego miłość do konia stała się porównywalna do miłości do kochanka lub kochanki, gdyż nawet sypiał w stajni wraz ze swoim koniem…
Najwyższa pora wyjść z tego labiryntu. Korek gramoli się z łóżka i pewnie chciałby pójść na spacer. A zatłoczone turystami Capri? Warto, naprawdę warto chociaż na chwilę tam się
schować.


Facebook
Zwierzolubni