Drogi Krzysztofie…

W marcu 2009 napisałam ze Spały do Krzysztofa  jak następuje:

„Drogi Krzysztofie,

Witam Cię w spalski, wiosenny poranek i pozdrawiam serdecznie. Miewam się dobrze i mam nadzieję, że u Ciebie też wszystko w porządku. W pracy jakoś leci, mogłoby być lepiej ale nie narzekam. W domu do d…, jak zwykle, przyzwyczaiłam się. Trochę się udzielam społecznie, troszkę podróżuje po Polsce, mam też pewne plany na przyszłość ale nie będę Ci ich zdradzała, żeby nie zapeszyć. Planuję też dłuższe wakacje w tym roku lecz nie wiem, czy mi się uda wyjechać. W zeszłym roku, jak zapewne pamiętasz, niespodziewane zawirowania losu pokrzyżowały mi plany wypoczynkowe. Nikita niestety się nie znalazł. Mam trochę wyrzutów sumienia, że nie dołożyłam wystarczająco dużo starań aby próbować go odszukać. Korki jest w znakomitej formie, rozumiemy się coraz lepiej i też coraz lepiej się miedzy nami układa.

Ubolewam, że nie udało nam się już spotkać więcej i, że nie utrzymujesz ze mną kontaktu, chociaż ja ze swej strony nie mam wyrzutów sumienia, jak wyżej, że nie dołożyłam należytych starań aby utrzymać cenną dla mnie znajomość z Tobą.

Zbliżają się Święta Wielkanocne. Mam nadzieję, że spędzasz je tak, jak zapewne lubisz, w otoczeniu bliskich i życzliwych Ci osób, które darzysz uczuciem. Ja swoich bliskich zaprosiłam do hotelu, ponieważ w domu nie za bardzo mogę świętować. Jerzyk z Kasią już potwierdzili swój udział w malowaniu pisanek. Wiosna nastawia mnie pozytywnie do życia.

Wspominam czasami nasze ostatnie spotkanie choć czas zamazuje szczegóły. Chciałabym pamiętać tylko to, co było miłe i tak będzie. Miłe było wspólne surfowanie w internecie, wino, które starannie wybrałeś na ten wieczór. Twoja troska o to, czy było mi wygodnie. Resztę już zapomniałam.

Troszkę mi szkoda, że nie będziesz mi już więcej towarzyszył, chociaż wirtualnie, w moich przygodach życiowych. Dzięki Tobie stanęłam znowu na nogi, bardzo jeszcze niepewnie ale przynajmniej mam chęć, żeby coś, nazwijmy to, zmienić. Tak uważam i nikt tego stanowiska nie jest i nie będzie w stanie zmienić. Dziękuję raz jeszcze.”

Sporo wody upłynęło od tamtego czasu. Pisania do Krzysztofa nie zaprzestałam, dalej ćwiczyłam na nim pióro, ponieważ ułożyłam pierwszy raz w życiu coś do rymu. Ale nie to jest najważniejsze. Zaczęłam rozplątywać powoli, z mozołem węzeł, pozornie nie do rozwiązania, który definitywnie, mam nadzieję, przestał istnieć stosunkowo niedawno. Jeszcze się za mną niektóre ogony ciągną. Same sprawy formalne, gmatwane z rozmysłem od wielu lat zajęły mi prawie dwa lata. Wysyłałam Krzyśkowi kopie wszystkich możliwych  dokumentów w obawie, że mi zaginą albo, że gdyby mi się coś stało nikt nie będzie znał prawdy. Informowałam go o wszystkim co się dzieje, szczegółowo, dzień po dniu. Przekazywałam kopie mojej korespondencji wychodzącej i przychodzącej, czasem stenogramy rozmów.  Listy złożyłam u mojej przyjaciółki informując syna o tym fakcie. Oryginały dokumentów cały czas woziłam ze sobą w samochodzie. Przeżyłam.

Najbardziej się bałam, że Krzysztof mi nie uwierzy a na kimś musiałam się oprzeć. Na kimś, kto ma Internet, spędza w nim dużo czasu i kto jest wrażliwy i inteligentny. Opowiedziałam mu historię mojego życia popierając dowodami, to co poprzeć mogłam. Chciałam by poznał mnie jak najlepiej, z każdej możliwej strony, żeby wiedział jaka jestem, co się wydarzyło, co mnie motywuje i dlaczego. Nie znaliśmy się przecież wcale. Ktoś musiał mi uwierzyć. Ktoś musiał uwierzyć w rzeczy nieprawdopodobne.

Nie wiem kiedy wpadłam na ten zbawienny dla mnie, jak się okazało, pomysł. Nie miałam takiego zamiaru, gdy napisałam do Krzysztofa pierwszy, drugi, trzeci a potem któryś tam list z kolei z zupełnie innego powodu. Ale to też nie  jest najważniejsze. Musiałam siebie samą w jakiś sposób napędzać, motywować, popychać do przodu. Znam siebie. Jestem ambitna, wytrwała, nie zrażam się niepowodzeniami, zmierzam jak czołg do celu i potrafię czekać. Ale też jestem słaba, po przebytej chorobie boję się kolejnego załamania.

Przeżyłam.

Dzięki Krzyśkowi i innym, życzliwym mi ludziom, których napotkałam na swojej drodze.

Nie mam pojęcia co on robił z tym moim pisaniem i co sobie o mnie myślał. W zasadzie nie miało to dla mnie większego znaczenia. Zapewniał mi minimum bezpieczeństwa i to była dla mnie podstawa.

Ale to też chyba nie jest w tym wszystkim tak naprawdę najważniejsze. Krzysztof ma specyficzne poczucie humoru i czasem paskudny charakter. Z jednej strony mnie rozśmieszał do łez a z drugiej doprowadzał do furii. Te skrajne uczucia powodowały, że myślami byłam gdzie indziej a robiłam swoje. W każdym bądź razie jest nietuzinkowy a ja lubię takich ludzi. Bardzo.

Dzisiaj wiosna nastawia mnie również pozytywnie do życia. Wspominam czasami nasze ostatnie spotkanie choć czas zamazuje szczegóły. Chciałabym pamiętać tylko to, co było miłe i tak będzie.

Zdjęcia: Archiwum Jarzębiny, maj 2011

Ten wpis został opublikowany w kategorii Biegnąca z wilkami, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free