Kiedy przyjęłam propozycję pracy w Spale, w niedużej acz znanej wiosce wypoczynkowej,
nie miałam najmniejszego pojęcia, co mnie tam czeka. Wychowana zawodowo w hotelach systemowych, nauczona posługiwania się narzędziami zarządzania na co dzień daleko, daleko wychodzącymi poza nasze, polskie standardy, operująca też na co dzień przychodami i kosztami sięgającymi grubych milionów, nagle zaistniałam, co tu dużo mówić, na polskiej prowincji. Finansowo musiałam się skurczyć do realiów pojedynczego hotelu oraz uelastycznić w polityce finansowej, przypomnieć sobie, co się tak dokładnie robi w recepcji hotelowej, do wydawania klucza włącznie (zgodnie z zasadami) a do tego wszystkiego adaptować do małomiasteczkowej mentalności po szemranej i jednocześnie wielkomiejskiej, warszawskiej atmosferze. Wszystko to na raz „zwalało mnie z nóg” już w pierwszych dniach pracy. Usiłowałam pogodzić moją wiedzę „jak to robią inni” z możliwościami i ograniczeniami na miejscu. Na szczęście, miałam życzliwego i otwartego przełożonego, który adaptował ode mnie to, co uważał, że adaptować w tych warunkach należy, zastępcę, którego znałam od lat, znakomitego specjalistę od działalności gastronomicznej i główną księgową na poziomie dyrektora finansowego. Fakt, że tam przeżyłam, zawdzięczam głównie im oraz życzliwości ludzi o „małomiasteczkowej” mentalności. Mało tego, udało mi się, o dziwo, pomimo ogromnego stresu wyciszyć, wrócić do mocno zachwianego w owym czasie zdrowia a po tym znakomitym, patrząc z perspektywy czasu, doświadczeniu, podążyć dalej swoją drogą.
„Pani Dyrektor,
Na płycie jest nagrana pocztówka ze Spały i hotelu. Dziś pewnie nie będzie miłych emocji ale za pół roku spokojnie może ją Pani obejrzeć (przepraszam za ostrość).
Dziękuję za wszystko. Będzie mi Pani brakowało. Wszystkiego dobrego.
Agnieszka K.” 5.04.2009
Ten list wręczono mi w recepcji pensjonatu, w którym mieszkałam, tuż przed wyjazdem na dobre. Z Agnieszką, która wykonywała pracę pani pokojowej już się nie zobaczyłam, żeby jej podziękować za ten ciepły, pożegnalny list.
Patrzę dzisiaj nie z perspektywy pół roku ale kilku lat. Mogę śmiało powiedzieć, że Spała odmieniła moje życie w wielu płaszczyznach, o których przy okazji. I jak bumerang wrócę do Andrzeja, który był dla mnie tam nieocenionym wsparciem w gastronomii hotelowej i nie tylko i do Marzeny, która swoją wiedzą głównej księgowej dała mi wsparcie nieprawdopodobne. Generalizując, wsparcie księgowości w zarządzaniu jest nieodzowne, w hotelarstwie zaś, księgowości ukierunkowanej na zarządzanie operacyjne i finansowe wręcz konieczne.
Księgowość to źródło, księgowość to narzędzia i księgowość to wiedza. Pomimo, że nie
posiadałam planu kont w układzie analitycznym, który stanowiłby dla mnie satysfakcjonującą ścieżkę do analizy, z klasycznego planu kont w układzie syntetycznym, który zastałam na miejscu Marzena poprzez swoją mrówczą pracę umożliwiła mi konstrukcję budżetu, na której jako tako mogłam się oprzeć. Czyli słowami Agnieszki – „dziękuję za wszystko”.
Odbiegając, tylko pozornie od tematu, nawiążę do mojej korespondencji z Krzysztofem, którego notabene, poznałam w Spale i którego rola wtedy była równie znacząca o ile nie najważniejsza dla mojego, nazwijmy to, samopoczucia. Któregoś pięknego, sierpniowego dnia 2008 roku napisałam do niego tak:
„ Dzień dobry Krzysiu. Poplotkujemy przy porannej kawie?
Skandal w Victorii!!!! Dyrektor francuski (żonaty, dzieciaty) zauroczony pracownicą (Guest Relations). Lansował, promował, kupował. Obnosiła się z tym. Życzliwy wysłał informację do żony. Żona pobiła dziewczynę na oczach gości. Mężowi dała w pysk zszywaczem. Inny życzliwy wysłał informacje do Paryża. To stało się niedawno. Dziewczyna dostaje SMSy w stylu…”Ty k…., bo ci wpier…limy.”
Powyższa plotka obiegła nie tylko światek orbisowsko-accorowski ale cały światek
hotelarski i dotarła nawet do mnie, na spalską prowincję. Mało tego, jest przedmiotem komentarzy do dnia dzisiejszego. Nie tak dawno temu piłam kawę w Zielonym Barze hotelu Victoria z jednym ze stałych gości tego hotelu, z którym znamy się od lat kilkudziesięciu. W rozmowie wrócił pamięcią do wydarzenia, opowiadając mi pikantne szczegóły tejże romansowej historii, których był świadkiem, a których tutaj nie przytoczę. Nadmienię tylko, że dyrektora znałam osobiście a jego godny pożałowania wybryk zakończył się zesłaniem wraz z rodziną do jednego z malowniczych krajów afrykańskich.
Reasumując, nie ważne ile w plotce o zszywaczu było prawdy, na miejscu byłoby tutaj
przytoczenie kilku życiowych prawd, które z tej historyjki wypływają:
- jeśli romans w pracy, to tylko na poważnie, z całą odpowiedzialnością wypływającą z tego wypracowanego zauroczenia
- małomiasteczkowa mentalność zdarza się na co dzień również w wielkim mieście, tutaj też żyje się na świeczniku, tyle, że o wiele wyższym a więc światło pada o wiele dalej
- kara za narażenie firmy na dyskomfort może być równie dotkliwa jak ta wynikająca z prawa pracy
- kara nie zawsze jest adekwatna do czynu (patrz chociażby opowiadanie: „Co nam zostało z tych lat – cz. 10) a więc pojęcie „winy i kary” jest ambiwalentne, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą uczucia i emocje
i może na tyle tych refleksji na tle zawodowym wystarczy. Refleksje na tle prywatnym pozostawiam czytelnikom. I chroń nas Boże, jeśli już narozrabiamy, od życzliwych…

Facebook
Zwierzolubni
Barometr – wspaniała lektura – wielkie dzięki! Tak miło, że świat jest mały…. a jeszcze milej móc przywoływać wspomnienia świata, w którym stawiałem swoje pierwsze kroki, świata, który nie zawsze wydawał nam się w tym czasie łaskawy…. kto by przypuszczał, że patrząc teraz, z perspektywy, pewnie wszyscy skłaniamy się ku refleksji: jaki to jednak był komfort – być i pracować u siebie. Z wrodzoną skłonnością (narodową) do narzekania nikomu z nas nie śniło się wtedy, jak bardzo przyszłość hotelarstwa nas rozczaruje. Ja tęsknię za prawdziwym hotelem, za atmosferą życia hotelowego i za motywacją, którą byli goście na miarę luksusowego hotelu, którą była dobrze wykonana praca. Dziś tego niestety już nie czuję, a patrząc na młodych ludzi, którzy teraz zaczynają pracę, myślę sobie, że nie mają szansy tego przeżyć, poczuć, skoncentrowani na sobie, wyrwani przypadkowo, zlewają się z tłumem korporacyjnych anonimowych najemników po drugiej stronie lady… A wracając do przywołanej tu historii – wielce mnie zaskoczyło, że żadna plotka nie dotarła do mnie do tej pory, a przecież pracuję wciąż w tym samym mieście, ledwie kilka ulic dalej…. ciekawe
PS: Może to jednak lepiej, że neonu już nie ma? Nie to miejsce, nie ten hotel…. a neon dalej świeci z dumą w naszych wspomnieniach – tych nikt „nie zdejmie” .
Toteż zawsze trzymam się jednej zasady – nie wdaję się w romanse z mężczyznami z zakładu pracy, bo to tylko psuje układy koleżeńskie czy przyjacielskie, nie mówiąc o reputacji swojej czy firmy.
Ale niektórzy nie przestrzegają tych zasad. Pamiętam sytuację, gdy zabawiłam się w rolę anioła stróża wobec kolegi dyrektora, wyjątkowego kobieciarza i ostrzegłam go przed sytuacją, ze dostanie przysłowiowym tortem od kochanki albo pięścią w oko od męża pani, do której się przystawiał na publicznej imprezie, na której reprezentowaliśmy firmę i byliśmy gospodarzami. Poskutkowało i impreza potoczyła się bez zakłóceń. Ale takie sytuacje są częste w firmach.
Za moich czasow (lata 1981-1992) w Hotelu Victoria sex-afery byly raczej na porzadku dziennym. Ile tam malzenstw sie rozpadlo i ile nowych powstalo! Byl jeden manager,ktory byl z tego bardzo znany. Koneser pieknych kobiet! Zaliczyl sporo! Gdzie on wyladowal? To bylby ciekawy temat na nastepne opowiadanie……….By the way…… ja wyladowalam w Kanadzie!