www.tvn.warszawa.pl zamieściła 27 lutego br. w Internecie w mojej opinii bardzo
interesujący i potrzebny artykuł. Rzecz jest o psiej nędzy i nosi tytuł „Wirtualnie pomagają, w realu już mniej.” Pod lupę wzięte zostały akcje internetowe pod tytułem: pies czeka na właściciela lub kliknij „do miski psa” w schronisku lub przytulisku.
„O to, że kolejna wiadomość o zwierzętach zostanie odpowiednio wypromowana w internecie, schroniska nie muszą się martwić. Rzesza aktywistów szybko przekaże dalej wszystkie linki. Będzie nimi bombardować znajomych na portalach społecznościowych, apelować o pomoc i domagać się działania od urzędników. Mimo to schroniska, w najlepszym razie, ledwie wiążą koniec z końcem. Wsparcie pozostaje zwykle wirtualne.”
W dalszej kolejności następują statystyki efektywności promocji w internecie. Osobiście uczestniczę w tym promocyjnym procederze aktywnie nie wierząc prawdę mówiąc w jakieś niesamowite efekty w realu. Szansa jeden na milion, że wśród internautów natrafi się na kogoś, kogo nie tylko wzruszy widok zabiedzonego pieska ale podejmie on konkretne kroki w celu poprawienia jego losu przygarniając zwierzątko i dając mu dom i serce. Ale skoro internautów jest kilkadziesiąt milionów to ta szansa wzrasta wprost proporcjonalnie i to mnie motywuje do dalszego wspierania tego typu akcji.
„Klikanie, umieszczanie linków to krople drążące skałę.”
„Najważniejsza jest ładna fotografia. To klucz do adopcji.” – twierdzi dyrektor jednego z podwarszawskich schronisk. Żenujące ale jak widać prawdziwe. Nie każdy pies jest fotogeniczny, tak jak człowiek. Kiedy odbierałam swojego Korka z tragicznego wprost schroniska na polskiej prowincji w tym samym czasie przyleciał do tegoż schroniska najpierw samolotem a potem podjechał wypasionym samochodem pan, który wypatrzył w tym schronisku pitbula. O pięknego pitbula mu chodziło, szukał i znalazł. Ale nie każdy pies jest pitbulem. Z reguły w przytuliskach czekają na odmianę losu różnej maści nie fotogeniczne kundle. Z kolei moja sąsiadka, z którą od czasu do czasu wypuszczam się na dłuższe spacery, w których towarzyszy Korkowi uroczy kundelek, pojechała do schroniska po tegoż kundelka uzbrojona w postanowienie „to nie ja wybiorę psa, to pies wybierze mnie”. I tak się stało. Z kolei przebojowa suczka moich znajomych po prostu wykorzystała moment otwartych drzwi w aucie stojącym przed schroniskiem, wpakowała się do tego auta i nie dała się z niego wyciągnąć. Siłą rzeczy musieli wziąć.
Bardziej szansę internetowych promocji postrzegam zupełnie w czymś innym a mianowicie w wykształceniu pewnej kultury u ludzi, skoro nie przyszli z nią na świat.
„Socjolog internetu zwraca uwagę, że działalność schronisk w internecie przynosi wizerunkowe korzyści.” Przyznaję, że nie do końca rozumiem, co socjolog pod tymi wizerunkowymi korzyściami rozumie ale skoro się mówi i pokazuje, skoro się nagłaśnia to dociera się do ludzi, którzy mają „Boga w sercu” jak to się mówi a raczej do tych, którzy tego Boga mają szansę mieć. Form pomocy jest wiele, niekoniecznie finansowych, chociaż to największa bolączka. „Kto jest odbiorcą komunikatu w internecie? Ludzie młodzi, zapracowani” – tłumaczy Maria Cywińska. Jakże często słyszę sformułowanie, chciałabym mieć psa ale jeśli mam go skazywać na samotność cały dzień w domu, wolę go nie mieć. Dużo jest w tym racji lecz z kolei, kiedy wyjeżdżałam już za bramę ze śmierdzącym pod niebiosa od spania we własnych odchodach Korkiem, kierownik schroniska powiedział do mnie: wszędzie będzie miał lepiej niż tu.
W tym miejscu przypomniała mi się nieżyjąca już niestety, moja przyjaciółka. Kiedyś
wsparła schroniskowy psi naród w dosyć niestandardowy sposób. Sama miała piesków pięć. Kiedy inspektor PIP-u nałożył na nią karę pieniężną, która jak wiadomo obciąża pracownika a nie pracodawcę, wypełniła przekaz pieniężny nie na PIP a na podwarszawskie schronisko. Inspektora zatkało, gdyż prawo nie zabraniało takiego manewru. Więcej nie przyszedł.
Nie zgadzam się, że odbiorcami apeli w Internecie są tylko ludzie młodzi. Ja do młodzieży nie należę a moje, liczne co tu dużo mówić, środowisko internetowe skupia ludzi dojrzałych i bywa, że równie zapracowanych, jak młodzież. Tym niemniej skłaniam się do opinii socjologa, że głównym odbiorcą apeli powinni być ludzie dojrzali nie tylko ze względu na wiek ale i na odpowiedzialność, która przychodzi z wiekiem.
„Ci, którzy przeczytają ogłoszenie w gazecie lub w kościele są starsi, mają więcej czasu na opiekę nad zwierzęciem – przekonuje”. A co by się stało, gdyby to tak ksiądz ogłosił z ambony, że dzisiaj zbieramy na tacę dla schroniska tu i tu albo, że każdy, kto przytuli bezpańskiego pieska do serca na dobre i złe zasłuży sobie na miejsce w Niebiesiech?
Oprócz wspierania piesków w Internecie i w realu na miarę swoich możliwości wspieram też konie. Przekonał mnie do aktywnego uczestnictwa w akcji na Facebooku „Wspieramy konie na emeryturze” Wojtek, który tejże akcji w sposób nieformalny przewodzi. Nasza grupa na razie jest niewielka, liczy kilkaset osób ale wierzę w powodzenie jej misji. Konie są o wiele bardziej fotogeniczne niż psy.
Zdjęcia: Korek z kumplem; Ami – rotweiler przyjaciółki i mój Shih Tzu Makao; stadnina koni w Lesznowoli pod Warszawą – Archiwum Jarzębiny.
Ktoś „trzeźwo myślący” powiedział:
- „Chłopie, co się wygłupiasz, ośmieszasz się, koni ci żal? Przecież to tylko zwierzęta, ludzi byś bronił, zobacz ile krzywd się dzieje…”
Odpowiedziałem po chwili zastanowienia:
- Przecież to właśnie ludzi bronimy, ludzi przed utratą resztki godności, przyzwoitości, wrażliwości. Co Człowiek jest wart bez tych przymiotów?
Emerytury dla zwierząt po służbie

Facebook
Zwierzolubni