Pamiętam małe białe miasto w ostrym świetle dnia
Popołudnie puste wypalonej słońcem aż do dna.
Leniwy czas w uliczkę tę prowadził nas.
Kafejka i chłodne wino, które krąży z rąk do rąk…..Greckie wino, Anna German
Zorba i Ty, to co było już minęło, pożegnania czas – śpiewała Anna German. Szkoda, że odeszła w niepamięć wraz ze swoim pięknym głosem. W opowiadaniu o Hawajach (Co nam zostało z tych lat -cz. 9) wspominam o współpracy dwóch międzynarodowych, na co dzień konkurujących ze sobą sieci hotelowych – Inter.Continental i Marriott. Zanim wrócę do Grecji przybliżę trochę „sieciowy” temat niezorientowanym czytelnikom.
Wg danych ze stycznia br. największe grupy hotelowe świata to: Inter.Continental Hotels Group PLC – 647,2 tys. pokoi, Marriott International INC. – 618,0 tys. pokoi, Wyndham Hotel Group – 612,7 tys. pokoi, Hilton Worldwide – ok. 600 tys. pokoi i Accor Hospitality – 507,3 tys. pokoi. (źródło: Hotelarstwo, 1-2, 2011). Dla kogoś spoza branży najbardziej znany jest chyba Hilton dzięki Paris Hilton.
W 1989 roku hotele orbisowskie zaproszone zostały do współpracy z Hiltonem. Organizatorem promocji Polski w Atenach a dokładnie w ateńskim Hiltonie były Polskie Linie Lotnicze LOT oraz wyrosłe z LOT-u Biuro Podróży „Air Tours”. Nadmienić należy, że BP Air Tours było pierwszą, istotną na rynku polskim konkurencją dla Orbis Travel.
Do Aten pojechaliśmy więc trochę jak cocktail łączący w jednej ekipie na co dzień ostro konkurujące ze sobą w skali globalnej i lokalnej organizacje. Był ciepły maj, jak dzisiaj, miasto tętniło życiem głównie w nocnych kafejkach a przez Hilton przewalały się tłumy gości z całego świata. W kuchni pierwsze skrzypce grał szef hotelu Europejski Ryszard Świerkot oraz najlepszy orbisowski cukiernik z hotelu „Cracovia” w Krakowie, Stefan Przebindowski. W restauracji królowałam ja wraz ze Stasiem Frączykiem, który w owym czasie, o ile dobrze pamiętam był albo odpowiedzialny za bankiety Victorii i Europejskiego albo sprawował funkcje zastępcy gastronomii hotelu Europejski. Nasze kariery zawodowe plączą mi się w czasie, jakkolwiek nie były zbyt skomplikowane. W ekipie zaistniał również przyszły szef kuchni hotelu Victoria Janusz Kosik. A ja…w 1989 roku szefowałam działowi handlowemu czyli odpowiadałam za sprzedaż.
W Hiltonie reprezentowałam w każdym bądź razie Mazowsze odziana w ludowy strój
łowicki i czerwone korale. Buty były nie z tej samej bajki ze względu na upał. Staś udawał Greka w staropolskim kontuszu i w czapce z przypiętymi piórami. W tymże polskim stroju ludowym porywana byłam nie raz do greckiego tańca czyli do zorby przez goszczących w hotelu turystów płci męskiej, czym wzbudzałam ogólną sensację. To nie był cocktail mieszany tylko wstrząśnięty.
Dzień nam upływał pracowicie. Szefowie kuchni byli bezlitośni, zaganiali nas do roboty skoro świt. Wyznaczali dyżury, kto kiedy będzie skrobał marchewkę i obierał ziemniaki. Od tej marchewki miałam wieczorami czerwone dłonie, niczym Kuba Rozpruwacz. Ale smaku kaczki z jabłkami dopiero co wyciągniętej z pieca do końca życia nie zapomnę. Najlepszą kaczkę z jabłkami na świecie robił szef kuchni hotelu Europejski.
Stefan Przebindowski zaś rzeźbił w cukrze już od rana. Maleńkie dzieła sztuki a i te większe lądowały wieczorem na bufecie. Talerze były z cukru, kwiaty były z cukru, dekoracje były z cukru. Oprowadzałam po tym słodkim miasteczku hiltonowskich gości, którym szczęka opadała z podziwu. Szczególnie Amerykanki wpadały w niekłamany zachwyt.
W bezpośrednim sąsiedztwie naszej „polskiej” na dwa tygodnie restauracji mieściła się restauracja o profilu bawarskim z beczkami piwa. Ponieważ polska Wódka Wyborowa biła na głowę koloński Kölch kierownik tejże restauracji również przestawił w tym czasie swoje priorytety na polską wódkę w miejsce świetnego, niemieckiego piwa. Dzisiaj na WP przeczytałam, że polska wódka już nie ma żadnego znaczenia na świecie. Przegrywa z whisky, rumem, likierami i niemieckim Jaegermajsterem.
Po porannych, kuchennych zajęciach udawałam się do hotelowego lobby, gdzie rżnęła kapela i Czesia „wycinarka” dokonywała cudów z bibuły dziergając na poczekaniu, w mgnieniu oka polskie, ludowe wycinanki. Z Czesią mieszkałam w jednym pokoju. Utrudzona rzemiosłem spała w nocy jak zabita podczas gdy ja dopiero wtedy ruszałam w majowe Ateny.
Czas wolny rozpoczynał się dla nas dobrze po północy. Okupowaliśmy pokoje w bezpośrednim sąsiedztwie basenu, mało tego, z wyjściem na ten basen, co miało swoje dobre strony. Ożywcza kąpiel jeszcze przed śniadaniem, po nie przespanej nocy pozwalała mi na efektywne skrobanie marchewki w chwilę później.
W nocy każdy robił co chciał. Ja ruszałam w miasto a szefowie kuchni gościli się na basenie,
na którym to Hilton wydawał przyjęcia ustawiając bary z jedzeniem i piciem plecami do naszych pokoi. Widok był znakomity, kiedy to wracałam z przechadzki po Akropolu i zastawałam przed swoim pokojem suto zastawiony bufet. Z jednej strony bufetu krążyły ateńskie elity w wieczorowych kreacjach a z drugiej rozparci wygodnie na leżakach posilali się szefowie kuchni. Kiedy nie było sponsorowanej imprezy na basenie, organizowaliśmy ją sobie sami. Tym razem cocktail był mieszany nie wstrząśnięty.
Pomimo intensywnej pracy na wszystko znalazł się czas. Na zwiedzanie, na zabawę, na wypad do knajpy rybnej w Pireusie, na integrację z konkurencją i na integrację z gośćmi a w moim wypadku nawet na sentymenty i wzruszenia.
Powtórzę sama za sobą czyli za moim opowiadaniem pt. Alkohol i marycha. Nie wyobrażam sobie aby dzisiaj w korporacyjnym hotelu systemowym, w którym wszyscy pracownicy stoją sztywno na baczność jak słupy soli w obawie o swoją pracę możliwa była taka atmosfera pracy jak wtedy. Nawet w środowisku silnej konkurencji. Mieszanej, nie wstrząśniętej.




Facebook
Zwierzolubni